pięć dowodów na to, że „ostatnia rodzina” to arcydzieło

„Ostatnia rodzina” wbija w fotel, a kiedy już po kilku minutach po zakończeniu seansu wstajesz, czujesz się kimś innym.

tekst Mateusz Góra
|
30 Wrzesień 2016, 12:25pm

Historia rodziny Beksińskich zgarnia nagrody na kolejnych festiwalach. Podczas zakończonego w zeszłym tygodniu festiwalu filmowego w Gdyni została okrzyknięta najlepszym polskim filmem ubiegłego roku. Nagrody nie zawsze są jednak wyznacznikiem jakości filmu - postanowiliśmy znaleźć więc pięć argumentów, dlaczego fabularny debiut Jana P. Matuszyńskiego naprawdę jest arcydziełem.

Aktorzy naprawdę stali się (demoniczną) rodziną
Godziny charakteryzacji pozwoliły zamienić Dawida Ogrodnika w Tomka Beksińskiego, Andrzeja Seweryna w Zdzisława, a Aleksandrę Konieczną w Zofię. Ich podobieństwo jest uderzające, ale to dopiero początek. Aktorzy tak bardzo wcielili się w swoje role, że część scen była improwizowana (na przykład ich rodzinna wycieczka). Na planie odtworzyli dziesiątki tików nerwowych, natręctw i zwyczajów rodziny Beksińskich, co wymagało od nich niezwykłego poświęcenia.

Nie da się skrócić tego filmu nawet o sekundę
Ten film jest idealnie wymierzony między innymi dlatego, że został nakręcony wyłącznie w długich ujęciach (master shotach). To oznacza, że każda scena musiała być idealna w całości, w montażu nie dało się poprawić żadnych potknięć. Wymagało to idealnego zgrania ruchów aktorów i tempa. Wycięcie choćby jednego fragmentu miałoby podobny efekt, jak popchnięcie klocka w domino - całość ległaby w gruzach. Chociaż taka konstrukcja wydaje się nieosiągalna i niesamowicie trudna w realizacji, jednak się udało.

To scenariuszowy majstersztyk
Robert Bolesto scenariusz do „Ostatniej rodziny" pisał kilka lat. Korzystał głównie z nagrań, które zostawił po sobie Zdzisław Beksiński. Opłaciło się - scenariusz w 2010 roku został nagrodzony na prestiżowym konkursie Hartley-Merrill. Kiedy był już gotowy, pojawiła się bestsellerowa książka „Beksińscy. Portret podwójny", dzięki której znalazł się reżyser gotowy przenieść tę historię na ekran.

Rzadko możesz zobaczyć na ekranie tak wierny powrót do przeszłości
Czy przez chwilę zastanawiałeś się, czy mieszkania pokazane na ekranie mogą nie być autentyczne? Tymczasem zostały wybudowane w całości w studiu. Ścieżka pomiędzy blokami na warszawskim osiedlu też nie wygląda dziś tak samo, jak w latach 70. czy 80. Dlatego graficy komputerowi po prostu wycięli fragmenty archiwalnych zdjęć i wkleili je do filmu. Na dodatek część rzeczy, które mają na sobie aktorzy i rekwizytów to oryginały pochodzące z Muzeum Historycznego w Sanoku, jedynego spadkobiercy rodu Beksińskich. Reszta została znaleziona przez scenografów na targowiskach w całej Polsce i w internecie.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Nie możesz uwolnić się od muzyki, której słuchałeś razem z bohaterami
Zauważyliście, że muzyka w „Ostatniej rodzinie" pojawia się tylko wtedy, kiedy słuchają jej bohaterowie? To ulubione kawałki Zdzisława i Tomasza, który prowadził kultowe audycje muzyczne w Trójce. Ich gusty bardzo się różniły, przez co na ścieżce dźwiękowej możesz usłyszeć Petera Gabriela i Ultravox obok kompozytorów pokroju Debussy'ego czy Liszta. Za każdym razem możesz znaleźć jednak idealne wytłumaczenie, dlaczego dany utwór pojawia się właśnie w tym miejscu. Muzyka tak silnie splata się z przeżyciami bohaterów i sytuacjami, które widzisz na ekranie, że trudno wyobrazić sobie, żeby mogło jej tam nie być.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia: Hubert Komerski / Aurum Film

Tagged:
Film
sztuka
ostatnia rodzina