25 lat szoku i grozy z marilynem mansonem

Rozmawialiśmy z najgorszym koszmarem amerykańskiej prowincji. Podzielił się z nami myślami o żałobie, wieku średnim i Madonnie.

tekst Anders Christian Madsen
|
05 Marzec 2015, 10:45am

Dorastałeś jako oddany fan Marilyna Mansona? Przez większość swego życia klękasz wiernie przed jego metalowym ołtarzem i słuchasz tego, co ci przekazuje tekstami? Cóż, więc na pewno nadejdzie taka chwila prawdy, że będziesz musiał wezwać głośno swojego boga. Na szczęście, w przeciwieństwie do innych sił wyższych, Manson to mesjasz, z którym można porozmawiać. Przynajmniej jeśli nie zadzwonisz do niego przed 20:00 czasu Los Angeles. „Zazwyczaj jestem w stanie opowiedzieć lepszą historię ustami, niż dłońmi" - mówi. Wstawia przy tym znaczącą pauzę przed ostatnim słowem, czym idealnie podsumowuje nieprzewidywalność swego image'u. Jego kariera przywodzi na myśl losy Internetu. Czyli zbudował ze światem związek typu miłość/nienawiść. Uczynił on Mansona tego rodzaju supergwiazdą, która jednostronnie odpowiada swoim fanom poprzez media społecznościowe. Ten styl komunikacji stanowi klucz do sukcesu rockmana. „Nie czytam komentarzy, które fani piszą w odpowiedzi na moje posty w sieci. Mógłbym wyjść przez takie zachowanie zarówno na masochistę, jak i narcyza. Wiesz, to byłoby tak, jakby Święty Mikołaj czy Bóg nagle musiał słuchać wszystkiego, co ludzie sobie myślą" - oznajmia zgrzytliwym, lekko sfatygowanym głosem. Pozwala mu wybrzmieć w każdym słowie z tego rodzaju zuchwałą pewnością siebie, która sprawiła, że nastolatki od ponad dwóch dekad padają mu do stóp. I ich uwielbienie ciągnie się zwykle w dorosłość.

Nastała właśnie jego dziewiąta era - tak fani klasyfikują jego albumy i odpowiadające im wizerunki, będące osobowościami scenicznymi w stylu Davida Bowiego. Na tę okazję Manson przyjął miano bardziej królewskie, niż Antichrist Superstar czy God of Fuck - aliasy pod którymi był znany, gdy stał się wrogiem publicznym numer jeden Ameryki lat 90. The Pale Emperor to zarazem tytuł jego nowego albumu. Gotycko-bluesującej kolaboracji z Shooterem Jenningsem, dzięki której Manson cieszy się najlepszymi od dziesięciu lat recenzjami krytyków. Tytuł płyty stanowi bezpośrednie nawiązanie do osoby rzymskiego władcy Heliogabala. Tamten „Blady Cesarz" zyskał przydomek dzięki swojej urodzie i jasnej karnacji skóry. „Zainspirowała mnie książka, którą podarował mi Johnny. A kiedy mówię Johnny, mam na myśli Deppa. Mamy taki nasz dowcip, że kiedy tylko możemy, wypowiadamy nasze pełne imiona" - dzieli się anegdotą Manson. Wydaje się przy tym świadomy ironiczności tego intertekstualnego rzucania imionami. „Heliogabal był dla mnie inspiracją, dlatego że to jeden z pierwszych rzymskich cesarzy, który odrzucił ideę istnienia Boga. Cechował się też ogromną pasją do okrucieństwa i jego teatralności. Co przypomina mi trochę mnie, w taki dziwny sposób".

