przepięknie jest być grace coddington

Dziś proponujemy wam lekturę wywiadu z archiwum i-D, który w 2013 roku przeprowadził założyciel naszego magazynu, Terry Jones. Rozmawiał zaś z dyrektor kreatywną amerykańskiej edycji Vogue’a, Grace Coddington. Opowiedziała mu o tym, jak poznała Davida...

tekst Terry Jones
|
05 Kwiecień 2015, 11:10pm

Grace wears coat Céline.

Właśnie minął kolejny sezon w modzie, a Grace Coddington spisuje swoje notatki. Na pokazach siedzi w pierwszym rzędzie, zawsze z Anną Wintour u boku. Grace rozpozna każdy, a to dzięki gęstej grzywie rudych włosów. Jest ona znakiem charakterystycznym dziennikarki już od lat 60. Dziś można ją uznać za równie ikoniczną, co włosy na pazia Anny. Legendarna dyrektor kreatywna amerykańskiego Vogue'a dobrze wie, że aby odcisnąć swoje piętno na świecie mody, trzeba podążać inną ścieżką niż tłumy. I jeśli istnieje jedna konkretna osoba, która stanie się w przyszłości inspiracją dla rzeszy stylistów, redaktorów i przedsiębiorców branży mody, to będzie nią właśnie Grace.

Urodziła się jako Pamela Rosalind Grace Coddington w 1941 roku. Dzieciństwo spędziła bardzo daleko od świata mody, który później uczyniła swoim domem. Dorastała w hotelu Trearddur Bay na oddalonej od wielkich miast wysepce Anglesey u wybrzeży Walii. Prowadzili go jej rodzice. Chodziła do szkoły w miejscowym zakonie, razem z 60 niższymi młodymi Walijkami. Mimo to od zawsze śniła o jasnych światłach dużego miasta. Grace uciekła z rodzinnego gniazdka w wieku 18 lat. Złapała autobus do Londynu, z egzemplarzem Vogue w kieszeni i marzeniami o zostaniu modelką. W stolicy Wielkiej Brytanii jej marzenia zdruzgotał jednak straszliwy wypadek samochodowy. Musiała przez niego przez dwa lata znosić zabiegi mające na celu chirurgiczną rekonstrukcje jej twarzy. Ale gdy tylko wróciła do zdrowia, wkroczyła ponownie do świata mody. Wraz z Twiggy, Celią Hammond i Jean Shrimpton dołączyła do panteony najpopularniejszych modelek lat 60. W 1968 roku Grace przeszła na drugą stronę obiektywu. Objęła stanowisko młodszej redaktor ds. mody w brytyjskiej edycji Vogue'a. Szybko wspięła się po szczeblach redakcyjnej hierarchii, zostając w efekcie redaktor mody magazynu. W 1987 roku wyjechała do Nowego Jorku, by pracować z Calvinem Kleinem. Nie trwało to długo. Grace uświadomiła sobie, że to kariera w modowych magazynach jest jej prawdziwym powołaniem. W 1988 dołączyła do Anny Wintour w amerykańskiej edycji Vogue'a. To stanowisko obejmuje do dziś. Grace mogła równie dobrze stać się najlepiej skrywanym sekretem mody. Zmienił to film dokumentalny Wrześniowy Numer z 2009 roku, wyreżyserowany przez R.J. Cutlera. Obraz ten w mgnieniu oka wywindował stroniącą od autoreklamy Grace do statusu gwiazdy. „Pierwszy raz usłyszałam o Wrześniowym Numerze (jedynej przyczynie, dla której ktokolwiek o mnie słyszał) wtedy, gdy Anna Wintour wezwała mnie do swojego biura w redakcji Vogue, aby mi o nim powiedzieć" - wspomina Grace w swojej autobiografii, Grace: A Memoir. „Niezmiennie zadziwia mnie to, że po obejrzeniu filmu ludzie reagują na mnie w tak pozytywny sposób. Może dzieje się tak dlatego, że na ekranie wydaję się bardzo uczuciową osobą... Może ludzie zawsze będą reagować tak na kogoś, kto sprawia wrażenie tak spontanicznej postaci. Albo kogoś, kto ma odwagę postawić się swojej szefowej tak, jak nie jest w stanie tego zrobić nikt inny w redakcji. A ja to robiłam i pewnie zdarzy mi się to jeszcze nieraz". A może dzieje się tak dlatego, bo Grace reprezentuje bohatera ukrytego gdzieś w każdym z nas. Jest bezkompromisową twórczynią, głęboko wierzącą w to, że moda to dziedzina sztuki. Co przekłada się w uroczym stylu na wszystko, czego się zawodowo podejmie. Dość powiedzieć, że Grace przed filmem była bardzo popularna w branży, ale dokument Cutlera wzniósł jej popularność na poziom stratosfery. „Doszło do tego, że przed moim mieszkaniem w Chelsea gromadziły się bezustannie grupy różnych ludzi" - opowiada. „Zagorzałych fanów mody, gejów, hetero, młodych, starych, mieszanka wszelkich możliwych typów... czułam się jak Beatlesi!".

