Photography Richard Corman

niepublikowane zdjęcia młodego basquiata

Richard Corman opowiada nam o sesji w studiu legendarnego artysty.

tekst Zio Baritaux; tłumaczenie Patrycja Śmiechowska
|
14 Listopad 2017, 2:42pm

Photography Richard Corman

W czerwcu 1984 roku L’Uomo Vogue zlecił fotografowi Richardowi Cormanowi zrobienie sesji z Jeanem-Michelem Basquiatem w jego studiu na Great Jones Street. Corman był już przyzwyczajony do wielkich gwiazd — odbył praktyki u Richarda Avedona, fotografował m.in. Madonnę i Keitha Haringa — ale loft artysty zrobił na nim wielkie wrażenie. „Zostałem pochłonięty przez falę kreatywnej energii", wspomina. „Pomieszczenie było pełne ludzi, farb, płócien, kolorów i dymu. Basquiat stał w kącie, prawie niewidoczny w całym zgiełku". Corman poprosił, żeby malarz zapozował na papierowym tle. „Był swobodny, zawstydzony, zły, zaciekawiony i wyrazisty", wyjaśnia Corman. „Tworzył własną przestrzeń i energię, a ja za nim podążałem".

Zdjęcie: Richard Corman

Corman zrobił wtedy kultowemu artyście 79 zdjęć, z których większość nigdy nie została opublikowana. Teraz fotografie ujrzą światło dzienne w formie albumu „Basquiat" (zaprojektowanego i wydanego przez Nicholasa Jamesa Groarke'a z NJG). Limitowana edycja składa się z zaledwie 20 egzemplarzy, w których znajduje się 12 odbitek mistrza techniki — Ruediego Hofmanna (dziewięć odbitek żelatynowo-srebrowych i trzy wykonane z zastosowaniem specjalnego pigmentu, lepiej znoszącego upływ czasu). Każda z nich jest podpisana przez Cormana i Hoffmana oraz zamknięta w ręcznie wykonanym futerale oraz pudełku z pleksi, które może także spełniać funkcję oprawy.

W wywiadzie na wyłączność, który znajduje się na dole, Corman opowiada nam, o tym, jaki wpływ na jego twórczość wywarło fotografowanie Nowego Jorku w latach 80. oraz sesja z Basquiatem.

Zdjęcie: Richard Corman

„Nie chciałem zostać fotografem, miałem zamiar skończyć psychologię. Zrobiłem sobie rok przerwy od szkoły i miałem dostęp do aparatu, więc zacząłem fotografować wszystko dookoła — poza ludźmi, bo to mnie przerażało. O wschodzie słońca, koło piątej rano chodziłem w okolice Meatpacking District. Znajdywałem tam piękne światło i surowy charakter Nowego Jorku, widok miasta, które niesamowicie intrygowało.

Po roku pokochałem fotografię, ale gdy myślałem o zawodowej przyszłości w tej dziedzinie, zniechęcałem się. Asystowałem kilku fotografom, żeby zdobyć doświadczenie. Pewnego dnia byłem na rozmowie kwalifikacyjnej w studiu i usłyszałem: 'Potrzebujemy kogoś innego, ale Avedon szuka asystenta studia, zadzwoń do niego'. Pewien gentleman ze mną porozmawiał, kazał mi chwilkę poczekać, a potem Dick przeprowadził ze mną rozmowę podczas golenia się i szykowania do teatru. Od razu mnie zatrudnił. Przez pół roku szorowałem toalety i podłogi, zanim wpuścił mnie na plan i do ciemni. Gdy zapracowałem na szacunek, podróżowałem z nim z przerwami przez dwa lata podczas tworzenia 'In the American West', jednego z jego największych dzieł. Dick Avedon żył dla pracy, na dobre i na złe, a ja każdego dnia mogłem się czegoś nauczyć. To doświadczenie zmieniło moje życie.

