fantastyczna czwórka

Są młodzi, kreatywni i wiedzą, czego chcą. Spotkaliśmy się z czwórką młodych twarzy polskiej kultury, żeby lepiej ich poznać.

tekst Mateusz Góra
|
03 Czerwiec 2016, 11:30am

Daniel Spaleniak

Daniel wydał już dwa albumy, „Back Home" i „Dreamers", a jego muzyka trafiła ostatnio nawet do amerykańskich seriali. Spokojnie idzie obraną drogą, a kiedy potrzebuje odpoczynku, ucieka na Islandię ze swoją dziewczyną, żeby w spokoju tworzyć.

Czym się zajmujesz?
Kiedyś myślałem, że muzyka będzie moim pobocznym zajęciem, ale tak się składa, że coraz więcej mniejszych i większych sukcesów mnie spotyka, wydałem już dwa albumy i tak chyba skończę - lepiej lub gorzej, ale jako muzyk. Z drugiej strony studiuję aktualnie informatykę, ale od razu mówię, że to raczej mnie nie interesuje. Poza tym uwielbiam oglądać filmy i czytać.

Kiedy zacząłeś myśleć o tym, że chciałbyś być muzykiem?
W wieku 16 lat zacząłem pisać swoje utwory i dołączyłem do takiego małego kolektywu, gdzie graliśmy z przyjaciółmi. Oni mnie nakłaniali, żebym zbierał materiał. Powoli więc go zbierałem, przed pierwszym albumem pojawiły się trzy EPki. Byłem przekonany, że większa publiczność nie będzie chciała tego słuchać. Nie liczyłem na to. Okazało się, że byłem w błędzie.

Pamiętasz swój pierwszy koncert?
Tak, wszystko poszło wtedy źle, ale to było bardzo dawno, kiedy miałem 16 lat. Koncerty na żywo zawsze są wyzwaniem - ja wolę nagrywać, niż potem występować. Do tej pory mam z tym trudności. Chociaż to też ciekawe - na scenie coś się przestawia w głowie. Lubię pożartować, uruchamia się we mnie żyłka stand-upowca.

A jak się czujesz po nagraniu drugiego albumu?
Cały czas jest tak, że chcę coś robić dalej. Tuż przed wydaniem nowego materiału jestem zmęczony i zestresowany, chcę to jak najszybciej zakończyć, zamknąć ten rozdział. Dopiero potem nabieram sentymentu. Te dwie płyty są albumami z mojego życia, zawierają pewne obrazy i dużo mówią o mnie. To tak, jakby oglądał zdjęcia z przeszłości. Pewien etap jest za mną, ale nie pozwala o sobie zapomnieć.

Czym obecnie się zajmujesz?
Nagrywam dużo muzyki instrumentalnej. Robię soundtrack do etiudy mojego znajomego. To tylko cztery minuty, ale wspominam o tym, bo to dla mnie ważne. Muszę stworzyć muzykę, która ma oddać to, co znajduje się na ekranie. To odwrotny proces w stosunku do tego co robiłem dotychczas. Z drugiej strony mam też kawałki, które wypadły w trakcie robienia „Back Home". Chciałbym do nich wrócić, popracować nad nimi i wydać je. Nie wiem czy pod swoim nazwiskiem czy jako osobny projekt.

Kto i co cię inspiruje?
Nie mam oczywistych inspiracji. Oglądam chyba więcej filmów niż słucham muzyki. Stąd jedna znana mi inspiracja - czołówka „True Detective" i Leonard Cohen, którego wtedy na dobre poznałem. Bardzo wyraźnie słychać jego wpływ w moim „Liar's Blues". Poza tym Nick Cave, Kurt Vile, Gustavo Santaolalla, Sun Kil Moon.

A kiedy chcesz uciec na chwilę, to co robisz?
Staram się jak najwięcej podróżować z Weroniką (Izdebską/ovors.com - przy. red.), moją dziewczyną. Ona robi zdjęcia, ja robię muzykę. Byliśmy trzy razy na Islandii, to bardzo oczyszczające - duchowo i fizycznie. Staram się poznawać nowe rzeczy. Jak cały czas siedzisz w jednym miejscu, to nic nie zrobisz.

Co poradziłbyś komuś, kto chciałby zajmować się muzyką?
Po prostu to rób. Trzeba usiąść przy komputerze i zacząć nagrywać. Najlepiej też dużo podróżować, oglądać filmy, czytać i żyć pełnią życia!

Piotr Zioła

Piotrek właśnie zadebiutował albumem „Revolving Door", który okazał się strzałem w dziesiątkę. Chociaż zawsze myślał o robieniu własnych kawałków, droga do spełnienia tego celu nie była w jego wypadku oczywista.

Czym się zajmujesz?
Przez krótki czas studiowałem historię sztuki, ale obecnie skupiam się przede wszystkim na muzyce. Interesuję się na boku architekturą, filmem oraz grafiką. Pod koniec kwietnia wydałem debiutancką płytę. Teraz planujemy trasę, koncerty.