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Po raz pierwszy spotkałem Grace w 1972 roku na piątym piętrze Vogue House na Hanover Square, w biurze ówczesnej redaktor Beatrix Miller. Objąłem wtedy stanowisko dyrektora artystycznego, trzy razy w tygodniu stawiając się w redakcji brytyjskiego Vogue'a. W tym samym miesiącu zaczęła tam pracować Liz Tilberis. Grace od pierwszej chwili napełniała mnie podziwem. Była awangardową redaktor mody, która zawsze pisała najciekawsze artykuły. Do sesji zapraszała najlepsze modelki, a odbywały się one nierzadko w egzotycznych zakątkach. W całość spajała je zaś wspaniała, baśniowa narracja. Grace jest jedną z inspiracji, dzięki którym założyłem i-D.

„Dla mnie jednym z najistotniejszych aspektów moje pracy jest zapewnianie ludziom czegoś, o czym mogą marzyć" - podsumowała swoją działalność Grace. „Tak jak ja marzyłam wiele lat temu, jako dziecko wpatrzone w piękne fotografie". Teraz, gdy skończyła już 70 lat, Grace cieszy się pozycją jednej z najbardziej szanowanych postaci w świecie mody. Uwielbiają ją wszystkie gwiazdy branży, stare i nowe. Ja umówiłem się z nią na kawę podczas Paryskiego Tygodnia Mody. Razem świętowaliśmy wydanie jej autobiografii oraz jej niezwykłą i inspirującą karierę.

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Kiedy wspominasz lata spędzone w brytyjskim Vogue'u, które momenty należą do twoich ulubionych?
Gdy spoglądam wstecz na ten okres, dociera do mnie, że miałam tam bardzo łatwo. Po pierwsze, realizowałam tylko sześć sesji na tydzień, mniej więcej. Nie istniały też ograniczenia biorące się ze względów komercyjnych. Mogłam robić zdjęcia komu chciałam. Raz pojechałam dla brytyjskiego Vogue'a do Chin. Na miejscu pomyślałam: „Hm, może nie użyję tych ubrań, których przywiozłam tu kilka walizek. Chcę sfotografować wszystkich w uniformach". Dziś nie udałoby się czegoś takiego zrobić, na pewno nie w brytyjskiej edycji Vogue'a. Pewnie nawet w i-D coś takiego by nie przeszło! Musisz mieć oczy szeroko otwarte. Ponieważ życie jest prawdziwe i twoje dokonania też są prawdziwe, a to dzięki nim płacisz rachunki. Ale wtedy nie trzeba było zachowywać realistycznego podejścia. Można było wykazać się spontanicznością. Wspaniałe czasy.

Zawsze fantastycznie radziłaś sobie z odkrywaniem nowych talentów.
W tamtych latach miałam przyjemność współpracować z wieloma młodymi fotografami. Teraz już nie mam za często takich okazji, bo czas to pieniądz, a na moich barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność. Jeśli walczę o zorganizowanie sesji z udziałem jakiegoś nowego nazwiska i udaje mi się wygrać, to zaraz pojawia się w moich uszach taki niski głos. Mówi: „Cholera, niech to lepiej zadziała. Bo jeśli nie zadziała, to właśnie straciłaś sto tysięcy pieprzonych dolarów!".