Muzyk bynajmniej nie koloryzuje. I nie chodzi tu o ponurą naturę jego muzyki, którą nie słuchający metalu fani zwykle określają jako agresywną (choć tak naprawdę jest raczej melodyjna). Manson ma za sobą wiele spektakularnych wyskoków. Na koncertach oddawał mocz na tłum widzów. Pociął się na scenie rozbitą butelką. Ocierał się genitaliami o twarz ochroniarza. Możliwe, że podczas występu kopnął nawet swojego byłego gitarzystę w głowę. A to i tak nic w porównaniu z przytaczanymi na luzie anegdotami, z którymi można się zapoznać w jego bestsellerowej autobiografii z 1998 roku, The Long Hard Road Out of Hell. Jednak teraz, w wieku 46 lat, wizerunek Mansona odzwierciedla bardziej osobę intelektualnie ukierunkowanego i pełnego współczucia komentatora społecznego. Który wzniósł się na wyżyny swych umiejętności, gdy musiał się bronić przed atakami ze strony prasy. Winiącej go za zainspirowanie masakry w Columbine z 1999 roku. „Nie spodziewam się, że ludzie będą wiedzieli kim jestem. Ale, z drugiej strony uważam, że moja legenda mnie poprzedza" - pozwala sobie na uwagę na temat Marilyna Mansona anno domini 2015. „Znajdzie się sporo osób, które będą sądziły, że wiedzą kim powinienem być. Mam wrażenie, że działa to na moją korzyść. Największą przewagą Diabła jest to, że nikt w niego nie wierzy".