Zdjęcie: Richard Corman

W 1983 roku zakończyłem praktyki u Avedona. Spędzałem wtedy dużo czasu w centrum Lower East Side, które było przemysłowe, w klimacie getta. Wiele bloków wyglądało, jakby spadła na nie bomba — wszędzie gruz i nędza. Fotografowałem młodych artystów, czasem na zlecenie, a czasem po prostu znajdowałem się w odpowiednie miejsce we właściwym czasie. Krążyłem między mieszkaniem Madonny na East 4th Street bez windy, a loftem Haringa na West Broadway i studiem Basquiata na Great Jones Street. Wspaniała mieszanka. Nowy Jork zawsze był i zawsze będzie dla mnie festiwalem kreatywności.

Robiłem wtedy zdjęcia dla wielu włoskich magazynów. Amerykańscy fotografowie stawiali pierwsze kroki dzięki europejskim publikacjom. Dawali nam 40 stron do zapełnienia i płacili jakieś 60 dolarów. W zasadzie tworzyliśmy im cały magazyn i mogliśmy promować swoje prace — coś niesamowitego.

Zdjęcie: Richard Corman

L’Uomo Vogue wysłał mnie na sesję do Jeana-Michela. Chciałem się dobrze przygotować do sesji, ale dopóki nie wszedłem do studia, czułem, że wkraczam w nieznane. Jego miejsce było pełne ludzi, których przyciągał z różnych powodów. Był charyzmatyczny, piękny, trochę straszny i genialny. Panowała tam wspaniała, szalona atmosfera, pełna dymu, ludzi, muzyki i farby. Prawdziwy artystyczny nieład. Na sesji postanowiłem oddzielić go od chaosu. Moim zdaniem to sprawia, że zdjęcia są takie interesujące — skupiają się na nim, a nie na szalonej energii otoczenia.

Miałem ze sobą tylko aparat Rolleiflex z dwoma obiektywami, flesz i szeroką na na 120 cm rolkę szarego papieru. Rozwiesiłem ją, ustawiłem Basquiata i zacząłem robić zdjęcia. Powiedziałbym, że był swobodny, zawstydzony, zły, zaciekawiony i wyrazisty. Tworzył własną przestrzeń i energię, a ja za nim podążałem. Położył ręce na brzuchu, jakby go bolało, ale zachęcał mnie do obserwowania tego cierpienia — był bardzo złożoną postacią. Jego ręce, oczy i język ciała były pełne ekspresji, wiele przez nie zdradzał.

Zarówno jako młody fotograf, jak i 30 lat później, zawsze szukałem w oczach historii — i na pewien sposób Jean-Michel pokazał mi swoją. Nawet jeśli wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, to było magiczne doświadczenie. Nie zdawałem sobie w pełni sprawy, kogo fotografuję, poza tym, że był wyjątkową duszą. Czułem jego złożoność — był cichy, a jednak niesamowicie hipnotyzujący.

Zdjęcie: Richard Corman

W 1983 roku fotografowałem Madonnę w jej mieszkaniu. Wychyliła się za barierkę na czwartym piętrze i spojrzała na mnie tymi kocimi oczami — od razu wiedziałem, że trzeba się z nią liczyć, zanim w ogóle się odezwała. Była zupełnie inna od ludzi, których znałem. To samo poczułem, gdy spojrzałem w oczy Basquiata — było w nich coś innego, ale równie oryginalnego. Talent po prostu da się wyczuć. Mniej chodziło tu o fizyczne piękno, a bardziej o historię, kryjącą się w jego oczach.

Zrobiłem tylko 79 zdjęć, ale to wystarczyło, żeby tego dnia uchwycić jego istotę. Nie twierdzę oczywiście, że to jego najważniejsze zdjęcia, ale uważam, że ich prostota nie koliduje z jego złożoną osobowością, a wręcz pozwala jej lśnić.

Zdjęcia, które zrobiłem Basquiatowi już zawsze będą w pamięci, ale samo doświadczenie z odwiedzenia 57 Great Jones Street w 1984 roku wciąż mnie inspiruje".

„Basquiat" jest dostępny tutaj. Obserwujcie Richarda Cormana na Instagramie i Twitterze.

Zobacz też:

Tagged:
Madonna
Richard Corman
sztuka
nowy jork
Kultura
jean-michel basquiat
Avedon
artysta
malarz