Kto nauczył cię, jak należy wykonywać zawód redaktor mody?
Nie wiem. W tym liczy się najbardziej sposób, w jaki postrzegasz wszystko dookoła. Clare Rendlesham [redaktor mody Vogue'a] to osoba, której poczynania obserwowałam wyjątkowo uważnie. W mojej opinii była niesamowitą redaktorką. Tak samo Sheila Wetton [redaktor mody Vogue'a]. Dużo starsza ode mnie kobieta, ale uwielbiałam jej nastawienie do życia. Wydaje mi się, że jestem reinkarnacją Sheili Wetton. Kocham koty, przeklinam jak szewc i kiedyś pracowałam jako modelka, dokładnie jak ona. Uważam, że była to nieprzeciętna postać.

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Jak długo pracowałaś jako modelka?
Przez dziewięć lat, ale z dłuższymi przerwami, bo w 1960 roku miałam wypadek samochodowy, a zaczęłam w 1959.

W jaki sposób dostałaś się do branży mody?
Mam wielkie szczęście. Wszystko, co mi się przydarzyło, przyszło do mnie samo. Mieszkałam na północy Walii, na Anglesey. I wiedziałam, że mogłabym tam spędzić resztę życia. Kochałam to miejsce, ale w pewnej chwili ptaszki muszą w końcu wyskoczyć ze swojego rodzinnego gniazda. Dlatego wskoczyłam do pociągu i tak znalazłam się w Londynie. Pracowałam jako kelnerka dla przyjaciółki, w barze Stockpot na Basil Street. Czytałam Vogue'a - wiem, że to brzmi jak reklama tego magazynu, lecz naprawdę go czytałam - którego w Walii lat 50 ciężko było dostać. W Vogue'u zobaczyłam zaś reklamę głoszącą: „Ty też możesz zostać top modelką". Zgłosiłam się więc, poszłam do ich biura i spotkałam się z Cherry Marshall [w tamtych czasach najlepszą agentką w Londynie]. Wieczorami uczęszczałam na jej kurs modelingu.

Czy spacerowałyście z książkami na głowie, żeby nauczyć się przyjmowania odpowiedniej postawy?
Nie, nie robiłam nic takiego. Kursy Cherry Mashall były w przeważającej części zajęciami z odpowiedniego zachowania, na które wysyłano młode dziewczęta. Co zachwyciło moją mamę. Ona nigdy nie zadawała żadnych pytań. Powiedziałam: „Mamo, jadę do Londynu". Ona odparła: „Och, to świetnie". Moja siostra wyszła za mąż w wieku 18 lat, a moja mama zareagowała na to: „Och, OK". Tak więc wyruszyłam do Londynu. Wieczorami chodziłam na kurs dla modelek, w dzień pracowałam w Stockpot. Pewnego dnia ktoś w Stockpot oświadczył: „Hej, powinnaś wystartować w konkursie dla modelek". Wysłałam więc aplikację i musiałam pójść do szkoły modelingu, żeby dostać swoją własną kartę modelki.

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Zachowałaś sobie swoją pierwszą kartę modelki?
Tak, one są takie zabawne! Włosy mam związane w dwa kucyki, mam na sobie czarne pończochy i ogromny sweter.

Jakiego koloru były wtedy twoje włosy?
Rude. Ale nie aż tak rude, jak teraz.

A skąd właściwie wzięło się imię „Grace Coddington"?
Grace to imię mojej babci. Naprawdę miałam na imię Pamela. Moja przyjaciółka ze Stockpot miała na imię Pachita. Moje imię skracano do Pam, jej do Pan. Dlatego powiedziała mi: „Musisz zmienić imię, bo ludzie będą nas mylili ze sobą". Dlatego przerzuciłam się na imię mojej babci. Potem przystąpiłam do konkursu dla modelek jako Grace Coddington. Dzięki niemu poznałam Briana Duffy'ego, Terence'a Donovana i Davida Baileya... Lata 60 były szaloną epoką.

