Reklama

carine roitfeld: paryż wciąż jest stolicą mody

Paryski Tydzień Mody trwa w najlepsze, a my pytamy Carine Roitfeld o jej opinie na temat punka, młodości i starzenia się.

tekst Tess Lochanski
|
01 Październik 2015, 1:05pm

Istnieją starzy młodzi i młodzi starzy ludzie. Młodość nie ma nic wspólnego z wiekiem. Być młodym to mieć odwagę, żeby być wolnym, wiedzieć, kiedy być w zgodzie z samym sobą, bez przejmowania się konwencjami czy wzrokiem innych. CarineRoitfeld zawsze robiła to, co chciała. Nie jak rozpieszczony dzieciak, ale jak prawdziwy punk.

W wieku, w którym mogłaby już dać sobie spokój albo odpłynąć w nostalgię, zaczęła prowadzić swój własny magazyn CR FashionBook, w którym robiła „wszystko, co chciała". Po wydaniu siedmiu numerów, Carine nadal siedzi na tronie, otaczając się młodymi talentami i trzęsąc modowym światem. Boże, chroń królową.

W 2011 byłaś na okładce i-D i powiedziałaś „jestem cytryną i nadal mam sok." Nadal tak się czujesz ?

Tak! Jestem bardzo szczęśliwa, że nadal pracuję w modzie i mam dużo pomysłów. Mieć sok, to znaczy cieszyć się z porannego wyjścia z domu, żeby iść na sesję I poznać nowych projektantów. Nadal mam w sobie ciekawość.

Jakie są twoje wskazówki na zachowanie tej ciekawości?

To zachowywanie młodości w sercu. Pracuję w branży od 30 lat, uwierzysz? Myślę, że jestem wystarczająco zuchwała i ciekawska, żeby szukać i pracować z nowymi twarzami, nowymi fotografami. Dają swoją energię a ja im swoją wiedzę, możemy się wymieniać.

Myślisz, że kluczem jest otaczanie się młodymi ludźmi?

Niedawno wpadłam na ulicy na Martina Margielę i strasznie się ucieszyłam, ale zazwyczaj nie spędzam czasu wyłącznie z młodymi ludźmi. Jestem lojalną koleżanką i przyjaciółką, np. dla Karla Lagerfelda. To wielki człowiek, o wspaniałych manierach i wyszukanym guście. Nie wierzę w kult młodości i jestem przeciwniczką użytkowego podejścia do ludzi, lubię przyjaźnie, które są długie. Ale co innego otaczanie się młodymi ludźmi. Miniówy to dla mnie przeszłość, na wszystko jest czas. Pamiętam, jak dziwnym uczuciem było dla mnie dzielenie się ciuchami z córką. Trzeba się pogodzić z tym, co przemija. Wolę też, żeby ludzie mówili „ta starsza pani wygląda dobrze", niż „ta starsza pani ma świetnego chirurga plastycznego". Taki Roman Polański ma teraz znacznie więcej uroku, niż kiedy miał 40 lat, znam też mnóstwo osób starszej daty, którzy mają więcej energii niż młodzież. Młodość to podejście do życia, to energia. Wymaga wiele entuzjazmu, aby nadążyć za jej rozszalałym tempem.

Nie wydaje ci się, że w dzisiejszej modzie wszystko dzieje się odrobinę zbyt szybko?

Nie tylko w modzie, ale też wszędzie indziej. Cztery kolekcje na rok to szaleństwo! No i prawdziwy maraton dla projektantów. Życie w takim świecie wymaga umiejętności mówienia „nie". Musisz się nauczyć podejmować odpowiednie decyzje jako nabywca, darować sobie kupowanie niektórych rzeczy i żyć swoim własnym tempem.

Wydajesz się typem wolnego ducha...

Tak i jestem z tego strasznie dumna, cieszę się, że umiem kierować się instynktem. Nie miałam nigdy żadnych uprzedzeń - nieważne czy to Lady Gaga, Beyonce, CandiceHuffine czy VivienneWestwood. Kiedy chcę coś zrobić, to po prostu to robię.

Wspomniałaś o Vivienne Westwood, nie wydaje ci się, że musisz mieć punkową duszę, żeby być w stanie wyrazić kwintesencję ducha danych czasów?

Ona jest trochę, jak gdyby wyjęta spod prawa, nie wydaje ci się? Bardzo ją podziwiałam w latach 80., kiedy zaczynała karierę w mocno punkowym klimacie. Ma przepiękną cerę i świetnego męża. Myślę, że wszyscy po trochu pożądamy Westwood. W tych czasach znacznie ciężej jest mieć prawdziwie punkowe podejście, bo w świecie mody jest naprawdę bardzo mały margines błędu. Mój magazyn daje mi pewną wolność ekspresji, to w ogóle bardzo miłe uczucie pracować po latach dla siebie. Wybieranie ludzi, do których mam mnóstwo szacunku i z którymi chciałabym pracować to prawdziwy luksus.

Czy określiłabyś się mianem punkówy?

