wojna, ludzie i krajobrazy w pracach dona mccullina

W ciągu ostatnich 60 lat, McCullin był świadkiem wielu szokujących wydarzeń. Spotkaliśmy się z legendarnym fotoreporterem, aby opowiedział nam o swojej pracy.

tekst Felix Petty
|
25 Styczeń 2016, 4:54pm

Najbardziej znane zdjęcie Dona McCullina zostało zrobione w 1968 roku, podczas Bitwy o Huế w Wietnamie. Widać na nim amerykańskiego żołnierza, który ściska lufę karabinu i wpatruje się nieobecnym wzrokiem w dal. To właśnie to spojrzenie sprawia, że możemy sobie wyobrazić wszystkie okrucieństwa, które widział ten mężczyzna. Geniusz fotografii McCullina polega na tym, że nie uwiecznia brawury i bitw na polu walki, ale cenę, jaką za wojnę płacą ludzie. Żołnierze na jego zdjęciach są pionkami polityków, a nie entuzjastycznymi superbohaterami. McCullin pokazuje ból i cierpienie oraz siłę i godność tych, którzy przechodzą przez piekło. Kieruje obiektyw w stronę niewinnych ofiar, zamiast próbować szerzyć populistyczne ideologie.

Don McCullin opublikował swoje pierwsze zdjęcie w magazynie „The Observer" prawie 60 lat temu. Dziś ma 80 lat, więc nikt nie miałby pretensji, gdyby przeszedł na emeryturę. Tym bardziej nas zaskoczył, gdy spotkaliśmy się z nim w Somerset. Powiedział, że właśnie wrócił z Iraku i już planuje kolejny wyjazd do Indii. Oprócz tego jest zajęty pracą nad wydaniem nowej wersji autobiografii oraz albumów ze zdjęciami, podsumowujących jego dorobek.

Amerykański żołnierz cierpiący na zespół stresu pourazowego, Huế, 1968 rok

Pierwsze zdjęcie McCullina z „Observera", zatytułowane „The Guv'nors", pokazuje ekipę gangsterów (jeden z nich niedawno zabił policjanta) w rozpadającym się budynku w londyńskiej dzielnicy Finsbury Park, w której fotograf dorastał. Wkrótce potem Don, który miał zaledwie 25 lat, wyjechał do Berlina, by sfotografować budowę muru berlińskiego. Ta seria również została opublikowana w magazynie. Wczesne prace pokazują, że fotograf od początku zwracał uwagę na wpływ polityki na życie zwykłych ludzi, a także ciekawość i strach tych, którzy powoli zostawali osaczeni. Żelazna kurtyna rosła, a ludzie zaglądali przez szczeliny i wychylali się za betonowy mur, by zobaczyć, co kryło się po drugiej stronie. Jedno ze zdjęć pokazuje strażnika z NRD, który wykorzystał szansę i przeskoczył przez drut kolczasty, ku wolności na Zachodzie.

Później Don udał się na Cypr, by po raz pierwszy robić zdjęcia na wojnie - chciał uwiecznić konflikt pomiędzy greckimi i tureckimi siłami na wyspie. Tak zaczęła się jego współpraca z gazetą „The Sunday Times". McCullin podróżował po całym świecie, od Wietnamu po Irlandię Północną i od Konga po Kambodżę.

Jest znany ze zdjęć przedstawiających konflikty zbrojne, ale jego fotografie z Wielkiej Brytanii są równie ważne. Przedstawiają rzadko pokazywaną, zubożałą klasę robotniczą i naturalny urok wsi. Od 30 lat robi zdjęcia równin w hrabstwie Somerset. Zwrócił też uwagę na bezdomnych z ubogich dzielnic Londynu i postindustrialne ruiny na północy kraju. Udaje mu się znaleźć piękno i osobistą historię człowieka w niespodziewanych miejscach - to łączy wszystkie jego prace.

Bezdomny Irlandczyk, Spitalfields, Londyn, 1969 rok

Chociaż przez większą część życia zawodowego wciąż odwiedzał strefy wojny i w ten sposób zapracował na swoje nazwisko i reputację (w 1993 roku jako pierwszy fotograf otrzymał Order Imperium Brytyjskiego), od 20 lat fotografuje również krajobrazy, aby ćwiczyć swój talent i oko, w miejscach wolnych od przemocy. Spotkaliśmy się z nim w galerii Hauser and Wirth na wystawie prezentującą przegląd jego prac i porozmawialiśmy z nim o przebiegu kariery.

Powinniśmy chyba zacząć od omówienia najnowszych zdjęć na twojej wystawie, czyli krajobrazów z hrabstwa Somerset...
Zacząłem je robić na poważnie w 1991 roku, więc nie są takie nowe.

Przeniosłeś się z Londynu do Somerset w latach 70., prawda?
Tak, jakieś 40 lat temu. Ale kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, wciąż jeszcze dużo podróżowałem po świecie. Oczywiście, wciąż to robię, ale nie tak często. W styczniu lecę do Indii, a jakieś 5 tygodniu temu jadę do Iraku... Pewnie to niespotykane, żeby ktoś z mojego pokolenia tyle jeździł. Z wiekiem coraz bardziej ma się ochotę przystanąć w miejscu.