Jakie wrażenie wywarł na tobie Bailey przy waszym pierwszym spotkaniu?
Nie pamiętam swojego pierwszego spotkania z Baileyem. Za to pamiętam bardzo dobrze pierwsze spotkanie z Terencem Donovanem. Miał takie małe studio w Knightsbridge, w Yeoman's Row, naprzeciwko restauracji Bunch of Grapes. Weszłam do środka z moją książką, a on trzymał stopy na swoim biurku, o tak [Grace krzyżuje ramiona]. Powiedział „Cześć" i tak zaczęły się pogaduszki. Później oznajmił: „Ożeniłem się dzisiaj". Odparłam na to: „Naprawdę? W takim razie co właściwie robisz w studio?". On odpowiedział: „No tak, ożeniłem się dziś. Ale wiesz, co mi tam". Wyszłam stamtąd z myślą: „O mój Boże, to jest właśnie świat mody, niesamowite!". 

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Straszliwie zabawna sytuacja.
Nie mogłam zrozumieć ani słowa z tego, co do mnie mówił. Przez jego cockneyowski akcent. A on ciągle gadał i gadał. Potem właśnie poprzez niego poznałam całą resztę. Bailey dopiero zaczynał karierę. Pracował chyba w Studio 5, z Normanem Ealesem. Vogue szybko go jednak odkrył i pokochał. Wyglądał tak ślicznie. Wszyscy zawsze zachwycali się: „Och, jaki on śliczny!". Bo był.

Czy w tamtym okresie wiedziałaś o tym, jaką ma reputację?
Tak, oczywiście. David Bailey codziennie uprawia miłość.

Słyszałem sporo o tym, jaka fama chodziła za nim po studiach fotograficznych...
O tak. Był niezwykle skandaliczny. Mam na myśli, że był naprawdę bardzo skandaliczny. Nie wiem jaki był, kiedy spotykał się z Jean [Shrimpton]. Jako modelka zaczęłam z nim pracować już po tym, jak się z nią rozstał. Kiedy byli razem, to fotografował w zasadzie wyłącznie Jean.

Norman Parkinson też był znany z tego, że także miał jedną ulubioną modelkę, z którą pracował.
Pierwsze zdjęcie w karierze modelki zrobił mi właśnie Parkinson.

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Jakie wywarł na tobie wrażenie? Czy był przerażający?
Nie był w ogóle straszny. Był czarujący. Wspaniały. Trochę jak ojciec. Zawsze zwracał się do mnie „Moja droga...". Do mojej pierwszej fotografii modelingowej pozowałam nago. Pewnego dnia do Stockpot zawitał model, który pracował sporo z Parkinsonem. Bardzo przystojny, prezentował się naprawdę uroczo. Wracając do wątku, Parkinson przykazał mu: „Jak tylko wypatrzysz gdzieś ładną dziewczynę, odeślij ją do mnie". Model zobaczył mnie więc i stwierdził: „Powinnaś pójść do Parkinsona". Byłam taka podekscytowana! Jeszcze kiedy mieszkałam w Walii, Parkinson należał do wyróżniających się fotografów współpracujących z Vogue. Udałam się na spotkanie z nim, zabrałam ze sobą swoje zdjęcia. Jednak on nie chciał ich obejrzeć. Pragnął wyłącznie spotkać się ze mną osobiście. Kazał mi obrócić się. Później spytał, czy nie miałabym ochoty pozować do zdjęcia w ten weekend. Nadmienił, że będzie to akt. A mnie ogarnęła taka ekscytacja, że tego nie usłyszałam. Myślałam tylko: „O tak, sesja z Parkinsonem!". Choć pozowanie nago nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Nie wiem nawet, do czego była to sesja. Na krótko przed swoją śmiercią wysłał mi liścik, w którym napisał „Natrafiłem w moich rzeczach na twoje nagie fotografie i chciałbym wysłać ci wydruk". Umarł, nie zdążywszy tego zrobić. Nigdy ich nie otrzymałam.

Czy później udało ci się je odnaleźć?
Spytałam dziewczynę pracującą dla Vogue'a, czy zdołałaby je dla mnie znaleźć. Dzięki Hamilton Gallery wpadły jej w ręce jakieś stykówki z tej sesji. Myślę, że w archiwum Parkinsona panuje trochę bałagan. Szukałam kiedyś zdjęć, które chciałam umieścić w moim obszernym albumie fotograficznym, Grace: Thirty Years of Fashion at Vogue. Było jedno takie, które zrobiliśmy na Seszelach, i nie potrafiłam go nijak zdobyć. Oni wysłali mi po prostu wielkie pudło pełne pomieszanych kolorowych przeźroczy i z niego je wykopałam.

