mistrzyni peruk współpracująca z netflixem i cindy sherman

Amanda Miller opowiada o magii swojej ciężkiej pracy, której nie zamieniłaby na nic innego.

tekst Mattie Kahn
|
23 Sierpień 2017, 3:14pm

Zdjęcie Susanna Blavarg, dzięki uprzejmości Amandy MillerZdjęce

Artykuł pierwotnie ukazał się w amerykańskim wydaniu i-D.

Amanda Miller potrafi wyhodować trzy zestawy wąsów w 12 godzin. Nie jest to nadludzka moc, wynikająca z zaburzenia hormonów, ale techniczna umiejętność. Od prawie dwóch dekad Miller robi peruki do oper i hollywoodzkich produkcji. Na swoją reputację zapracowała sobie zarówno ciężką pracą jak i szybkim tempem. Kilka z jej osiągnięć? „American Hustle", „Co jest grane, Davis?", „Wilk z Wall Street", „Niesamowity Spider-Man 2", „Długa noc", „Unbreakable Kimmy Schmidt", „The Get Down", „Luke Cage", „Master of None" i „Jessica Jones".

Miller opowiedziała nam swoją historię niskim, uwodzicielskim szeptem, który świetnie pasuje do kobiety spędzającej dzień w otoczeniu czaszek. Karierę zaczęła od programu „Saturday Night Live" — tę pracę dostała po 10 latach staży w Santa Fe i Nowym Jorku. Jako nadworna perukarka stacji pod przewodnictwem mistrzyń fachu, Bettie O. Rogers i Anne Michelle Radcliffe wypracowała sobie jeszcze szybsze tempo, które i tak było już rekordowe. Pomiędzy cotygodniowymi programami pobierała miary i robiła sztuczne głowy na wzór kształtu czaszek aktorów. Potem naciągała na nią siateczkę i wplatała pojedyncze włoski, żeby zrobić jak najbardziej realistyczne peruki.

Taylor Schiller w „Orange is the New Black", dzięki uprzejmości Netflixa/Amandy Miller

W końcu makijażystka, która pracowała z Miller, poleciła ją do szybkiego zlecenia przy serialu „Wołanie o pomoc". „Natychmiast potrzebowali wąsów", wspomina Miller. Jak w większości telewizji produkcyjnych, sceny były kręcone niechronologicznie. Jeden z bohaterów musiał w połowie sezonu ogolić wąsy, ale okazało się, że potrzebuje ich teraz do scen mających miejsce wcześniej. „Przyszłam na plan i zrobiłam im na miejscu trzy zestawy wąsów", mówi Miller. „Nie zdawałam sobie sprawy, że to było coś wyjątkowego. Potrzebowali ich, a ja je zrobiłam i od tego się zaczęło. Potem już wszystko rozkręciło się błyskawicznie".

Miller zawsze poruszała się w zawrotnym tempie. „Szczerze mówiąc, to wszystko ze względów finansowych", mówi. „W wielu pracowniach dostajesz zapłatę od peruki". Miller miała czynsz do opłacenia oraz córkę, którą wychowywała samotnie. „Musiałam działać szybko, bo miałam do zrobienia dwa razy więcej, a czasu mniej", mówi. „Miałam pięć godzin, podczas których córka była w przedszkolu i musiałam zrobić to, co ktoś inny mógł zrobić podczas 10 godzin pracy".

John Goodman w „Co jest grane, Davis?", dzięki uprzejmości CBS Films/Amandy Miller

Nawet teraz — z własnym studiem i zespołem — nie zwolniła tempa. „Perukarstwo przypomina jazdę na rowerze. Takich umiejętności się nie traci". To prawda, wszystko przebiega według rutynowego procesu. Najpierw Miller dostaje zdjęcia, które pokazują jak fryzura ma wyglądać oraz zdjęcia osoby, która będzie ją nosić. Potem spotyka się na przykład z Kim Cattrall albo Johnem Goodmanem, żeby zmierzyć ich czaszki i nanieść je na płócienne głowy manekinów. W studiu nada im odpowiedni kształt i odzwierciedli linię włosów, a potem wreszcie rozwinie jedwab, bawełnę, poliester i siateczkę. „To jak architektura", mówi. „To świetna zabawa, a do tego bardzo kameralna sprawa… W naszej branży liczy się dyskrecja".

Czasem Miller, która zarządza wszystkim ze swojego studia na Manhattanie, martwi się, że poczuje skutki swojego pędu. „Martwię się o moje oczy. Czy jestem przepracowana? Teraz prowadzę własne studio, więc ustalam czas i daty wykonania zlecenia". Ze swojego gniazdka ustala reguły. Na przykład nie szyje po zmroku — jej pracę lepiej oceniać przy świetle dziennym. Zrozumiała także, że nie tylko jej jest ciężko. Jej ekipie trudno jest „siedzieć bez ruchu przez cztery, pięć godzin i pracować na poziomie, na jakim mi zależy. Nie chcę, żeby ludzie mieli zdrętwiałe karki i uszkodzone nerwy". Jest też „wielką zwolenniczką" masaży.

Fizyczne obciążenie, wynikające z pracy, nie umniejszyło wyjątkowej, wręcz duchowej przyjemności, jaką z niej czerpie. Gdy Miller była mała, jej ojciec był właścicielem sklepiku z butami w małym miasteczku w stanie Michigan. Specjalizował się w ortopedii. W niedziele zabierał ją do okolicznej pracowni szewca, gdzie co tydzień odbierali zamówienia. „Pamiętam, że było to dla mnie coś magicznego", mówi. „Zapachy skóry, octu, alkoholu… Ciężkie narzędzia: stalowe młotki i tak dalej". Gdy weszła do pierwszej pracowni z perukami, poczuła „tę samą magię". „Zakochałam się w ten sam sposób. Od razu wiedziałam, że to praca, którą mogłabym wykonywać — dobrze i szybko".

Gdy Miller pozwala sobie na chwilę wytchnienia (ale tylko chwilę!) i zastanawia się nad swoją karierą, stwierdza z ręką na sercu, że żadna z peruk nie jest jej ulubioną, chociaż bardzo lubi Riza Ahmeda z „Długiej nocy" („po prostu świetny koleś") i Amy Sedaris z „Unbreakable Kimmy Schmidt" („zakręcona").

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Fred Armisen w „Saturday Night Live" dzięki uprzejmości Amandy Miller

Oczywiście na liście jej klientów znajduje się też Cindy Sherman, która zatrudniła Miller do stylizacji peruk na jej wystawie w Metro Pictures w 2016 roku. Miller sądzi, że to był szczytowy moment jej dotychczasowej kariery. Naprawdę kocha każdą współpracę, każde zlecenie i wszystkie niedorzeczne bokobrody. Ostatnio zajmuje się tworzeniem „klockowatych włosów" postaci z ekranizacji komiksu „Solomon Grundy". „Po prostu chcę projektów", twierdzi. „Zawsze chcę pracować. Nie lubię nawet wyjeżdżać na więcej niż cztery dni".

Przeczytaj też: