abdul kircher fotografuje to, o czym społeczeństwo nie chce rozmawiać

Abdul Kircher przekazuje nam historie takich ludzi, których większość z nas nie zapytałaby o ich losy. Może być to Wendell – mężczyzna, który przypaliłby każdy śmieć leżący na podłodze w nadziei, że zapewni mu to odrobinę narkotykowego odlotu. Ale też...

tekst Felicity Kinsella
|
09 Marzec 2015, 2:10pm

Abdul Kircher jest 18-letnim fotografem. Jedno jego oko jest zielone, drugie niebieskie. Mimo młodego wieku wie prawdopodobnie więcej o prawdziwym świecie, niż ty czy ja. To dokumentalista, a nie fotograf mody. Każda z osób pozujących do jego zdjęć nosi w sobie wstrząsającą, mroczną bądź inspirującą historię. Abdul wydobywa je na światło dzienne. Nieważne, czy musi w tym celu usiąść przy bezdomnym i odbyć z nim pogawędkę, czy może przypalić coś narkotycznego z nałogowcem. Bo po co komu obraz, który nie jest wart tysiąca słów? Abdul dostrzega piękno w nędznikach. I przywołuje do życia odsuniętych na bok przez społeczeństwo wyrzutków. W międzyczasie doczekał się własnego kontraktu modelingowego. Objawił się światu jako twarz marki Diesel. Zrobił także zdjęcia modelkom agencji Next Models do jej najnowszego showpacku. Jednak pierwszą i największą miłością Abdula pozostaje obcowanie jak równy z równym z osobami, które fotografuje. I poznawanie opowieści o ich życiu.

Skąd pochodzisz?
Jestem rodowitym mieszkańcem Berlina. Moja rodzina ma tureckie korzenie.

A czym się dokładnie zajmujesz?
Buduję więzi z ludźmi, których społeczeństwo zazwyczaj odrzuca. Rozmawiam z nimi, poznaje ich historie, próbuje stworzyć między nami jakąś relację. Ci ludzie nie są „tematyką" moich zdjęć. Żadna z tych postaci nie jest kimś, kto mi po prostu pozuje. Stają się częścią mojego życia.

Gdzie spotykasz osoby, które fotografujesz?
Wszystkie napotykam przypadkiem. Dlatego tempo mojej pracy zwalnia w niektórych miesiącach. Szczególnie w zimie, gdy nikt nie przebywa na zewnątrz. Nigdy nie wychodzę z zamiarem „upolowania" jakiejś postaci, której zrobię zdjęcie. To przebiega naturalnie. Z tego powodu jest to też trudne zadanie. Mogą minąć całe tygodnie, zanim poznasz kogoś w ten sposób.

Zapoznajesz się z ich losami przed zrobieniem im zdjęć?
Większość bohaterów moich fotografii znam osobiście. Zwykle zaczynam od komentarza dotyczącego czegoś, co nosi na sobie dana osoba. Albo innego szczegółu, który mnie w niej zaciekawił. W tym momencie mogę już ocenić, jak bardzo ten człowiek jest otwarty na porozmawianie ze mną. Na podzielenie się swoją historią. I boom, reszta to już czysta magia. Wiesz, musisz się tylko dać temu porwać. Musisz być w tym całkowicie autentyczny. Dla przykładu, jeśli rozmawiasz z bezdomnym, to trzeba mu dać odczuć, że jesteś tam obok niego. Usiąść przy nim na ziemi, napić się z nim. Zrobić co w twojej mocy, żeby poczuł się przy tobie swobodnie. Bo jeżeli ci nie zaufa, to fotografia nie będzie nasycona prawdziwie intensywnymi emocjami. Przynajmniej jak dla mnie. W tej pracy chodzi przede wszystkim o historie. Bardziej, niż o zdjęcia. Czasem przyglądam się moim starszym fotografiom i widzę, że niektóre z nich były „wyzute z historii". Przez co nie mają dla mnie sentymentalnej wartości. Owszem, ktoś może powiedzieć, że są świetne. Ale jeśli nie jestem w stanie połączyć obrazu z konkretną historią, nie prezentuje on dla mnie żadnej wartości. Ciężko mi wtedy być z niego dumnym.

Która z osobistych historii, które kryją się za twoimi fotografiami, wydała ci się najbardziej inspirującą?