Z Parkinsonem stworzyliście wiele świetnych wyjazdowych sesji.
Tak, rzeczywiście. Byłam z nim kilka razy na Jamajce, a także Barbadosie, w Portugalii i Rosji.

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Kim była dziewczyna, która towarzyszyła wam na Barbadosie?
Apollonia Van Ravenstein. Szalona kobieta. Nadal można się na nią natknąć. Mieszka gdzieś w stanie Nowy Jork. Okazjonalnie da się ją zobaczyć na pokazach Driesa Van Notena. Była jedną z tych zwariowanych postaci, przyjaźniących się ze wszystkimi.

Kiedy powstała twoja słynna fryzura autorstwa Vidala Sasoona [five-point cut]?
W 1964 roku. Współpracowałam juz wcześniej z Sasoonem. De facto gdy wyruszał na swoją wyprawę do Nowego Jorku, miałam mu towarzyszyć. Nie byłam jednak w stanie, z powodu mojego wypadku. To była radykalna fryzura. Vidal wypracował ją na moich włosach. Byłam jego modelką.

Nasza wnuczka ma rude włosy, dokładnie takie jak twoje. W Ameryce kochają rude włosy.
Anna nienawidzi rudzielców. Ja zawsze próbuję forsować modelki z rudymi włosami. Lubię naprawdę mocne kolory włosów. Nieważne jakie, dla mnie mogą być nawet zielone! Jedyny kolor, którego nie lubię, to blond. Nudzi mnie. Rude osoby przypadły mi do gustu, bo zwykle mają wyjątkowo bladą karnację skóry. W mniemaniu Anny nie jest to jednak idealny wizerunek. Ona lubi ludzi, którzy wyglądają zdrowo i lubi blond włosy, bo kojarzą się z amerykańskim snem. Mi pasują rude włosy. Zgrywają się z moją osobowością. 

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Kiedy zakończyłaś swoją przygodę z modelingiem i zajęłaś się stylizacją?
Byłam modelka już prawie od dziewięciu lat, kiedy Clare Rendlesham [ówczesna redaktor mody Vogue'a] powiedziała mi: „Jesteś już trochę stara, prawda? Może przyszłabyś pracować do mnie?".

Czy Beatrix Miller była w tamtym czasie redaktorką Queen?
Nie, Bea pracowała wtedy już dla Vogue'a. Clare zaprosiła mnie parę razy do redakcji. Dostrzegła, że dziewczyny pracujące w branży są coraz młodsze i młodsze, a ja miałam ponad 25 lat. Później wypłynęła Twiggy i, wiesz, zaczęłam się nad tym zastanawiać. Potem zadzwoniła do mnie Marit Alen [redaktor działu Young Ideas Vogue'a] i powiedziała, że powinnam pracować w magazynie, bo będę tam bardziej pasowała. Wybrałam się więc do redakcji i przy lunchu Bea przeprowadziła rozmowę kwalifikacyjną. To musiał być chyba 1967 rok. Pracować zaczęłam w styczniu 1968 roku. Bea to niezwykła kobieta.

Tak, jest niesamowita.
Aż nie do uwierzenia. Ma oko, ucho i nosa do talentów. I daje ludziom na tyle wolności, by ich talenty mogły się rozwinąć. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Nigdy nie powiedziała: „Nie, tego nie rób". W taki sposób wpłynęła na ukształtowanie się osobowości i umiejętności wielu osób. 

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Och, muszę się z tym w pełni zgodzić. Wydawało mi się tylko, że wiele osób boi się jej. Kiedy pracowaliśmy razem w Vogue, łamaliśmy wielokrotnie zasady, prawda? Pamiętasz, jak zrobiliśmy rozkładaną okładkę z Manolo Blahnik i Anjelicą Huston [sesja z 1974 roku, fotografował David Bailey]? Później była jeszcze ta okładka z galaretką [luty 1977], do której zdjęcia robił Willie Christie...
Kiedy pracowaliśmy razem w brytyjskim Vogue'u, myślałam, że mnie nie cierpisz! Zawsze sprzeczaliśmy się o to czy o tamto. Dział mody i dział artystyczny zawsze ze sobą walczą, to znany fakt. Nieważne jak bardzo kochasz dyrektora artystycznego, za każdym razem będziesz mieć uwagi typu: „Dlaczego poszło to zdjęcie zamiast tamtego?". To był wczesny okres mojego życia, a wydaje mi się, że to działo się wczoraj. Tak, Bea popierała w całej rozciągłości łamanie zasad. Wywodziła z magazynu Queen, a oni bezustannie łamali tam zasady. Obrócili magazyn do góry nogami - dosłownie! Z tego właśnie była znana.

