koncerty w brzasku, wśród ptaków i przyrody

W niedzielę, o wschodzie słońca, będziemy mogli zobaczyć i usłyszeć ostatni występ „W Brzask” – jedynego cyklu, na którym spotykają się ci, którzy nie spali całą noc z tymi, którzy dopiero wstali z łóżka.

tekst i-D Staff
|
14 Sierpień 2015, 9:38am

Wyobraź sobie koncert. Co widzisz? Stawiam, że ciemny, duszny klub albo zatłoczony festiwal. A teraz wyobraź sobie park o świcie, początek rześkiego letniego dnia. Przenieś tam koncert. Powinieneś teraz mieć wyobrażenie o tym, czym jest „W Brzask" - cykl koncertów organizowanych w parku otaczającym warszawskie muzeum Królikarnia. I chociaż lubię ciemne, duszne kluby i zatłoczone festiwale, postanowiłem porozmawiać z inicjatorką cyklu, Anią Miczko, o ostatnim w tym roku brzaskowym występie.

Większość koncertów w Polsce zaczyna się koło 22, to już trochę rutyna - jak wpadliście na pomysł, że można je robić o świcie?
Ania Miczko: Pomysł pojawił się jeszcze zanim rozpoczęłam pracę w Królikarni, chociaż nigdy wcześniej nie organizowałam koncertów. Zdarzyło mi się pracować długo w nocy i dotrwać do poranka - nie pamiętam już dokładnie jaka muzyka mi wtedy towarzyszyła, ale zauważyłam jak inny jest jej odbiór po przekroczeniu granicy świtu. Uwaga skupia się na zupełnie innych parametrach i uwydatnia się odczuwanie muzyki ciałem, ono przez swoje zmęczenie staje się bardziej na nią wrażliwe w przeciwieństwie do samych uszu, które wtedy słyszą słabiej. A, że zdarzyło mi się też wstawać o świcie, wiem, że ta specyficzna niewygoda ciała pojawia się, niezależnie od tego, czy się nie spało całą noc, czy właśnie się wstało. Pomyślałam, że byłoby fajnie zorganizować jakieś wydarzenie muzyczne o tej porze, żeby podzielić się z innymi swoją obserwacją. Okoliczności parku Królikarni jak najbardziej sprzyjały rozwinięciu tego pomysłu.

Wspominasz o tych, którzy nie spali i o tych, którzy dopiero co wstali. Których jest więcej na waszych koncertach?
Zdecydowanie więcej jest tych mocno zmęczonych, trochę pijanych albo już trzeźwiejących. Ale z radością obserwuję, że z każdym koncertem rośnie także liczba tych drugich, którzy po prostu wstają na koncert o 4. Później, około 7 pojawiają się także przypadkowi bywalcy parku: spacerujące seniorki czy biegacze, którzy w niedzielny poranek przybiegają na rytualny jogging. Obracają głowę ze zdumieniem, czasem pytają o co chodzi, wyrażają aprobatę, czasami się tylko dziwią. Na czerwcowym „W Brzasku" jeden z nich podbiegł, do mnie i zapytał: „A co wy państwo o tej porze celebrujecie?". Był bardzo uradowany faktem, że świętujemy wschód słońca.

Jakie zespoły zapraszacie na występy? Ostatnio był to na poły legendarny, niedawno reaktywowany zespół Księżyc.
Tym, którzy poznali „W Brzask", w zeszłym roku, zaproszenie Księżyca mogło wydawać się dosyć oczywistym pomysłem. Ich nienachalnie mistyczny styl idealnie łączy się z nie oczywistością tej pory. Wiosną tego roku Księżyc zaproponował nagranie części materiału do nowej płyty w pałacu Królikarni, więc dalsza współpraca wyszła naturalnie. Reszta programu rodziła się intuicyjnie. W jego opracowaniu pomagali mi Jacek Plewicki i Konrad Jeliński. Jacek zaproponował didżei, którzy grają zawsze w drugiej części „W Brzasku", oraz pomógł mi doprecyzować ideę przewodnią tegorocznego cyklu. Roboczym słowem-kluczem stała się „imitacja", rozumiana jako nawiązywanie do różnych, czasem mocno obciążonych znaczeniowo tradycji muzycznych, ale jednocześnie rozpracowywanie ich na swoich zasadach, dających oryginalny efekt. Jako pierwszy w tym roku zagrał Sebastian Buczek - sam o sobie żartujący, że jest „artystą udającym muzyka". Następnie Kamil Szuszkiewicz, grający na trąbce i zakorzeniony w muzyce improwizowanej, ale też zdolny do wyjścia poza te ramy, czym dał przykład w wydawnictwach z Wounded Knife. Repertuar sierpniowego wydarzenia przywołuje tradycję polskiej awangardy muzycznej. Tu właśnie bardzo zasłużył się Brzaskowi Konrad Jeliński, poszerzając zaproponowany program i dobierając wykonawców.

A w niedzielę będziemy słuchać kompozycji Krzysztofa Pendereckiego i Kazimierza Serockiego.
To będą wczesne pieśni tych kompozytorów w wykonaniu na głos i fortepian. W przypadku Kazimierza Serockiego są to dwa cykle: „Oczy powietrza" oraz „Serce nocy". Wybrane pieśni Krzysztofa Pendereckiego pochodzą głównie z lat 50., więc to jego bardzo wczesny dorobek. Wszystkie utwory łączy to, że powstały do tekstów lirycznych, niektóre z nich to erotyki, co w połączeniu z punktualistycznym stylem muzyki daje ciekawy efekt. Autorami słów są Julian Przyboś i Konstanty Ildefons Gałczyński i Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Ten wątek romantyczny bardzo dobrze wpisuje się w klimat „W Brzasku".

A jak wpisują się w nią występy didżejskie? Czym one różnią się od dziesiątków imprez, które odbywają na mieście się parę godzin wcześniej?
Abstrahując od pory, bo impreza trwająca do świtu nie jest niczym niesłychanym - takim czynnikiem wyróżniającym jest miejsce. Park wokół klasycystycznego pałacu stwarza całkiem nietypowe okoliczności dla tego typu wydarzenia. Zapraszani didżeje podchodzą do tego tematu różnie: Filip Lech grający na majowym „W Brzasku" stworzył bardzo subtelny i relaksacyjny set, ale już występ grającego miesiąc później Jacka Staniszewskiego, aka Facial Index, zakończył się transowym tańcem, ostatni niezmordowani, zeszli z „parkietu" spod pałacowego portyku chwilę przed 9 rano. Na kolejnym„W Brzasku" zagra Vladimir Ivkovic, rezydent klubu Salon des Amateur w Dusseldorfie.

Brzask

Czytaj też:  Mø: czyli jak brzmi electropop, który się nie rozdrabnia

Kredyty


Tekst: Maciek Piasecki
Zdjęcia: materiały prasowe

Tagged:
muzyka
warszawa
Kultura
brzask