Zawsze lubiłam to określenie, podobnie jak estetykę punkową, mimo że nie mam żadnych kolczyków, tatuaży i nigdy nie zgoliłam głowy. Jednak w pewien sposób wizja tego, co robię, jest bardzo punkowa - mam umysł buntowniczki. Nienawidzę też, kiedy ludzie mówią, że czegoś nie da się zrobić. Byłam porządnie wychowana i miałam naprawdę miłe dzieciństwo. Mocno stąpam po ziemi, założyłam rodzinę i zawsze udawało mi się być blisko ludzi, na których mi zależało.

Kto z młodego pokolenia projektantów rozdaje teraz karty?

Jonathan Anderson zawsze bardzo mnie zaskakuje. Z kolei Riccardo Tisci, mimo że jego akurat można określić mianem całkiem doświadczonego projektanta, zawsze zaskakuje wszystkich w Nowym Jorku, co mnie cieszy, bo to ja byłam osobą, która pchnęła jego karierę na szersze wody w czasach, w których robił jeszcze pokazy w piwnicy w Mediolanie.

Myślisz, że masz dobrą intuicję?

Wydaje mi się, że to kwestia połączenia wykształcenia i instynktu. Zrobiłam wiele błędów, ale myślę, że to po prostu część mojej pracy. W końcu i tak zazwyczaj chodzi o długość spódnicy! Mój magazyn jest skierowany do bardzo niszowej publiczności, a kiedy dziesięć tygodni temu założyliśmy konto na Instagramie, nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieli aż 360 tys. obserwujących. To chyba znaczy, że mamy jednak szerokie zasięgi?

Stale podróżujesz pomiędzy Nowym Jorkiem a Paryżem. Co sądzisz o Francji?

Urodziłam się w Paryżu, wydaje mi się, że jestem paryżanką aż po czubek nosa. Stolica Francji jest o wiele spokojniejsza od Nowego Jorku, a mimo to, to właśnie Paryż jest stolicą mody i mam nadzieję, że tak już zostanie. Tu dzieją się najciekawsze rzeczy. To świetne miasto na pokazy mody - pełne emocji, ale też dziedzictwa, a moda jest przecież częścią kultury. Moja mama nie ubierała się w Chanel, ale to marka, którą każdy paryżanin od najmłodszych lat mijał w witrynie sklepowej. Mieszkańcy Paryża mają w sobie trudny do określenia czar, o którym marzy reszta świata. Wszystko, co francuskie jest bardzo pożądane, Francja ma wielką rozpoznawalność w branży na świecie. Jestem bardzo dumna z naszej kultury i swego rodzaju modowego wyczucia.

Mam wrażenie, że naprawdę bardzo lubisz się z innymi kobietami. Należysz do redaktorek, które pokazują je z ogromnym pokładem dobrej woli...

Jeśli miałabym wybierać między modą a kobietami, wybrałabym kobiety. Kocham je wszystkie. Postawiłam na Larę Stone, mimo że wiele osób z branży uznawało ją za „za dużą". Lubię kobiety okrągłe, starsze, w całym spektrum różnorodności. Zasadniczo można powiedzieć, że fascynują mnie różnice - nie istnieje tylko jeden rodzaj piękna. Nie mam już dwudziestu lat, ale ciągle tu jestem i myślę, że może to dodać wielu kobietom odwagi. Kiedyś byłam na okładkach magazynów, a teraz jestem babcią!

Ale wciąż jesteś twarzą z okładek, nie tak dawno temu byłaś na okładce naszego magazynu!

Voilà. C'est chic non? Widzisz, życie ciągle zaskakuje. I zawsze jest się mniej znanym w swoim własnym mieście, ciężko być królową we własnym królestwie.

Czy czujesz, że jesteś ikoną dla wielu osób?

To odrobinę przerażająca perspektywa, poza tym wydaje mi się, że jestem trochę za zwykła na ikonę. Ludzie chcą w tych czasach wiedzieć wszystko o osobach związanych z branżą. Dziwi mnie to. Nie ograniczam dostępu do siebie, kiedy np. ktoś prosi mnie na ulicy o selfie, czy wspólne zdjęcie. Nawet kiedy mam na nosie wielkie okulary przeciwsłoneczne ludzie poznają mnie, podchodzą i są bardzo mili.

Jak chciałabyś, żeby wyglądał świat, w którym będą dorastać twoje dzieci i wnuki?

Świat nie jest łatwym miejscem. W telewizji non stop pokazują straszne rzeczy. Nie chciałabym żyć w bańce, ale jest trochę tak, że moda chroni nas od świata zewnętrznego. Nie wiem, czy moje dzieci i wnuki będą miały siłę, żeby zmagać się ze światem. To dość ciężkie. Będą musiały nauczyć się walczyć, ale im będą starsze, tym łatwiej będzie im to przychodziło.

Kredyty


Tekst: Tess Lochanski
Zdjęcie: Terry Richardson
i-D No. 315. The Dreams and Aspirations Issue