poznajcie gwiazdę horroru o youtuberce

Film „Like Me" pokazuje dziewczynę, która dla lajków i wyświetleń posunie się naprawdę daleko.

|
sty 29 2018, 1:13pm

Addison Timlin czuła, że musi zagrać Kiyę, bo nie miała pojęcia jak się za to zabrać. Wcielenie się w nastolatkę uzależnioną od mediów społecznościowych w fantasmagoryjnym thrillerze „Like Me" na pewno nie było łatwym zadaniem. W pierwszej scenie Kiya wkracza na stację benzynową, uzbrojona w pistolet i iPhone'a, którym nagrywa, jak przerażony kasjer podrzuca precle i sika w spodnie. Jej kolejne poczynania nadają zupełnie nowego znaczenia pojęciu „żebrania o lajki". Nastolatka uwodzi obleśnego właściciela hotelu, żeby siłą karmić go słodyczami, a potem porywa bezdomnego w drodze na nocną wyżerkę w przydrożnej knajpie. A to wszystko jeszcze zanim docieramy do mdlącej sceny końcowej...

Cóż, przynajmniej nasza bohaterka z pokolenia milenialsów nie wsuwa tostów z awokado.

„Like Me" jest surrealistycznym, neonowym odbiciem naszej obsesji na punkcie uznania w internecie. Samotniczka Kiya wrzuca na YouTube'a owoce swoich nocnych eskapad, a potem śledzi liczbę wyświetleń i komentarze. „Wiele czynników sprawiało, że na papierze ciężko było polubić tę postać, co jest dość ironiczne, biorąc pod uwagę tytuł", powiedziała nam Timlin. „Uwielbiam wyzwania".

Uwielbia też niezwykle prorocze role, chociaż nie wiemy na ile to celowy zabieg. „Like Me" pojawiło się po skandalu związanym z youtuberem Loganem Paulem i jego wideo nagranym w japońskim lesie samobójców. Teraz Timlin szykuje się na premierę kolejnego filmu, w którym zagrała młodą Hillary Clinton. Akcja rozgrywa się latem 1969 roku, kiedy to przyszła pierwsza dama i prezydencka kandydatka pracowała na Alasce w fabryce konserw z łososia. Tytuł „When I'm a Moth" (Gdy będę ćmą) jest alegorią dotyczącą nie tylko Ameryki, ale także wolnej woli ambitnych, młodych kobiet. Porozmawialiśmy z Timlin o wcielaniu się w zbuntowane nastolatki i przyszłe polityczki, by sprawdzić, co je łączy.

Co najbardziej cię zainteresowało w roli Kiyi?
Szukanie w niej człowieczeństwa było bardzo ciekawą przygodą. Żyjemy teraz w świecie mediów społecznościowych i dziwnego poczucia dowartościowania płynącego z klików i statystyk... Zrozumiałam, że jest młodą dziewczyną, która niekoniecznie się z tym utożsamia. Moim zdaniem jest artystką, przeprowadzającą mały eksperyment społeczny. Mówi: „Skoro to się wam podoba, jesteście równie źli, co osoba, która to robi". Jest też bardzo smutną i wyalienowaną dziewczyną, starająca się odnaleźć siebie, jednak jej to nie wychodzi w dzisiejszym świecie. Upadła tak nisko, że nie miała nic do stracenia.

Film w przerażający sposób wydaje się jeszcze istotniejszy w świetle kontrowersji związanych z Loganem Paulem i debaty na temat granic, które powinny wyznaczyć takie platformy, jak YouTube. Jak udało ci się wejść w umysł kogoś bez zahamowań?
Podczas przygotowań do tej roli oraz prób nadania kształtu historii Kiyi, zastanawiałam się, gdzie wyznaczyć tę granicę, jak daleko może się posunąć. Stwierdziłam, że w jej przypadku coś takiego nie istnieje. W obliczu tego, jak postrzegała swoje życie i jak głęboka była jej trauma, wiem, że nie zmartwiłaby jej nawet utrata własnego życia w wyniku tego eksperymentu. Fajnie było wcielić się w osobę, która nie ma nic do stracenia i stara się coś wskórać. Ciągle ktoś lub coś udowadnia jej, że w dzisiejszym świecie brakuje człowieczeństwa.

Może nie obrabowałaś żadnej stacji benzynowej, ale jesteś dość otwarta, jeśli chodzi o wrzucanie postów na media społecznościowe. Jak podchodzisz do Twittera i Instagrama, biorąc pod uwagę rosnącą liczbę obserwujących cię użytkowników? Czy czujesz jakąś presję, odpowiedzialność?
To ciągle się zmienia. Miałam konto prywatne i publiczne, a potem zrozumiałam, że nie chcę tak żyć. Nie chcę cenzurować tego, kim jestem, bo może to podzielić potencjalnych fanów i tak dalej. Mam trochę obsceniczne poczucie humoru i otwarcie pokazuję to na Twitterze. Mój profil przypomina postać, którą gram — to o wiele smutniejsza, mroczniejsza i bardziej pijana wersja mnie samej. Instagram jest bardziej nonszalancki i kapryśny — nie sądzę, że zdjęcie, które tam wrzucę, wywrze wielki wpływ na świat. A jeśli ma wpływ na to, jak postrzegają mnie inni, to nie bardzo mnie to obchodzi. Trochę mnie martwi, że nie robimy tego wszystkiego dla siebie, ale żeby ocenili nas inni.

Zagrałaś też inną zbuntowaną nastolatkę w filmie „Little Sister" z 2016 roku, aczkolwiek ta bohaterka chciała zostać zakonnicą. Film bardzo do mnie przemówił, jako że sama jestem nawróconym emodzieciakiem. Też przeszłaś swoją gotycką fazę?
Nie bardzo. Nigdy nie byłam niczemu na tyle fanatycznie oddana, żeby przechodzić całe fazy na różne stylówki. Pozostałam mniej więcej tą samą osobą od okresu dorastania do teraz. W „Little Sister" bardzo podobało mi się, że gniew z młodości potrafi ukształtować to, kim będziesz w dorosłości. Urzekła mnie także dwoistość ludzkiej natury — można być jednocześnie tym i tym. Związek między nią i jej bratem był moim zdaniem piękny, taki poetycki. Rodzeństwo znajduje się w tym samym więzieniu, prowadzonym przez rodziców. Musi zawrzeć sojusz. [Moja bohaterka, Colleen] podobała mi się też ze względu na to, jaka jest dziwna i złożona. Kochana dziwaczka, trochę jak Kiya. Nie od razu wiedziałam, jak się w nią wcielić.

Film o Hillary Clinton brzmi jak zwrot o 180 stopni. Co możesz nam o nim powiedzieć?
To hipotetyczna opowieść o tym, jak mogła wyglądać na początku swojej dorosłości. W zasadzie jest to film o niezwykłej intelektualistce z dobrymi intencjami, która jest uwięziona przez swój własny umysł i stara się zrozumieć, dokąd zmierza jej życie. Niektóre rzeczy w scenariuszu są zaczerpnięte wprost z życia Hillary Clinton, a inne nie mają z nim nic wspólnego. W filmie ani razu nie dajemy do zrozumienia wprost, że mówimy tu o niej. To była bardzo ciekawa rola, z którą utożsamiałam się jako młoda kobieta — myślę, że wiele osób będzie miało podobne odczucia. Szczególnie tych w wieku 21-22 lat, kiedy zastanawiamy się: „Co dalej? Jak dalej potoczy się moje życie? Co muszę poświęcić? Kim mam się stać?". To dość uniwersalny temat.

Kręciliście film w 2016 roku, w którym odbyły się wybory prezydenckie w USA. Jak to wpłynęło na waszą pracę?
Moja praca nad filmem była naznaczona kompletnym zdruzgotaniem wynikami. Zawsze byłam po stronie Hillary, ale wybory sprawiły, że film stał mi się jeszcze bliższy. Bardzo dużo czytałam o Clinton i jej młodości. Całe życie zajmowała się [polityką i] służbą publiczną, a Trump mówił o niej okropne rzeczy. Bardzo się denerwowałam. Koniec końców wielu ludzi w tym kraju było zszokowanych i załamanych, a wcielenie się w jej hipotetyczną wersję w filmie nie miało z tym nic wspólnego. Bardziej martwiłam się światem, niż filmem, w którym grałam.

Brzmi jak spora zmiana po twoich poprzednich filmach, ale „Like Me" i „Little Sister" też dotyczą poważnych tematów: kultury broni, stereotypu „feminazi", a nawet wojny w Iraku. Czy ciągnie cię do filmów z politycznym wydźwiękiem?
Sztuka zawsze komentuje wydarzenia ze świata. Wszystkie trzy filmy dotyczą dość różnych tematów, ale te motywy wnoszą do nich dużo znaczenia i stanowią istotną część historii. Nie były czynnikiem, dla którego wybrałam te scenariusze, przynajmniej nie świadomie.

Wcześniej mówiłaś, że Kiya jest samotniczką. Colleen też nawiązuje jedynie bardzo intensywne i bliskie więzi, np. z Bogiem i jej bratem. Utożsamiasz się z tym?
Nie lubię powierzchownych interakcji. Gdy kogoś poznaję, lubię dowiadywać się czegoś więcej o tej osobie. Tak naprawdę kocham ludzi i moją pracę dlatego, że można się nauczyć czegoś o świecie. W swoim życiu nawiązuję równie intensywne relacje, co moje bohaterki. Jeśli moja praca i rzeczywistość w jakiś sposób się na siebie nakładają, to właśnie w tym miejscu. Ja i moje bohaterki bardzo się od siebie różnimy, ale w gruncie rzeczy jesteśmy takie same. Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż ludzie otwierający się przed sobą.

Artykuł pochodzi z amerykańskiego wydania i-D.

Sprawdź też: