jak wonder woman pokonała filmowe stereotypy

Nowa Wonder Woman jest piękna, silna i naiwna — ale nie neguje to feministycznej mocy jej postaci.

tekst Sophie Wilkinson
|
20 Lipiec 2017, 7:15am

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.

Born Sexy Yesterday" to nowa „Manic Pixie Dream Girl"  Ten termin został wymyślony w kwietniu 2017 roku przez vlogerra Jonathana McIntosha i określa kobietę „o umyśle naiwnego, lecz bardzo uzdolnionego dziecka w ciele dojrzałej, przeseksualizowanej kobiety". Dziewczyna Born Sexy Yesterday" to patriarchalny szajs, ponieważ jeżeli ktokolwiek mówi realnie o jej istnieniu, jest prawdopodobnie mężczyzną lub chłopcem, który „albo nie możne znaleźć albo nie chce kobiety ze swojego świata, która może być mu równa w kwestiach miłości i seksualności".

Born Sexy Yesterday" jest straszna jak cholera i możemy się założyć, że Patty Jenkins, reżyserka „Wonder Woman", wiedziała o tym, gdy tworzyła filmową adaptację komiksu słynącego z infantylizowania głównej bohaterki.

Wonder Woman nazywa się Diana, jest królewną Themysciry, córką Hippolity. Gra ją relatywnie mało znana, izraelska aktorka, Gal Gadot. Themyscira jest żyzną, zieloną wyspą, umiejscowioną gdzieś na Atlantyki, gdzie Amazonki świetne wojowniczki, szykują się na powrót Aresa, boga wojny.

Gdy podczas I wojny światowej amerykański szpieg Steve Trevor (Chris Pine) rozbija się w turkusowej wodzie u wybrzeży wyspy, ścigany przez niemiecki batalion, wyraźnie widać, że chociaż choć nastawiona pacyfistycznie Diana jest także silna fizycznie i nie rozumie bardziej makabrycznych aspektów świata. W kilku scenach udaje się jednak zgrabnie uniknąć wyśmiewania jej ignorancji. Na przykład, gdy jest zdezorientowana zegarkiem Steve'a i generalnym pojęciem czasu, widownia zostaje zaproszona do skupienia się na podziwianiu nagiego, wyrzeźbionego ciała Trevora. Zostaje on uprzedmiotowiony i jest mu z tym nieco niezręcznie.

Później, gdy zapada zmrok, a para odpływa z Themysciry, by Diana mogła zniszczyć Aresa, a Steve mógł złożyć raport. W łóżku (jeszcze nie tak jak myślicie, świntuchy) Diana zdradza, że chociaż powstała z gliny i wychowała się w komunie pięknych, silnych kobiet, to wie czym jest heteroseksualny seks. Zapewnia nawet, że „mężczyźni są niezbędni do rozmnażania, ale nie są potrzebni do przyjemności".

W prawdziwym świecie Diana zauważa drzwi obrotowe, rozpędza się i przebija się bez pomocy Steve'a. To ukłon w stronę filmu „Plusk", w którym syrena (Daryl Hannah) nie radzi sobie z podobnymi problemami, a dobry gość (Tom Hanks) musi ją wziąć pod ramię i poprowadzić we właściwym kierunku. Jednak sytuacja się obróciła, zupełnie jak te drzwi. Niewinność Diany jest czarująca. Mówi sprzedawcy lodów, że jest z niego dumna, zamiast rzucić jakimś dwuznacznym żarcikiem o lodach, żeby widzowie mogli się głupkowato pośmiać. Diana jest naiwna, ale z pewnością nie urodziła się wczoraj. Do tego to nie ciało Steve'a robi na niej wrażenie, ale jego miłość. 

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Film odchodzi też od innych stereotypów kobiet. Nasza główna antybohaterka, Dr Poison, sama z jakichś powodów jest naznaczoną traumą ofiarą. Gdy zaś sekretarka Steve'a idzie kupić przebranie Dianie, sarkastycznie żartuje, że dając piękności okulary, odbierze jej nieco urody - co zręcznie przypomina widzom o filmie „Cała ona", remake'u „Pigmaliona" z 1999 roku, bazującym na naiwnym założeniu, że okulary są w stanie sprawić, że Rachel Leigh Cook będzie wyglądać źle.