A co powiesz o okładce australijskiego Vogue'a [styczeń 1975]?
Tak, ona też była odwrócona do góry nogami.

Była też taka okładka, na której umieszczono całkowicie nieostre zdjęcie...
Jeśli przyjrzysz się im z perspektywy czasu, to wszystkie fotografie okładkowe były nieostre! Bo do ich tworzenia używano bardzo ziarnistego filmu, to sprawiało, że pozornie brakowało im ostrości. Robiłam kiedyś sesję na Ku Khan dla brytyjskiego Vogue'a. Zdjęcia wyszły tak rozmazane, że ledwo dawało się dopatrzyć co przedstawiały. Pamiętam, że modelki miały na sobie pastelowe sukienki. Kiedy patrzę na tę zdjęcia, wciąż się z tego śmieję, bo dziś żaden magazyn by tego nie puścił. Pewnie nawet twój magazyn!

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Bea zawsze puszczała w niepamięć wszystkie błędy i dawała im przebrzmieć. To niecodzienne podejście.
To właśnie stanowiło o sile Vogue'a. Magazyn cieszył się niesamowitą renomą, wszędzie, nawet w Ameryce. Niezmiennie zadziwiało mnie to, że ludzie wiedzą co robimy. Zwłaszcza, kiedy rozmawiało się z Amerykanami.

Co skłoniło cię do wyjazdu do Stanów?
Tak naprawdę na tę decyzję złożyło się wiele czynników. Najwięcej miał z tym wspólnego odpowiedni timing. Przyjechałam do USA w 1987 roku. To był dla mnie dobry czas. Dziecko mojej siostry, które wychowywałam po jej śmierci, zdążyło już dorosnąć. Moja matka zmarła parę lat wcześniej, więc nie musiałam trzymać się Anglii. Głównie jednak skłonił mnie do tego fakt, że rodziło się coś między mną a Didierem [Malige], a on mieszkał w Nowym Jorku. Moment, w którym Anna zjawiła się w brytyjskim w Vogue'a, był punktem zwrotnym. Ciężko siedzieć na fotelu, do którego się przyzwyczaiło, i rozglądając się stwierdzać, że wszystko wygląda co prawda tak samo, ale to już zupełnie inne miejsce.


Co w takim wypadku zrobiłaś?
Calvin Klein prosił mnie w nieskończoność, żebym z nim pracowała. Pomyślałam sobie: „Wiesz co, jak nie ruszysz się teraz, to już nigdy tam nie pojedziesz". Naprawdę kochałam Amerykę. Od dawna organizowałam tu sesje. Byłam pierwszą dziennikarką, która pojechała za ocean, by napisać o wszystkich prezentowanych w Stanach kolekcjach. Wtedy nie pofatygował się do USA nikt inny z europejskich redaktorów. To było naprawdę ekscytujące. Oferowało odmienny punkt widzenia. Nawet teraz, jak wjeżdżam do miasta w drodze z lotniska, czuję taki powiew świeżości. Tętniącej tu energii nie da się w żaden sposób porównać do Anglii. Anglia wysysała ze mnie siły. Tam nikomu nie chce się nic robić. I ja też się taka stawałam. Po przejściu do brytyjskiego Vogue'a, Anna miała bardzo ciężką przeprawę. Wszyscy twierdziliśmy: „Nie, tego się nie uda zrobić" albo „Nie potrafimy tego zrobić". Negatywne, negatywne, wiecznie negatywne podejście. Musiała być straszliwie sfrustrowana. Cofnęłam się o krok i powiedziałam sama sobie: „Masz ofertę od samego Calvina Kleina i tony pieniędzy, pozwalające ci zadomowić się w Ameryce". W dodatku tam właśnie był Didier. Wzięłam więc głęboki oddech i pogodziłam się z tym. Pamiętam, jak zostawiałam za sobą domy, jadąc w górę Fulham Road, w stronę lotniska. Myślałam: „A więc to jest to...".