Zaskoczyły cię superpozytywne reakcje słuchaczy i krytyków?
Długo czekałem na moment, w którym album ujrzy światło dzienne. Na jego nagrywanie poświęciłem tyle czasu, że zaczęło mi się wydawać, że materiał nie jest już świeży. Teraz, gdy odbierają go inni, nabrał zupełnie nowej formy. Jestem pozytywnie zaskoczony reakcją. Po koncertach wysłuchuję pochlebnych opinii słuchaczy. Tak naprawdę dopiero zaczynam swoją przygodę i wszystko jest dla mnie nowe. Kiedy słyszę, że dobrze się spisuję, jestem cały w skowronkach.

A pamiętasz swój pierwszy występ?
Dokładnie nie pamiętam. Ważny jest jednak ten raz, kiedy występujesz już ze swoim autorskim materiałem. To jest bardzo pozytywne uczucie. Konfrontacja z widownią na koncertach jest szczególnie ważna. Dobry sygnał od słuchaczy sprawia, że nabierasz wiatru w skrzydła.

Kto jest dla ciebie wzorem?
Przede wszystkim Amy Winehouse. Wiele jej zawdzięczam. Zaszczepiła we mnie miłość do lat 50. i 60. W mojej muzyce chciałem nawiązać do tego okresu, jednocześnie łącząc go z nowoczesnym brzmieniem.

Kiedy pomyślałeś, żeby zająć się muzyką?
Nie potrafię wskazać konkretnego momentu, to zaczęło się dość naturalnie. Mój tata jest gitarzystą basowym. Już jako dzieciak podpatrywałem jego pracę i czułem, że chcę podążać w tym kierunku. Być może przełomowy był moment, kiedy po pięciu latach szkoły muzycznej stwierdziłem, że to nie dla mnie. Rodzice postawili mi ultimatum - fortepian albo coś innego. Wybrałem śpiew.

Na co najbardziej czekasz?
Na koncert podczas Open'er Festival. Mam nadzieję, że przyjdzie dużo osób, w tym także te, które jeszcze mnie nie znają. Zależy mi na stałym kontakcie ze słuchaczami, którzy będą obserwować moje postępy i wyczekiwać następnych płyt.

Jakieś rady dla dzieciaków, które chcą robić własną muzykę?
Wydaje mi się, że na początek trzeba zgromadzić autorski materiał. Zawsze lepiej robić coś swojego, niż występować z cudzym repertuarem. Następnie założyć zespół, spotkać się z innymi muzykami. Najważniejsze to wiedzieć czego się chce, znać cel, a potem go realizować.

Dominika Dymińska

Dominika ma już za sobą dwie książki, „Mięso" i „Danke", ale nie uważa się za pisarkę. Jej główną pasją jest sport, chociaż pracuje też przy tłumaczeniach. Szczerze mówi o tym, że w życiu czasem trzeba równocześnie łączyć kilka ról.

Czym się zajmujesz? Tylko piszesz czy działasz też na innych polach?
Pisanie jest dość daleko na mojej liście. Przede wszystkim jestem sportowcem - trenuję jeździectwo. Przede wszystkim, bo od kilkunastu lat codzienne treningi i zawody stanowią oś mojego funkcjonowania, pod którą podporządkowane są wszystkie inne moje zajęcia. Z wykształcenia jestem tłumaczką i językoznawczynią - zawodowo zajmuję się tłumaczeniem ustnym i pisemnym, dodatkowo pracuję jako lektorka. Jestem dosyć wszechstronna. Polem moich zainteresowań jest praca z językiem i z ciałem, zwiększanie świadomości w obu tych zakresach (wierzę zresztą, że jedno nie pozostaje bez wpływu na drugie).

Jak to jest, kiedy ukazuje się druga powieść? Zaczynasz wtedy myśleć - tak, jestem już naprawdę pisarką?
Myślałam tak jeszcze zanim napisałam pierwszą książkę. A tak serio to nie lubię słowa pisarka, choć chętnie się nim określam, brzmi to zabawnie. Jestem po prostu autorką dwóch książek. 

Nad czym obecnie pracujesz?
Nad promocją „Danke", na którą doczekałam się bardzo sprzecznych i żywiołowych reakcji. Poza tym nad pracą magisterską. I póki co to jedyne pisanie na jakie mnie stać - proces twórczy jest dla mnie bardzo wyczerpujący i długotrwały, wciąż czuję się zmęczona po „Danke".

W jak dużej mierze twoje doświadczenia życiowe wpłynęły na to, co piszesz?
Całkowicie. O ile to dobrze zadane pytanie - moje doświadczenia determinują moje pisanie, ale nie mówię, że moje pisanie jest autobiograficzne. Jest po prostu przefiltrowane przez moje spojrzenie. Bardzo mało mnie interesuje pisanie nieprawdziwych rzeczy, o czymś, czego nie ma.

