Reklama

serial „l word” wraca

Z okazji wieści o pracach nad nowym sezonem wspominamy siedem sposobów, na które „Słowo na L” ukształtowało kulturę lesbijek.

tekst Sophie Wilkinson
|
03 Sierpień 2017, 1:00pm

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.

Serial „Słowo na L" powraca — stacja Showtime potwierdziła, że trwają prace nad nowym sezonem. Nie tylko większość obsady jest dostępna (słyszeliśmy, że Leisha Hailey — serialowa Alice — prowadziła firmę z perukami dla zwierząt), ale też twórczyni serialu, Ilene Chaiken twierdzi, że trzeba odświeżyć wizerunek lesbijek w mediach. Niedawno powiedziała portalowi Entertainment Weekly: „Gdy schodziłyśmy z anteny w 2009 roku, wiele osób myślało: 'Ok, pałeczka została przekazana, teraz powstanie więcej seriali pokazujących życie lesbijek. A nie ma ani jednego. Dlatego myślę, że nadszedł czas na powrót".

Zgadzam się i czekam na powrót z takim samym zapałem, z jakim Tonya czekała na całe życie dyrygowania Daną; z jakim Jenny pragnęła, by każda rozmowa skupiła się na niej i z jakim Bette wtrącała nawiązania do Sanskrytu. Chaiken nie powinna jednak być aż tak ponura. Chociaż „Słowo na L" opuściło nasze ekrany w 2009 roku, serial ukształtował współczesną kulturę lesbijek na wiele sposobów. Oto kilka przełomowych punktów zwrotnych.

1. Dana i Jenny udowodniły, że nie tylko sypiamy wszystkie ze wszystkimi — potrafimy się też przyjaźnić
Chociaż Dana od razu próbuje wyrwać Jenny, na tym w sumie się kończy. W pierwszym sezonie wpadają na siebie w starym, dobrym lesbijskim barze. Później macają się chwilę w studiu Jenny, ale to chyba jedna z najbardziej niezręcznych części serialu (poza całym szóstym sezonem). W ten sposób twórczyni odrzuciła uproszczenie, jakim zwykle posługują się heteroseksualne kobiety, w głębi homofobiczne lesbijki i napaleni kolesie myślący że lesbijki lecą na każdą kobietę, którą widzą. Pokazała także, że wiele prawdziwych związków lesbijek przemija, albo nigdy się nie formuje, a romantyczne zapędy mogą szybko zmienić się w przyjaźń. I nie ma w tym nic złego.

2. Taniec Shane i Carmen
Możesz kupić w sieciówce koszulkę z napisem „Femme Vibe", żeby rozmyć i wymazać tożsamość, która została stworzona przez lesbijki i dla lesbijek. Albo możesz nauczyć się wszystkiego o uroku dychotomii kobiecości i męskości oglądając jak Sharmen (czyli Shane i Carmen) flirtują i tańczą. W „Słowie na L" nie brakowało scen seksu. Życie erotyczne Shane osiągało wręcz karykaturalne proporcje: posunęła się nawet do zrobienia palcówki trzem kobietom z tej samej rodziny podczas pewnego wesela. Ta scena tańca, która niestety kończy się przedwcześnie (dzięki, Jenny) jest pełna intensywnego erotyzmu, bliskości i pożądania — a wszystko to było zbudowane na grze o władzę i o to, kto będzie dziś pieprzyć kogo. Dodatkowe punkty za ścieżkę dźwiękową, która nie jest muzyką Betty.

3. Świat sztuki
W serialu nie brakowało sztuki: Bette robiła Alice dobrze w operze, doświadczyła Syndromu Stendhala oglądając kolekcję sztuki Peggy Peabody, ukradła ogromny znak z napisem „17 Reasons Why!" z San Francisco, holowała go traktorem i podarowała swojej byłej, Jodi Lerner, by odzyskać jej serce. Jodi za to stworzyła oczerniające wideo z gatunki sztuki performensu, w którym Bette powtarzała wyrwane z kontekstu zdania, jak „pieprz mnie" i „zostaw mnie w spokoju". Nie zapominamy też o monologach i tekstach Jenny o manatach, karnawałach i Nietzschem. Czemu nie? Niszowe odniesienia wniosły nieco intelektu do czasem przyprawiającego o ciarki wstydu serialu i stworzyło mocną, fikcyjną przestrzeń dla lesbijek w świecie sztuki. Jeśli to pomogło chociaż jednej lesbijce poczuć się pewniej z wkroczeniem do świata kreatywnego, to świetnie. To coś pięknego, tak pięknego, że zaraz się popłaczę.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