Poznałem taką parę bezdomnych nastolatków. Inspirujące jest dla mnie wszystko, co ich dotyczy. Od tego, w jaki sposób się poznali, do tego, jak walczyli z gromadzącymi się życiowymi przeszkodami. George i Louie wysyłali sobie wiadomości przez Tumblera. W końcu wymienili się numerami telefonów. Zaczęli sobie wysyłać sobie smsy, całymi dniami. A całymi nocami rozmawiali przez FaceTime. Obaj byli aspirującymi modelami. Mieli nadzieję, że pewnego dnia zdobędą lukratywne kontrakty. Umówili się, że spotkają się w Nowym Jorku, bo nie ma lepszego miejsca na spełnienie takich marzeń. George opowiedział mi: „Nie powiedziałem mamie, że przeprowadzam się do NYC. Skłamałem jej, że zatrzymam się w apartamencie w drogim motelu. Choć wiedziałem, że na miejscu nic sobie nie załatwiłem. Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie się zatrzymam". Po roku pracy w Walmarcie, George oszczędził dość pieniędzy, by kupić bilet w jedną stronę do Nowego Jorku. Mama Louiego wyrzuciła go z domu. Nie dogadywała się ze swoim mężem. A on zawsze jej groził: „albo ja odchodzę, albo on stąd odejdzie". Dlatego Louie wyjechał do Nowego Jorku. Pomieszkiwał ze swoim przyjacielem-fotografem i Georgem. Albo ze swoim agentem, z którym nie dało się wytrzymać.

George wyznał mi: „Natknąłem się na grupę mnichów buddyjskich. Zabrali mnie w takie jedno miejsce i kazali śpiewać, więc śpiewałem. Myślałem sobie: Cholera, mam nadzieję, że K**** [fotograf] pozwoli zamieszkać u siebie. I tego samego wieczoru zaproponował mi, żebym został u niego". Chłopcy mieszkali u fotografa przez miesiąc, ale potem zaczęły narastać komplikacje. Przez co zdecydował się wyrzucić ich na bruk, całkowicie znienacka. Bez pieniędzy, bez pracy, nie mieli się dokąd udać. Louie wspominał: „Kiedy wykopał nas z mieszkania, była pierwsza rano. Siedliśmy na rogu ulicy, aż podjechali do nas ci ludzie, co zbierają bezdomnych i odwożą do przytułków. Zabrali nas do noclegowni dla nastolatków, ale tą otwierali dopiero o dziewiątej. Poszliśmy więc do Central Parku i spaliśmy na trawie, aż do rana". Louie pracował w sklepie Ann Taylor, jednak mieli mu zapłacić dopiero w przyszłym tygodniu. Obaj zostali więc w przytułku. W międzyczasie George złapał pracę w Topshop, pracował też przy cateringu ich imprez. Oszczędzili trochę pieniędzy, niemniej nadal nie starczyło im na wynajęcie własnego mieszkania. W tej sytuacji postanowili wrócić do swoich mam. Ich matki dały im brakujące pieniądze. Tak, by mogli wynająć sobie pojedynczą sypialnie na Bronksie za 200 dolarów na tydzień.

Nie dzielę się ich historią, żeby ukazać cudzą porażkę. Wręcz przeciwnie, staram się wykazać, jak odważna była ta młoda dwójka. Przenieśli się do Nowego Jorku, zostawieni samym sobie, aby gonić za swoimi marzeniami. Chcę też przypomnieć wam, że z każdym marzeniem wiążą się ciężkie sytuacje, przez które trzeba przejść. I z całego serca życzę im jak najlepiej. Walczcie dalej i inspirujcie innych, nie poddawajcie się!

A która z tych historii jest dla ciebie najbardziej poruszająca?
W odpowiedzi muszę przytoczyć historię jednej z najsmutniejszych transformacji, której byłem świadkiem, kiedy dokumentowałem życie bezdomnych w NYC. Bobby mieszkał w latach 90 na Dyckman Street z pewnym facetem. Który później powiedział mu, że ma HIV. Potem przeprowadził się na Bronx ze swoją piękną dziewczyną Glenette, z którą był od paru lat. Nigdy nie uprawiali ze sobą seksu. Jednak nagle wszystko się zmieniło. „Pewnej nocy byłem naprawdę, naprawdę, naprawdę kurewsko napalony. I mówiłem: kochanie, proszę. Błagałem ją o seks i chciała ze mną to zrobić... [Ale wtedy] powiedziałem: Wiesz co? Nie mogę tego zrobić. Jeśli będę z tobą teraz uprawiał seks, obrócę ci całe pierdolone życie do góry nogami... Jebać seks!". Znienacka jego słowa zaczęły się zlewać w nieczytelne mamrotanie. Łzy spłynęły mu po policzkach, uwięzły mu w brodzie. Zanim się z nią rozstał, wyznał jej: „Nie mogę leżeć przy tobie każdej nocy i nie pragnąć kochać się z tobą".

Glenette była wspaniała. Nie pozwalała, by wylądował z powrotem na ulicy. Trzymała go z dala od alkoholu (zaczął pić w wieku 14 lat, w wieku 18 był już uzależniony). Zaczął się leczyć, więc przez pewien czas zachował trzeźwość. Ale pewnego wieczoru powiedział sobie: „Tylko jedna kolejka". Oczywiście, ten jeden łyk alkoholu sprawił, że wpadł z powrotem w cug. I nagle Bobby zaczął wyprzedawać swoje punkowe ciuchy. Wszystko po to, by opłacić swój nałóg. Powiedział mi: „Za każdym razem, gdy ona pojawi się w mojej głowie, staram się ją odepchnąć i zastąpić jakąś inną myślą. Nie chcę myśleć o niej, więc zamiast tego mój umysł skupia się na alkoholu". Boli mnie samo mówienie o tym. Najgorsze jest to, że za każdym razem, gdy go spotykam, nie może sobie przypomnieć mojej twarzy. To tak, jak gdyby jego mózg wciskał „restart" za każdym razem, jak urwie mu się film. Te same historie, powtarza się we wszystkim. Zawsze oświadcza mi: „Jesteś jedyną osobą, która dosiada się do mnie i rozmawia ze mną, tak naprawdę rozmawia". Kiedy widziałem go po raz ostatni - fekalia przesiąkały tył i nogawki jego spodni - wyznał mi: „Mam nałóg, muszę go karmić. Wzywa mnie. Jest w moim mózgu. Krzyczy... Bobby, chodź do mnie! I ja do niej idę!". Kiedy wstaje z chodnika, na cemencie widać wyraźną plamę po jego ekskrementach. Zaczyna płakać. „Chcę się do niej odezwać... Kocham ją z całego serca, znaczy dla mnie wszystko. Zawsze stała u mojego boku. To moja dziewczyna! Nie lubię o tym rozmawiać, głupieję od tego. Nigdy nie powinieneś o niej wspomnieć". Myślał, że dam sobie w żyłę razem z nim, więc ostrzegł mnie: „Ale nie będziesz używał mojej igły... Musisz załatwić dwie strzykawki. Nie pozwolę ci skorzystać z mojej igły. Wiesz, mam wirusa".

Wykonałeś fotografie na pewnej imprezie - pełnej pijanych dzieciaków, dzieciaków biorących narkotyki i podobnych scenek. Czy uczestniczyłeś w zabawie, czy tylko dokumentowałeś to wydarzenie?
Umawiałem się wtedy z dziewczyną bardzo wkręconą w scenę „domówkową". W szkole średniej nie miałem w sumie przyjaciół. Ale dzięki niej poznałem wszystkich ludzi z mojego rocznika. No wiesz, imprezowanie na całego, mnóstwo imprez. Od drugiego do ostatniego roku liceum używałem aparatu głównie do tworzenia własnego pamiętnika. Imprezowanie nigdy nie szło mi dobrze, postanowiłem więc użyć go do dokumentowania przebiegu zabaw. Kiedy zacząłem umieszczać te fotki w sieci, reakcje ze strony internautów były niesamowicie liczne. Szczególnie ze strony dzieciaków spoza Nowego Jorku. Chodzili na te szalone domówki tylko po to, by się upić i spędzić miło czas. Lecz gdy przyjrzeli się tym zdjęciom, dostrzegli w sobie rzeczy, których nie byli nawet świadomi. Louis Althusser twierdzi, że nie możesz analizować kultury, której stanowisz część. Jednak ja nie byłem częścią akurat tej kultury. Dlatego dostrzeżenie piękna w imprezujących zbyt ostro dzieciakach przyszło mi znacznie łatwiej.

Jak myślisz, dlaczego tak wielu ludzi fascynuje koncepcja łączenia tragedii i rozpustności z pięknem?
Odnalezienie piękna w tragedii pozwala nam dostrzec światełko pośród mroku. Piękno nie jest koniecznie czymś, co jest w widoczny sposób prześliczne. Ale to właśnie ono przemienia tragedię w triumf. Chodzi mi o przyglądanie się temu, co powinno się zdawać smutne, złe lub okrutne. A następnie przekształcenie tego w coś dobrego. Co więcej, pozwala ci to wejrzeć w głąb osobistej ciemności czającej się w tobie i znaleźć w niej światło.