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

I nigdy nie oglądałaś się za siebie?
Nie, ani razu nie przyszło mi to do głowy. Mieszkanie trzymałam jeszcze przez dziewięć miesięcy. Wynajmowałam je. Ale wtedy zrozumiałam, że nawet jeśli kiedyś wrócę, to nie będę chciała zameldować się z powrotem w tym samym mieszkaniu. Także je sprzedałam.

Jak długo pracowałaś z Calvinem Kleinem?
Półtorej roku. Ale Siódma Aleja nie jest dla mnie. To coś zupełnie innego. Przebywasz cały czas w studio, rano, w południe, nocą. Znałam Calvina i lubiłam jego projekty z czasów, gdy współpracował z nim Zack Carr. Był on doprawdy genialnym projektantem, a także moim bliskim przyjacielem. Przyjaźnił się też blisko z Brucem Weberem, więc zaczęłam robić dużo sesji z Brucem. To Bruce wdrożył mnie w amerykańskie podejście do życia. Istotnie wydawało mi się wtedy, że wybrałam idealny moment na przeniesienie się do Nowego Jorku. Jednak gdy zaczęłam pracować w Calvin, Zacka już tam nie było. Ekipa składała się z bardzo słodkich ludzi, ale brakowało im talentu, jaki posiadał Zack. Zack wrócił jakiś czas później. Zdaje mi się, że trochę wkurzył się, gdy zobaczył, że ja tam rządzę. Pierwotnie pełnił funkcję dyrektora ds. projektowania. Nie jestem wrednym szefem, nie panoszę się. Staram się pracować ramię w ramię z moimi ludźmi, zamiast stać obok i podchodzić do tego na zasadzie: „Jestem tu szefem i macie robić to, co wam każę". Nie jestem też projektantką. Jakoś tak w międzyczasie Annę powołano na stanowisko redaktor naczelnej amerykańskiego Vogue'a. Spotykałam się z nią regularnie. Jadałam kolacje z nią i z jej mężem, Davidem. Za każdym razem pytała mnie: „Co tam u ciebie? Jak ci idzie?". A ja odpowiadałam „Dobrze, dobrze". A potem, jak tylko usłyszałam, ze będzie redaktorką, zadzwoniłam do niej. Spytałam, czy przyjmie mnie z powrotem. Powiedziała, że zaczyna w poniedziałek i zasugerowała, żebyśmy zaczęły razem. Bez zbędnego odkładania sprawy. Oznajmiła po prostu: „Spotkaj się ze mną dziś wieczorem". Spotkałyśmy się i pół godziny później miałam już tę pracę. 

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Kiedy dołączyłaś do zespołu amerykańskiego Vogue'a, jakie były twoje pierwsze wrażenia?
Dostrzegłam, że wszyscy ubierają się identycznie! Każda pracowniczka redakcji nosiła żakiet od Chanel. Cóż, trzeba było się wpasować...

Jak często pracujesz obecnie przy sesjach?
Staram się nie pracować nad dwoma sesjami jednocześnie, nie lubię tego. Dziś ciężko wykonywać swoją pracę we właściwy sposób. Ciągle brak ci czasu.

Z iloma osobami pracujesz przeciętnie nad jedną sesją?
Typowa ekipa składa się mniej więcej z od 25 do 30 osób. Gdy zaczynałam pracę w tej branży, w sesji uczestniczyłam tylko ja, modelka, fotograf, asystent fotografa i ewentualnie mój asystent. Maksymalnie.

Co czyni każdą sesję Grace Coddington tak charakterystyczną?
Zacytuję w tym miejscu Michaela Robertsa: angielskie ogrody, kwiaty, drzewa, topiary, grupy, paryska moda, chateaux, jeszcze liczniejsze grupy, korowody wozów, tipi, figle i pląsy rodem z letniego obozu, niewinność, szalone fryzury, długie spódnice, historyczne tableaux, szczęśliwe rodziny, całe wiadra nostalgii i przeurocze horyzonty.

