zamieszki na ulicach hamburga

Spędziliśmy weekend w Hamburgu podczas szczytu G20, gdzie w ramach protestów na ulice wyszło 100 tys. ludzi.

|
lip 11 2017, 12:48pm

image via pixabay

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.

W weekend w Hamburgu rozpętało się piekło. Szczyt G20 zgromadził głowy dwudziestu najbogatszych państw, których powstydziłyby się minione epoki. Trump nie był jedynym zrzędliwym demagogiem na liście gości. Indie zaserwowały nam hinduski nacjonalizm w postaci Narendry Modiego, Turcja zaoferowała oldschoolowy autorytaryzm w formie Recepa Tayyipa Erdogana, a Rosja zaprezentowała najsolidniejszego homofoba świata, Władimira Putina.

Niemiecka kanclerz Angela Merkel podjęła ryzykowną decyzję, aby zorganizować G20 w Hamburgu, mieście z długą, lewicową tradycją anarchistów, autonomistów, wojujących feministek i antykapitalistów. Podobno chciała udowodnić asortymentowi autorytarnych chwalipięt wokół niej, że możliwe jest odbycie się pokojowych demonstracji bez brutalnej represji, którą uskuteczniają. Wydarzyło się jednak co innego: miasto stanęło w ogniu, a ekipa i-D spędziła weekend unikając armatek wodnych, gazu pieprzowego, latających cegieł oraz płonących od czasu do czasu tu i tam Porsche.

Aktywiści z Hamburga i całej Europy szykowali się na protesty od miesięcy. Byli rozgniewani na autorytarnych liderów, wściekli na rozpadające się paryskie porozumienie klimatyczne, zmęczeni wolnorynkowym neoliberalizmem. Żądali także umorzenia długów afrykańskich krajów rozwijających się. Grupy, które przybyły, wyznawały najróżniejsze poglądy: od centrowców po rewolucjonistów, od pacyfistów po bardzo brutalne zrzeszenia.

Demonstracje rozpoczęły się już we czwartek: bloki anarchistyczne, autonomiści i antykapitaliści zebrali się na wiecu „Welcome to Hell" (Witamy w piekle) w dzielnicy St Pauli, w sercu miasta. Na czele stał zamaskowany, anonimowy kolektyw, który był gotowy użyć siły, by przedrzeć się przez policję i dosłownie zablokować szczyt G20. Policja została wyprowadzona z równowagi i w tłum zostały skierowane armatki wodne, a potem gaz pieprzowy. Tłum składający się z 10 tys. osób podzielił się na mniejsze oddziały i przemaszerował różnymi ulicami miasta. Niektórzy dołączyli do rejwu wzdłuż ulicy Reeperbahn, inni przeszli przez okręg administracyjny Altona, gdzie protestujący aktywiści rozbili obozowisko dla przyjezdnych demonstrantów.

Policja starała się odzyskać kontrolę, a policyjne furgonetki śmigały po mieście. Okrzyki „Tout le monde déteste la police" (wszyscy nienawidzą policji) rozbrzmiewały w Hamburgu, samochody i śmietniki stawały w ogniu, a butelki lądowały na radiowozach i policjantach. Gęsty dym spowił miasto.

Pierwsza z większych demonstracji odbyła się w piątek rano. Block G20 (koalicja około 160 grup z różnymi poglądami politycznymi) zebrała się w ekipach podzielonych na kolory. Każda grupa przedzierała się w stronę „niebieskiej strefy" — centrum, w którym niemiecki rząd zdelegalizował wszelkie demonstracje ze względów bezpieczeństwa. Grupy się zeszły, a ich strajk okupacyjny opóźnił obrady G20. Melania Trump nie mogła wyjść ze swojego domku gościnnego, bo wędrowni anarchiści podpalali własność prywatną. Smutne.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Marsze odbyły się w całym mieście i hamburska policja poprosiła o wsparcie federalne z innych jednostek administracyjnych Niemiec. Pokojowe zgromadzenie na Millerntor (stadionie lewicowego i antyfaszystowskiego klubu sportowego FC St Pauli) zostało otoczone przez policję. Nastroje się zmieniły, pojawiła się maszerująca, zamaskowana ekipa, która wkroczyła na wzniesione chodniki z widokiem na centralną stację kolejową. Landungsbrücke, jeden z największych mostów w mieście, był okupowany. Fale aktywistów ubranych na czarno napierały na okoliczne wzgórza. Policjanci byli w mniejszości, a w ich kierunku leciały cegły, kostka brukowa i granaty hukowe. Gdy dotarły posiłki, tłum się rozdzielił, a wasz wierny dziennikarz prawie dostał z kopa w głowę.

Tego wieczora napięcie rosło, a w dzielnicy Sternschanze rozpętało się piekło. Pożary szalały, uzbrojone siły specjalne dostały rozkaz, aby szturmować domy, w których zatrzymali się aktywiści. Dziennikarz z niemieckiej gazety Bild zacytował policję, która rzekomo mówiła: „Od teraz koniec z wolnością prasy. Odejdźcie teraz, albo skończycie w szpitalu". Ponieważ nie płacą mi wystarczająco dużo, żebym trafił do szpitala, szybko zwiałem.

Niedziela była ostatnim dniem szczytu. Szacuje się, że około 100 tys. ludzi (od zielonych centrystów po rewolucjonistów komunistów) wyszło na ulicę na wielki, pokojowy protest. „Jestem tu, bo uważam, że Trump jest hańbą dla demokracji całego świata", powiedział jeden z protestujących. Inny wyszedł, by „demonstrować przeciwko Putinowi i wesprzeć prawa LGBT+ w Rosji". Grupy ratujące migrantów prosiły liderów G20 o zagwarantowanie bezpiecznej drogi uchodźcom przekraczającym Morze Śródziemne. Inni żądali, by Ameryka dostosowała się do warunków paryskiego porozumienia klimatycznego.

Relacja z czterech dni w Hamburgu była głównie niedbała i niekompletna. To nie były jedynie cztery dni zamieszek, ani wyłącznie obrona przed represją policji. Hamburg rozmył granicę między oporem i buntem, polityczną przemocą i wymykającą się spod kontroli destrukcją. Media postanowiły jednak poświęcić więcej uwagi językowi ciała głów państwa, niż tysiącom ludzi demonstrujących na ulicach. Z pewnością nie wyświadczyło to polityce przysługi.

Młodzi ludzie z Niemiec i wielu innych krajów (nawet Meksyku) postanowili działać i się zjednoczyć — nieważne czy wspierali czy potępiali to, co się działo. Ich solidarność i gotowość do działania zgubiła się gdzieś w całym zamieszaniu. Nico Berg z Interwencjonistycznej Lewicowej frakcji koalicji Block G20 wyraził się jasno: „Jeśli się zorganizujecie, zjednoczycie i znajdziecie porozumienie, możecie wprowadzić zmiany. Jeśli młodzi ludzie nie chcą się obudzić w świecie, w którym policja dyktuje, co się dzieje, to musimy wyjść na ulice i bronić naszych praw przed autorytaryzmem".

Christophe Klein, inny organizator, powtórzył wniosek, który powinniśmy wyciągnąć z tego weekendu bezpośredniego działania. „Młodzi ludzie są odważni. Nie cofają się, gdy pojawia się policja. Gdy są bici, zaraz się podnoszą. Dają nam nadzieję, a z nadziei rodzi się bunt".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Edward Siddons
Zdjęcie główne via Pixabay
Pozostałe zdjęcia Rebecca Rütten