Komu mogłabyś zadedykować swoją książkę w podziękowaniu za inspirację?
Susan Sontag. Bardzo duże wrażenie robi na mnie syntetyczność i trafność jej fraz.

Jak opisałabyś proces powstawania powieści?
Jestem bardzo zdyscyplinowana i pracowita, ale dotyczy to wszystkich dziedzin poza pisaniem. Do tego naprawdę nie mogę się zabrać, męczy mnie to, wisi nade mną. Jak już w końcu się do tego zmuszę to po 5 minutach pracy potrzebuję tygodnia przerwy. By skończyć „Danke" wyjechałam sama na tydzień nad morze, bo musiałam mechanicznie odciąć się od codziennych obowiązków, żeby móc się tym zająć.

Uważasz, że w polskiej literaturze dzieje się obecnie coś ciekawego?
Uważam, że w polskiej literaturze nie dzieje się nic ważnego od czasów Masłowskiej.

Co powiedziałabyś ludziom, którzy chcą pisać?
Żeby przestali chcieć. A dla tych, którzy nie mogą przestać mam taką podpowiedź: żeby coś robić, wystarczy zacząć to robić.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Marta Nadolle

Chociaż wszyscy uważają Martę za malarkę, ona woli być po prostu sobą. Za pomocą różnych technik, zmieniając często medium, pokazuje nam kawałek swojego życia. Wszystko stara się robić po swojemu, bez kompromisów.

Czym się zajmujesz?
Bardzo nie chciałabym, żeby nazywano mnie „malarką", bo nie traktuję tak siebie, to jest tylko jedno medium. To, co robię, jest bardzo naturalne. Jak czuję, tak robię - jeśli potrzebuję innego medium, to po prostu go używam. Ostatnio myślę nad realizacją w przestrzeni publicznej. Poza kwestiami artystycznymi, pełnię obowiązki asystenta na ASP, odpowiadam także za wystawy w Galerii A19 i należę do Instytutu Badań Przestrzeni Publicznej.

Twoje projekty są bardzo osobiste, dotyczą różnych sytuacji z życia. Skąd jeszcze czerpiesz inspiracje?
Bardzo ważny jest dla nie film, towarzyszy mi cały czas. Leci nawet, jak się rano maluję. To rzeczy, które dobrze znam, wypełniają tło, wprowadzają mnie w odpowiedni nastrój, zbliżony do tego, co mam w środku. Dzisiaj leciał „House". Mam też film do malowania, który zapętlam i leci cały czas. Ostatnio to jest „Zaginiona dziewczyna". To jest w tle, ale wieczorami robię ucztę kinomana i oglądam w uwadze coś, co od dawna chciałam zobaczyć.

A myślałaś kiedyś, co byłoby, gdybyś nie zajmowała się tym, czym się zajmujesz?
Myślałam o tym, że byłoby extra...bezproblemowo, nie męczyłabym się, bo tworzenie nie zawsze jest przyjemne i nie zawsze odnosi się sukcesy artystyczne. Z drugiej strony co wtedy? Sprzątanie domu, Magda Gessler i ,,M jak miłość"?

I co okazało się dla ciebie największym wyzwaniem?
Dyplom. To jest tyranie, chudnięcie, ma się poczucie, że od tego dużo zależy. Trzeba zrobić rekina Damiena Hirsta, to musi być petarda. Na czwartym roku już wiedziałam, co robić, ale mój język nie był jeszcze określony. Musiałam przejść przemianę - zrozumieć, że nie da się dzielić życia na artystyczne i pozaartystyczne, muszą stać się jednym.

Czujesz, że twoja sztuka jest dziewczyńska?
Czasami sobie wkręcam, że to, co robię, jest babskie. Kiedy jednak zaczęłam tworzyć poczułam, że wszyscy ludzie mogą się utożsamić z moim przekazem. Ostatnio wpadł do pracowni kumpel. Teraz robię taki obraz - idę przez miasto, a dookoła są faceci. Schizuję się, że oni wiedzą, że mam konto na Tinderze i mnie obczajają. Mój kumpel się zaśmiał i przyznał, że czuje to samo. Z drugiej strony większość współczesnych artystów, których naprawdę doceniam, to kobiety.

Masz jakieś rady dla kolejnego pokolenia artystów?
Myślę, że trzeba być cierpliwym i zasuwać. Nie można traktować sztuki wyłącznie jako odpoczynku, przyjemności. Dla przyjemności mogę się wykąpać w wannie. Są frustrujące momenty, ale trzeba iść dalej. Nawet jeśli nie masz w danym momencie propozycji wystawy, nie rób nic „pod kogoś". Nie podlizuj się kuratorom, nie wchodź na siłę w jakieś trendy w sztuce, bo to naprawdę jest koniec.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia: Karol Grygoruk

Tagged:
Piotr Zioła
Daniel Spaleniak
sztuka
Dominika Dymińska
marta nadolle