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Co dla ciebie czyni fotografa dobrym artystą?
To aż nazbyt szerokie zagadnienie. Żeby podyskutować o tym w szczegółach, musielibyśmy przysiąść do tego przy kolacji!

Jakie rady dałabyś asystentowi, który właśnie odchodzi z twojego działu?
Idź, ale uświadom sobie, że będzie ci kurewsko ciężko. W tej branży będzie ci naprawdę, naprawdę trudno się utrzymać, a zapewnienie sobie twardego gruntu zajmie ci mnóstwo czasu. Nie myśl, że dostaniesz się na szczyt w pięć minut. Mi zajęło to 50 lat!

Przez te wszystkie lata służyłaś za mentorkę wielu osobom...
Tak. I wielu moich asystentów zostało później świetnymi redaktorami. Jak Lucinda Chambers w brytyjskim Vogue'u.

A także Edward Enninful [consultant director działu mody i-D]...
Tak, Edward też, ale on nigdy nie był moim asystentem.

No tak, ale patrzy na ciebie jak na autorytet...Kocham Edwarda, brakuje mi go.

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Czy są jacyś fotografowie, z którymi nie miałaś okazji pracować, a bardzo byś chciała?
Żałuję, że nie było mi dane współpracować z [Richardem] Avedonem. Parę razy prawie mi się udało, zarówno w Calvin Klein, jak i w brytyjskim Vogue'u. Kiedy pracowałam w wymienionym magazynie, zaprosił mnie do zrobienia stylizacji do reklamy, którą tworzył. Ale przestawiły mu się terminy w kalendarzu i nie udało mi się do tego dostosować.

Przez lata stworzyłaś Ellen [Von Unwerth] mnóstwo zabawnych sesji...
Tak, z Ellen dokonałam wielu wspaniałych rzeczy. Kocham Ellen. Zrobiłam też świetne prace z Arthurem [Elgortem]. Uwielbiam też wszystkie efekty moich sesji z Guyem Bourdinem. Z Bourdinem ciężko się dogadać, ale w sumie lubiłam jego pokręcony umysł. Helmut [Newton] także nie był łatwym partnerem. Ze mną zawsze jakoś się zgrywał, jednak czasem potrafił kompletnie cię uciszyć. Umiał zdruzgotać człowieka zaledwie trzema słowami. Kiedy byłam modelka, ciągle słyszałam, że dziewczyny płaczą przez niego. Chociaż mnie do łez nie doprowadził.

Był taki okres, że fotografowie notorycznie doprowadzali dziewczyny do płaczu.
Tak, wydawało im się to sprytne. Ale nie ma w tym żadnego sprytu, to czysta głupota. Nie uda ci się wyciągnąć z danej osoby tego, co najlepsze, jeśli uderzy przez ciebie w płacz!

Fotografia Grace Coddington z osobistego archiwum Arthura Elgorta.

Jak doszło do tego, że narodziła się książka?
Wszyscy mówili mi „Musisz opublikować pamiętniki!". A ja zbywałam tę myśl, wmawiając sobie: „Jebać to, nie chcę, żeby każdy dowiedział się wszystkiego o moim życiu". Później jednak pojawiła się presja z pewnych stron. Zmieniłam podejście i uznałam: „No cóż, może będzie to interesujące wyzwanie". To stało się jakieś dwa lata temu. Następnie plany przeistoczyły się w naprawdę dużą rzecz i podpisałam umowę z wydawnictwem Random House.

Czy wyobrażasz sobie, że na podstawie twojego życia dałoby się nakręcić film?
Ja nie wyobrażam sobie, wydawca jak najbardziej. Chcą, żeby porozmawiała o tym z różnymi ludźmi. Ale nalegałam, żeby wpierw ukazała się książka.

Jaką aktorkę wybrałabyś, żeby zagrała ciebie?
To rozmowa rodem z obiadku towarzyskiego. Wybrałabym Julianne Moore, kogoś takiego. A w młodszą mnie wcieliłaby się Karen Elson. 

Kredyty


Wywiad: Terry Jones
Fotografia: Arthur Elgort
Stylizacja: Stella Greenspan
Koloryzacja włosów: Louis Licari

Tagged:
Grace Coddington
2013
terry jones
Μόδα
archiwa i-d
archiwum i-d