Manson - pierwotnie Brian Warner z Canton w stanie Ohio - w maju 2014 kończył już dziewięciomiesięczny poród, jak sam określił prace nad The Pale Emperor. I właśnie wtedy jego matka, Barbara, zmarła na demencję. Pogrążony w żałobie muzyk skorzystał ze swoich kanałów społecznościowych, by dać upust emocjom. „Mamo" - napisał - „te słowa kieruję do pierwszej i najwspanialszej osoby, która we mnie uwierzyła... Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś cię zobaczę". W oczach świata zewnętrznego jawiło sie to bezprecedensowym ruchem, pokazującym postać Marilyna Mansona może w nieco innym świetle. Jednak dla jego fanów była to utrata matki Antychrysta, która starała się zrozumieć swojego syna, zamiast go odrzucać. „To, że musiałem sobie poradzić ze śmiercią mojej mamy, uczyniło mnie zupełnie inną, dojrzalszą osobą. Nadal tą samą, ale ta strata cofnęła mnie w pewnym sensie do miejsca, w którym zacząłem moją drogę. I do identycznej wizji końcowego celu. Chodzi o różnicę, między człowiekiem, który nie ma nic do stracenia, a takim, który ma wszystko do zyskania" - wyznaje Manson ściszonym głosem. Odejście matki doprowadziło go w taki czy inny sposób do zmiany stylu życia na zdrowszy i mniej zakrapiany absyntem. A także do stworzenia nowej więzi z jego ojcem Hughem, z którym niedługo potem wyruszył na nostalgiczne wycieczki do czasów swojego dzieciństwa.
„Kiedy byłem dzieckiem, nigdy nie uznawałem koszmarów za koszmary. Mi zdawały się po prostu bardziej interesującymi snami. Lecz najwyraźniej dręczyły mnie okropne sny, budziłem się z nich z atakami paniki. Tego o sobie nie wiedziałem" - dzieli się swoim odkryciem. „Ostatnio tata opowiada mi dużo o mnie i moim dorastaniu. Pokazał mi moją pierwszą kartę ocen z szóstej klasy. Miałem same A (najwyższa ocena w amerykańskim systemie edukacji - przyp. tłum.). Napisano też na niej: Brian jest bardzo uroczym, dobrze wychowanym młodym mężczyzną" - Manson śmieje się, ale zaraz w jego głosie słychać już tylko niewymuszoną szczerość. „Mam dobre maniery. I przedstawiam się z uściskiem dłoni, a także... Wiesz, jeśli ktoś próbuje kogoś skrzywdzić czy... Wiesz, chronię moich przyjaciół i bliskich" - podkreśla. „Z zabójczą siłą". Manson sugeruje, że „męski" charakter The Pale Emperor wziął się w części z nowego nastawienia do życia. A także z doświadczeń związanych z pracą aktorską na planie Synów Anarchii oraz posmakowaniem innego rodzaju życia towarzyskiego. Jak wierzy muzyk, to wszystko sprawiło też, że dużo łatwiej z nim wytrzymać.
„Nie wiem natomiast, czy dzięki temu łatwiej mnie zrozumieć. Ponieważ każdy będzie mnie rozumiał na swój sposób" - dodaje. „Ludzie pytają mnie: Czy czujesz się nierozumiany? Ja nie uważam nawet, że słowo „nierozumiany" oznacza coś złego. Na pewno czyni to człowieka żywym wcieleniem chaosu. Dla moich przyjaciół jestem wesołym miasteczkiem czynnym dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie oznacza to jednak, że każdy może skorzystać z oferowanych przez nie atrakcji za darmo". Zdaje się, że koncepcja męskości preferowana przez Mansona równa się postawie staromodnego dżentelmena. Od którego wymaga się nienagannych manier, a jeśli zachowuje się niestosownie, to nigdy nie robi tego bez przyczyny. „Nawet ciekawi mnie ta płyta Madonny" - oświadcza w pewnej chwili. „A ona wygląda bardziej seksownie, niż kiedykolwiek wcześniej. Chciałbym też, żebyś wiedział, że nadal podkochuję się w Madonnie. Definitywnie bym sobie z nią pocudzołożył". Równie łatwo, jak pozwala sobie na moment słabości, wraca zaraz do roli idealnego dżentelmena. Rozmawia ze mną o krawiectwie i kamizelkach garniturowych, jakby przybył do współczesności wprost z lat 20. Które są zresztą jego ulubioną epoką w modzie.
W połowie lat 00, kiedy był mężem Dity Von Teese, Manson stał się kimś w typie regularnego bywalca świata mody. Żona paradowała z nim po Paryskim Tygodniu Mody, gdzie występował ubrany w garnitury spod ręki Stefano Pilati i podobne stroje. „Czułem się, jakbym siedział na obiadku towarzyskim, z którego chciało się jak najszybciej ewakuować" - żartuje. Strój ślubny rockmana przygotował sam John Galliano. Temu projektantowi udało się akurat pozostać w kręgu znajomych Mansona. „Kiedy rozpętała się ta cała burza wokół niego, o włos nie poleciałem do niego z wizytą. Bo był moim przyjacielem. Rozprawiono się z nim bardzo surowo. Opinia publiczna reagowała na ten skandal przesadnie ostro". Gwiazdor mieszka teraz z fotografką/modelką Lindsay Usich, a rok 2014 skończył się dla niego pomyślnie. Można odnieść wrażenie, że obecnie Manson podchodzi nieco inaczej do życiowej powagi. „W mojej głowie wciąż mam 21 lat. Początek kariery... Dla mnie to równie dobrze mogło się dziać jakiś rok temu. Naprawdę ciężko mi orientować się, jaki mamy dzień tygodnia, jaki jest teraz miesiąc czy rok" - przyznaje. „Jeżeli nie trzymasz w domu kalendarza ani nie nosisz na ręku zegarka, to utrzymujesz się przez cały czas w stanie przypominającym żywot Piotrusia Pana. Podchodzę do życia na serio, ale, uczciwie rzecz ujmując, nie podchodzę do siebie zbyt poważnie".

marilynmanson.com

Kredyty


Tekst: Anders Chirstian Madsen
Fotografia: Nicholas Alan Cope
Stylizacja: Ise White
Fryzura: Ramsell Martinez/agencja Streeters/przy stylizacji użyto produktów R + Co
Makijaż: Donald Simroch/agencja Tracey Mattingly
Scenografia: Jamie Dean/agencja WSM
Asystenci fotografa: Keith Schwalenberg, Hans Hansen, Garett Guidera
Technik cyfrowy: Peter Juhl
Asystentka stylistki: Amanda van Duyse
Produkcja sesji: Kiori Georgiadis
Asystent producentki: George Sanchez
Retusz: Digital Giant
Dyrektor kreatywny: Willo Perron
Dyrektor artystyczny: Hassan Rahim

Tagged:
marilyn manson
muzyka