Praca nad fotografiami do showpacku Next Models różni się bardzo od tego, czym zajmujesz się zazwyczaj. A jednak udało ci się nadać im indywidualnego charakteru. Na jakiej idei bazowałeś tworząc te zdjęcia?
Współpracowałem bardzo blisko z Peterem Cedeno, senior managerem Next Models. I od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy stworzyć zwyczajnych, modowych rozkładówek. Zamiast tego osiągnęliśmy konsensus - ten projekt miał rzucać wyzwanie utrwalonym poglądom na temat piękna. Uważam, że połączenie moich zdjęć z fotografiami modelek, nałożenie ich na siebie, sprawiło, że odbiorcy zaczęli kwestionować własne definicje piękna.

Czy pociąga cię fotografia mody?
Szczerze mówiąc, niespecjalnie. Kiedy zacząłem się tym zajmować, próbowałem przekonać samego siebie, że chcę stać się częścią branży mody. Ale gdy zacząłem staże i testowe sesje, zorientowałem się, że moja estetyka tak naprawdę do niej nie pasuje. Moje prace były od zawsze bardzo mroczne i surowe. Wiele modelek nie znalazłaby w ogóle użytku dla moich fotografii. Kiedy to zrozumiałem, przeniosłem się z moimi zdjęciami do prawdziwego świata. I zacząłem się spotykać z ludźmi, na których naprawdę mi zależało.

W taki razie czym jest dla ciebie piękno?
Piękno pochodzi z twojego wnętrza. Jeżeli masz piękne wnętrze, twój zewnętrzny wygląd będzie to odzwierciedlał. Pewnie, możesz być ładny lub ładna, ale liczy się to, co masz w środku.

Uważasz, że fotografia jest tym, czym będziesz się zajmował do końca życia?
Tak, chociaż nie jestem pewien, czy zawsze będzie to ten sam typ fotografii. Czuję, że ciągłe dokumentowanie życia osób, które przechodzą przez straszliwie trudne sytuacje, wyczerpuje nieco moją energię. Skoro lubię poznawać moich bohaterów osobiście, część otaczającej ich atmosfery spływa na mnie. Zaczyna mnie przytłaczać jakaś część tego, z czym oni muszą się mierzyć. Czasami należy odsunąć na bok pewne formy sztuki i spróbować się z innymi. W celu zdobycia większej wiedzy o tym, co robisz. Dlatego staram się teraz zrobić sobie przerwę od fotografii. Żeby odświeżyć swój punkt widzenia na tę dyscyplinę.

Którzy fotografowie są twoimi ulubionymi artystami?
Niezwykle podobają mi się prace fotografów, którzy łączą bezkonfliktowo fotoreportaż ze sztuką. Czuję, że możesz w tym wykorzystać bohaterów, na których natrafiłeś na swojej drodze. Zdobyć ich zaufanie, by pracować wspólnie z nimi nad dziełami sztuki. To jest po prostu wspaniałe. Jeśli chodzi o takie metody, Joel-Peter Witkin stanowi dla mnie ogromną inspirację. Używa on uciętych części ciała, by nadać swoim zdjęciom mrożącej krew w żyłach aury. Lubię też prace Brendy Ann Kenneally oraz Diane Arbus. Ogólnie rzecz biorąc, kiedy szukam inspiracji dla własnej twórczości, staram się trzymać jak najdalej od dzieł innych fotografów.

Co robiłbyś w swoim życiu, gdybyś nie został fotografem?
Pragnąłbym zostać malarzem. Albo grać w kapeli heavymetalowej! Ale kiepsko idzie mi z koordynacją ruchową, więc mogłoby być słabo.

Jakimi trzema zasadami starasz się kierować w życiu
Żyj chwilą, kwestionuj normy społeczne i, co najważniejsze, kochaj swoją mamę.

W jakim punkcie widzisz siebie za dziesięć lat?
Żyję z dnia na dzień, więc kiedy tylko przyszłość wkrada się do moich myśli, czuję się od razu bardzo zdołowany.

abdulkircher.com

Kredyty


Tekst: Felicity Kinsella
Fotografia: Abdul Kircher

Tagged:
sztuka
Abdul Kircher