Idąc śladem fragmentu recenzji Davida Edelsteina, krytyka Vulture, który do utraty tchu dziękuje twarzy Gadot za zaoferowanie widzom „perfekcyjnej mieszanki arogancji i niewinności pięknego dziecka we mgle", panuje ciągła dyskusja na temat wyglądu Gadot, tak na, jak i poza ekranem. Choć dyskusja na temat jej piękna (bądź jej braku) trwa, banalnym jest powtarzanie że ani aktorka, ani Diana nie powinny być piękne, bo abstrahując zupełnie od kreacji - główna postać to przecież dosłownie bogini. W końcu Gadot jest pierwszą kobietą od 2005 roku, której pozwolono zostać superbohaterką. Zakładać, że nie powinna być piękna, może tylko ktoś o godnej Diany naiwności w kwestii oczekiwań i funkcjonowania Hollywood.

Mimo wszystko Wonder Woman otrzymuje dużo medialnej uwagi, nie tylko dlatego, że igra z kilkoma wyświechtanymi stereotypami, ale raczej z powodu presji, by film był obiektywnie feministyczny. Cokolwiek to znaczy. Steve Rose skrytykował „Wonder Woman" w magazynie Guardian za nie bycie „rozbijającym szklany sufit hitem", a Christina Cauterucci ze Slate powiedziała, że ma „dość tego żartu o 'seksownej damie, która jest także super kompetentna'". Żaden film o męskim superbohaterze nie znalazł się pod porównywalnym naciskiem, by walczyć z seksizmem, ale w czasach politycznego zagrożenia dla kobiecych praw i wolności, nawet starsze teksty jak „Opowieść podręcznej" Hulu stają się płótnem do wymalowana na nim nowych lęków. W Hollywood z kolei wszystkie remake'i w typie „Pogromców duchów" czy „Ocean's Eleven" z kobiecymi obsadami bazują na rosnącym trendzie na feminizm i komercyjnym sukcesie, jaki on przyniesie. To raczej naturalne sukcesy w typie „Igrzysk śmierci" albo „Ukrytych działań" naprawdę pokazują, że kobiety są w stanie napędzać dobre, kasowe filmy.

Jenkins, znana głównie dzięki biograficznemu filmowi „Monster" o Aileen Wuornos, jest dopiero drugą kobietą w historii, która otrzymała więcej niż sto milionów dolarów budżetu na film. Niestety, Diana ma przed sobą więcej przeszkód bitw do stoczenia. Jak już wiemy, I wojna światowa nie była „konfliktem, który zakończy wszystkie konflikty" - a brzemię potrzeby wykazania się pozostanie przez lata na barkach jednej z niewielu reżyserek filmowych, jako że uwaga świata skupia się raczej na lustrowaniu pracy kobiet oraz jej efektów, zamiast na pozwoleniu im po prostu żyć i działać.

Kobieca natura oraz wolność w konfrontacji z agresywną męską żądzą i zindustrializowaną destrukcją to jednak motyw, które mieliśmy okazję widzieć wcześniej w niedoścignionym „Mad Maxie: Na drodze gniewu" z 2015 roku. Jeśli jego estetyka i tempo nie były wystarczające, by uznać go za lepszą rozrywkę niż „Wonder Woman", to dodatkowym argumentem będzie megiera w postaci odegranej przez Charlize Theron Imperatorki Furiosy. Nie tylko walczy ona z seksistowskimi bzdurami, ale także pomaga uciśnionym przez odrzucenie kajdan patriarchatu.

Diana z kolei po prostu pragnie dobra i wygranej ze złem; nie była na Ziemi jeszcze wystarczająco długo, by zorientować się, jak trucizna wojny Aresa przesącza się przez ludzkość. Ponadto „Na drodze gniewu" zostało nagrane przez Georga Millera z Tomem Hardym jako tytułowym Mad Maxem: po tym filmie nikt nie spodziewał się feministycznych deklaracji.

Warto zauważyć, że podczas gdy miłość do ludzi oraz niewinność Diany mogłyby doprowadzić do jej upadku, „Wonder Woman" prezentuje je jako supermoc. Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w momencie, gdy odpierając ataki jej największego, najgorszego przeciwnika, krzyczy, jak gdyby cytując podpis pod instagramowym zdjęciem zachodu słońca: „Tylko miłość może naprawdę ocalić świat!". To faktycznie może być prawda - jednak na pewno nie ocali to Hollywood. 

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Sophie Wilkinson

Tagged:
opinie
Kultura
Gal Gadot
feminizm
Komiks
komiksy
born sexy yesterday
woder woman