„i love you dad”, czyli druga strona wakacji w tajlandii

Karol Grygoruk opowiada nam o swoim najnowszym projekcie fotograficznym.

tekst Basia Czyżewska
|
17 Listopad 2017, 10:00am

„Kupić bilet do Azji i tam przez kilka tygodni albo miesięcy pożyć w raju” - to jest całkiem dobry plan, realizowany zwłaszcza przez ludzi pracujących w wolnych zawodach, zwłaszcza branży kreatywnej w Polsce.
Nawet dzisiaj dwie osoby spytały mnie, co polecam, bo lecą do Bangkoku… Tak, m.in. właśnie dlatego zrobiłem ten projekt. Chciałbym pokazać, że tamten świat nie jest jednowymiarowy.

Pamiętasz, kiedy ta opresyjna rzeczywistość uderzyła Cię po raz pierwszy?
Zaczęło się zupełnie niewinnie, ale już na lotnisku poczułem wszechobecność władzy — portrety króla i obecność wojska na każdym kroku.
Na początku, to może wydawać się zabawne, przypomina trochę czasy PRL, ale po chwili czujesz prawdziwy, ślepy kult władcy. Później młodzi ludzie mówili mi, że kochają króla i nie wyobrażają sobie innej władzy. Jestem przekonany, że mówili szczerze. Do tej atmosfery nawiązałem w tytule książki w wystawy „I Love You Dad”. Zmarły król często określany był ojcem.

Tajlandia może się wydawać krajem wolności. Wszyscy wiedzą, że kwitnie tam np. seksturystyka (oficjalnie zupełnie nielegalna), ale z drugiej strony mało osób zdaje sobie sprawę, że nie wolno pognieść banknotu, bo na nim jest portret władcy i możesz trafić do więzienia na 15 lat. To prawo akurat jest egzekwowane.
Obawiam się, że po publikacji zdjęć nie będę mógł tam wjechać przez kilka najbliższych lat. Lub wcale.



Zająłeś się tematem niewidocznych ludzi — prostytutek, lady boy’ów.
Przyjechałem z Ulą i jej pomysłem na dokument m.in. o handlu ludźmi. Na miejscu okazało się, że sam temat jest bardzo trudny do sfotografowania. Bohaterowie, choć rozmawiali z dziennikarką, nie godzili się na pokazanie twarzy. W pewnym momencie zdałem sobie również sprawę, że nie chcę by ten projekt kolejny raz wiktymizował ofiary. Zacząłem więc jeździć i szukać czegoś innego, oczywiście zawsze starałem się zajrzeć za kotarę.

Z jakiegoś powodu turyści przywożą tylko jeden rodzaj zdjęć z wakacji. Czy to było trudne albo niebezpieczne?
Okazało się, że wcale.
Ludzie, którzy przyjeżdżają do Tajlandii na wakacje, po prostu nie chcą dostrzec równoległego świata, bo to wymaga wysiłku. Trzeba podjąć decyzję, że ’chcę tam wejść i czegoś się dowiedzieć’. Później z tą wiedzą trzeba jeszcze coś zrobić. To jest obciążające. Znacznie łatwiej nazwać to sobie dziwną egzotyczną kulturą.


Opowiem Ci taką historię — jedną atrakcją w klubach go-go jest tzw. ping-pong show (kobiety siłą mięśni wyrzucają piłeczki pingpongowe z pochwy — przyp. red.), dla mnie to najbardziej upokarzający rodzaj rozrywki, ale okazało się, że prawie wszyscy znajomi czy turyści, z którymi rozmawiałem — kobiety i mężczyźni, widzieli taki pokaz. Potraktowali go jako rodzaj lokalnej atrakcji.

W twoich zdjęciach jest dużo intymności. Jak wyglądał twój kontakt z bohaterami? Musiałeś przecież zdobyć ich zaufanie, zbudować bardzo szczególną relację.
Tajowie mówią specyficznym angielskim, a mi zależało, żeby mieć jak najlepszą komunikację z bohaterami, znajomość języka była ważnym kryterium doboru bohaterów. Później musiałem im wytłumaczyć, że nie interesuje mnie seks. Że chodzi mi o ich osobowość i zwykłe życie. Mówiłem im, zresztą zgodnie z prawdą, że są dla mnie ciekawymi ludźmi w ciekawym miejscu i czasie. Zazwyczaj dość szybko zyskiwałem ich zaufanie.



Jedno z najmocniejszych zdjęć z cyklu pokazuje krocze gojące się po operacji korekcji płci. Opowiedz tę historię.

To było bardzo ciekawa sytuacja. Spotkałem grupę ladyboyów przygotowującą się do występu. Przysiadłem obok i zaczęliśmy rozmawiać. Po chwili zauważyłem, że jedna z nich skręca się z bólu. Spytałem, czy wszystko Ok. A ona odpowiedziała łamanym angielskim, że 5 dni temu miała operację. Wprost zapytała, czy chcę zobaczyć. To było niezwykle bezpośrednie. Trudno na podstawie jednej historii wysnuwać jakieś daleko idące teorie o tajskim stosunku do ciała i płci, ale na pewno jest on zupełnie inny niż nasz. Więcej w nim akceptacji i naturalności.



Premiera twojej fotoksiążki, która zwieńczyła projekt, odbyła się w zeszłym tygodniu na Paris Photo. Jakie reakcje wywołała, czy twój plan, żeby potrząsnąć nieświadomymi turystami powiódł się?

Paryż w czasie Paris Photo to niesamowite miejsce. Tysiące spotkań i dziesiątki premier. Mam ogromną nadzieję, że udało nam się z książką przebić, co umożliwiło by pokazanie projektu jak najszerszej publiczności. Jestem pozytywnej myśli, ale trzymajcie też kciuki.

Wystawę „I Love You Day” można oglądać w warszawskiej Leica Gallery od 17 do 19 listopada.

Tagged:
leica
Karol Grygoruk