Reklama

miranda july opowiada o kręceniu filmów, pisaniu książek i słuchaniu portishead

Niedawno, na półkach światowych księgarni, zagościła jej pierwsza powieść. Z tej okazji i-D sprawdza, co nowego dzieje się w życiu Mirandy July – artystki, reżyserki, pisarki i odkrywczyni.

tekst Adam Fletcher
|
19 Styczeń 2015, 10:46am

Gdzie byście się udali, gdyby można było przejechać się magicznym autobusem wprost do wnętrza mózgu jakiejś osoby? Ja zarezerwowałabym sobie bilet w jedną stronę do umysłu Mirandy July. July zawsze interesuje się życiem innych. Jej filmy, teksty, performance'y i prace artystyczne sięgają w głąb istoty człowieczeństwa. Kreuje skomplikowane postaci i stawia ważne pytania w oparciu o nawet tak banalne sprawy, jak zamawiane latte w kawiarni czy niedoczytane maile. Gdzieś między projektowaniem torebki (we współpracy z Welcome Companions) a tworzeniem aplikacji do wysyłania wiadomości (z Miu Miu), Miranda znalazła czas na napisanie swojej debiutanckiej powieści, The First Bad Man. I nie tylko. Stworzyła także sklep internetowy, w którym można nabyć przedmioty opisane w tym tekście.

The First Bad Man przybliża nam historię Cheryl Glickman. To 43-letnia kobieta, która pracuje dla Open Palm - firmy o quasi-newage'owym wizerunku. Produkuje ona filmy instruktażowe, w których sztukę samoobrony zmieniono w ćwiczenia gimnastyczne. Z zewnątrz egzystencja Cheryl wydaje się nudna i niemal żałosna. Jednak swoje życie wewnętrzne przybliża nam bogatą narracją pełną niuansów. Jednocześnie prześmieszną, ale i stawiającą przed czytelnikiem wyzwanie. Kiedy na scenie pojawia się dorosła córka jej szefa, brutalna seksbomba Clee, dziwny świat Cheryl zostaje wywrócony do góry nogami. Powieść pojawiła się w księgarniach w zeszłym tygodniu. A Miranda opowiedziała nam o fikcji, fantazjach i o tym, dlaczego chciałaby zamieszkać w muzycznym świecie albumu Portishead.

Jak po skończeniu twojego ostatniego filmu udało ci się wdrożyć psychicznie w pisanie powieści?
Prawdę mówiąc, to na pomysł napisania powieści wpadłam jeszcze przed nakręceniem Future. Podsunęłam nawet wydawcy ideę opartą na prawdziwej historii. Ale kiedy robiłam Future, zauważyłam, że niektóre fragmenty tego filmu są bardziej fantastyczne. A mniej takie, jakich można się spodziewać po artystce o moim usposobieniu. I te fragmenty łatwiej mi się tworzyło. Czułam też, że są trochę bardziej szczere. W tym momencie przywołałam sobie w głowie szkic mojej powieści. I dotarło to do mnie: „Och-ach, przecież to będzie totalny koszmarek, skoro jest oparta na moich przeżyciach". Właśnie wtedy mentalnie odpuściłam sobie ten pomysł. Myślałam: „Drogi Boże, proszę, daj mi ideę powieści pełnej bohaterów, których nie byłabym w stanie zagrać". I idea pojawiła się od razu, eksplodowała w jednej chwili. Cheryl i Clee, niuanse ich związku. Jednak trzeba pamiętać, że dotarcie do tego punktu zajęło mi lata pracy. Dotarcie do tego poziomu, w którym wie się, kiedy dokładnie uderzy błyskawica.

Pracujesz w wielu różnych dziedzinach i mediach. Czy twoje pomysły wpływają na siebie nawzajem? Dla przykładu, czy stworzyłabyś filmową adaptację tej książki?
Kiedy pisałam powieść, podobał mi się pomysł na zrobienie z niej filmu. Była tak dramatyczna. I wykonalna. Nie ma w niej wymagających nakładu środków lokalizacji. Tylko dzikie perypetie rozgrywające się pomiędzy dwiema wspaniałymi aktorkami. Ale teraz, kiedy już ją skończyłam, nie czuję tego tak samo. Zorientowałam się, że film nie ulepszy w żaden sposób powieści. A może nawet sprawić, że stanie się gorsza. Niemniej pomiędzy jednym a drugi dziełem przelewa się mnóstwo inspiracji. Future miał ogromny wpływ na tę powieść. I już mam wrażenie, że książka wpływa mocno na mój następny film.

Sprzedajesz w sieci niektóre z przedmiotów, które pojawiają się w książce. Jak zapatrujesz się na takie zacieranie granic pomiędzy fikcją a rzeczywistością?
Kiedy wpadam na te pomysły „marketingowe" - z braku innego słowa - zwykle wiążą się bardzo mocno z ideą artystyczną. Tą, którą już przerabiam w swojej głowie. Są więc takim sposobem na jej przetestowanie. Jak właśnie w tym przypadku. Myślałam sporo o tym, jak sklepy mogą stać się sztuką samą w sobie. Podobało mi się też wyzwanie polegające na poszukiwaniu tych przedmiotów. Niektóre wzbudzają reakcję typu: „To naprawdę istnieje?". Jestem pewna, że elf na nartach gdzieś tam powstał. Ale wymyśliłam go sama, bo takie właśnie rzeczy pojawiają się naprawdę na świecie. To zabawne, ponieważ jako pisarka wzbraniałam się nieco przed tym. To nie jest dokładnie ten elf na nartach, którego sobie wyobraziłam. Jeżeli chodzi o tę część mnie, która jest pisarką, nie było to dla mnie całkowicie komfortowe przedsięwzięcie. Gdybym była tylko pisarką, pewnie w ogóle bym tego nie zrobiła. Jednak są jeszcze inne części mnie, dla których była to swoista przyjemność.

Które przedmioty ze sklepu to twoje ulubione dzieła?
To zabawne, bo jak na razie większość osób licytujących przedmioty nie miała jeszcze raczej okazji zapoznać się z moją powieścią. Sądzę, że licytują tylko to, co uznają za cenne. Całkiem śmiesznie się to ogląda. Okazuje się, że wysyłam odpowiedzi w stylu: „To nie jest ta najlepsza rzecz, zaufaj mi!". Jak dla mnie, najcenniejsze przedmioty to te, które wiążą się z ważnymi dla mnie fragmentami książki. Żółte zasłony nie wydają się przesadnie wymyślne. A ja czułam, że w powieści sygnalizują prawdziwy zwrot intrygi. Dla mnie mają większą wartość, niż mogą to postrzegać inni.

A skoro mowa o życiu pomiędzy rzeczywistością a fikcją... Jeśli mogłabyś zamieszkać na jeden dzień w jakiejś powieści, piosence czy dziele sztuki, co byś wybrała?
Znasz Dummy? Ten album Portishead? Zawsze czułam, że to leniwe, seksowne, spokojne miejsce. Może bierze się to z tego, że gdy go często słuchałam, byłam lekko uzależniona od Vicodinu. Niemniej kiedy go słyszę, zawsze przepełnia mnie to wyryte w pamięci uczucie zrelaksowania. Tak więc tam zamieszkałabym na dzień. Zwłaszcza teraz.

@miranda_july

Kredyty


Tekst: Emily Manning

Tagged:
miranda july
wywiad
książki