4. Diagram
Sugerowanie, że wszystkie lesbijki się znają, jest niedorzeczne — niektóre z nich przecież nawet się nie ujawniły. Ale tak na poważnie diagram autorstwa popkulturowej dziennikarki Alice Pieszecki (bohaterki serialu) był najbliższy realistycznej, fizycznej formy przedstawienia połączeń między lesbijkami (poza wielkim stosem spaghetti, ważącym 20 ton). Diagram w magiczny sposób przebił się przez czwartą ścianę i ujawnił na przykład, że gwiazda serialu Tammy Lynn Michaels (stalkerka Shane, Lacey) umawiała się z Melissą Etheridge, która umawiała się z Julie Cypher, która umawiała się z k.d. lang, która umawiała się z Leishą Hailey (grającą Alice!). Albo że na przykład Guinevere Turner (wredna była dziewczyna Alice, Gabby Devaux) spotykała się z Portią De Rossi, która była zaręczona z Francescą Gregorini, która — podobno! — kiedyś umówiła się z Katherine Moennig, czyli serialową Shane! Dzięki odrobinie detektywistycznego zacięcia i całej masie plotek wszyscy byliśmy kiedyś Alice i jej przyjaciółkami, wspominającymi kto, co i z kim.

5. Max
Na wiele lat zanim mainstreamowa moda zaczęła „hołdować" transpłciowym kobietom, żeby sprzedać więcej ubrań i kosmetyków, mogliśmy podziwiać niespotykany sposób przedstawiana transpłciowego mężczyzny w postaci Maxa (wcześniej znanego jako Moira). Obserwowaliśmy jego zmagania i próby dopasowania się zarówno do świata heteryków jak i lesbijek, obrzydzenie swoim ciałem, wpływ testosteronu na zachowanie, wyjątkowe traktowanie jakiego doświadczał, gdy uchodził za cispłciowego mężczyznę i pociąg, jaki czuł do innych mężczyzn. Z początku był tylko imprezową ciekawostką, dzięki której Jenny mogła wywołać dyskomfort wśród znajomych, jednak korzenie Maxa (pochodził ze środkowego zachodu USA) dały scenarzystom możliwość wyśmiania nowobogackiego stylu życia bohaterów aspirujących do wyższych sfer. Wiele z wątków związanych z Maxem można uznać za problematyczne — czy Kit Porter posunęła się za daleko, błagając go, by pozostał kobietą? Czy scenarzyści skazali Maxa na piekło, zostawiając go samego i ciężarnego? Jednak równie dobrze, można stwierdzić, że cały serial jest trudny. Chaiken powiedziała później: „Nałożono na nasze barki ciężar zaprezentowania doświadczeń każdej lesbijki". Istnienie Maxa w niektórych kręgach przynajmniej było iskrą, zapoczątkowującą konwersację na temat transpłciowej tożsamości — na długo przed ujawnieniem się Caitlyn Jenner.

6. Twat: The Night
Lesbijskie kluby i imprezy od lat noszą śmieszne nazwy, ale bez Facebooka i bibliotek ulotek z naskrobanymi nazwami, ciężko je wszystkie spamiętać, a historia infantylnego humoru naszych poprzedniczek odchodzi w niepamięć. Na szczęście „Słowo na L" oddało hołd temu fenomenowi nawiązywania do anatomii i pokazało rozwój projektu Twat: The Night (Cipa). Zaczęło się od małego pomysłu w The Planet, a skończyło się na wielkiej imprezie z wejściem w kształcie ogromnej waginy z krepiny. Twat Boutique, Butch Please, Aphrodyki, Femmme Fraiche, Fish Fry, Club Lesley, Clam Jam i Pussy Palace to nazwy tylko niektórych imprez, dzięki którym zaliczyłam. Mogą one podziękować serialowi za świetną promocję tej cennej tradycji.

7. Włosy Shane
„Na Shane" zrobiła lesbijkom to samo, co dekadę wcześniej heteroseksualnym kobietom „Na Rachel" z „Przyjaciół". Teraz nawet w najmniejszym miasteczku znajduje się sklep dla vaperów — analogicznie w nawet najbardziej zaściankowym klubie dla lesbijek nadal znajdziecie jedną, nadąsaną kobietę, patrząca wilkiem spod kosmyków postrzępionej, rozczochranej fryzury, będącej połączeniem czeskiego piłkarza i Roda Stewarta. Inne znane lesbijskie fryzury, jak np. wygolone boki Ellie Goulding czy grzywka od garnka Justina Biebera w końcu zniknęły z głów właścicieli, ale Kate Moennig pozostała wierna fryzurze „na Shane".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Sophie Wilkinson