Szpital głowny, Phnom Penh. Zraniony żołnierz, który później zginął z rąk Czerwonych Khmerów, 1975 rok

Czy zdjęcia z Somerset mają pomóc ci ochłonąć i uporządkować życie po wyjazdach?
Tak, ale te fotografie też zaczynają zagracać mi życie, bo zajmują w moim domu dużo miejsca. Zacząłem przeglądać swoje archiwalne prace. Nie mogę przewidzieć, ile jeszcze czasu mi zostało, więc chcę wszystko uporządkować, ułożyć po kolei.

Czy wciąż lubisz podróżować?
Wycieczka na lotnisko jest jak kara. Kontrole bezpieczeństwa odbierają radość podróżowania. Jedyną pozytywną zmianą jest zakaz palenia w samolotach.

Po co się jeździ do innych krajów? Żeby się uczyć, poznać kulturę i ją chłonąć. Ponieważ rzuciłem szkołę w wieku 15 lat, podróżowanie i fotografia były dla mnie zbawieniem - pozwoliły mi się uczyć, dowiedzieć się czegoś więcej o świecie.

Równiny Somerset, koło Glastonbury, 1994 rok

Co teraz robiłeś w Iraku?
Zdjęcia wojny, oczywiście! Chociaż tak naprawdę trafił mi się tylko jeden dobry dzień na froncie, podczas którego toczyły się walki. Ciągle się kręciłem i próbowałem tam dostać, ale kiedy w końcu mi się udało... Cóż, to nie teatr - nikt mi nie obiecał, że jak dotrę do pierwszego rzędu, to zobaczę przedstawienie. Może też być cicho i spokojnie. Z jednej strony to również coś pozytywnego, bo przynajmniej wiem, że nikt nie zginie. Ale akurat tamtego dnia 6 tysięcy żołnierzy zaatakowało rafinerię ropy naftowej! To było ekscytujące.

Już od ponad 50 lat robisz zdjęcia konfliktów zbrojnych. Jak pracuje młode pokolenie fotoreporterów? Czy ich metody czymś się różnią od twoich?
Cóż, oni prawie w ogóle nie pracują, bo nikt ich nie wysyła. Nie można wyjechać na wojnę bez ubezpieczenia, a gazety nie dadzą fotografom zginąć, bo ich rodziny będą domagać się milionowych odszkodowań. Zanim kogoś puszczą, ktoś musi im wytłumaczyć jak założyć opaskę uciskową, jeśli urwie nogę.

Zalew, Somerset, 1988 rok

Czy w latach 60. i 70., gdy pracowałeś dla „Timesa", było inaczej?
Tak, byliśmy indywidualistami. Włóczyliśmy się, gardziliśmy problemami i ograniczeniami. Urodziłem się, by naginać zasady. Teraz nikt nie chce płacić za takie wyjazdy, ubezpieczenie, hotele, nikt nie chce, żebyś zginął, bo to dołoży im tylko papierkowej roboty. Ludzi bardziej interesują celebryci, a nie biedne dzieci umierające na Morzu Śródziemnym.

Mówiłeś, że nie wydaje ci się, żeby twoje zdjęcia zmieniły opinie ludzi o konfliktach zbrojnych...
Można zmienić zdanie kilku osób. Ale przeważnie takie materiały trafiają do ludzi, którzy już i wcześniej się tym interesowali i są pełni empatii. Jedyne zdjęcie, które od razu wpłynęło na opinię publiczną, przedstawia ciało małego uchodźcy, Aylana Kurdiego, na tureckiej plaży. Z pewnością dostanie w tym roku nagrodę World Press Photo. To poruszające, przełomowe zdjęcie, które przypomniało nam, że od wielu lat nie widzieliśmy, czegoś tak ważnego. Dlaczego? Bo fotoreportaży nie uznaje się za coś wartościowego. To mnie denerwuje. Nie chcę brzmieć jak stary zrzęda (i nim nie jestem), ale mam mocne poglądy na temat zła tego świata i problemów, które biorą się z góry, od polityków.

Uchodźcy z Tybetu na stacji kolejowej, Delhi, 1965

W takim razie co sprawia, że wciąż robisz zdjęcia?
Po prostu to kocham. To moja pasja, której się nie wyrzeknę. Urodziłem się z tym. Pojechałem do Iraku, bo mam dość czekania i słuchania informacji z drugiej ręki. Chciałem zobaczyć co tam się dzieje na własne oczy. Znam Bliski Wschód, wojnę, politykę... Fotoreportaż jest jak pieczenie ciasta, a ja jestem najlepszym cukiernikiem, znam wszystkie składniki. Znam kulisy wojen: interesy i niesprawiedliwość, rozrzutność polityków, którzy całe życie kłamią i wciskają nam wymówki, żebyśmy ochłonęli, zamiast zrobić coś szczerego i pożytecznego.

W twojej wystawie bardzo podoba mi się, że zdjęcia klęsk humanitarnych w Biafrze i Bangladeszu powoli przechodzą w fotografie północy Anglii i industrialnych ruin...
Mógłbym powiesić tam 600 takich zdjęć!

To ciekawe, bo można dostrzec podobieństwa między obrazami z bardzo różnych miejsc, w których występują podobne problemy, chociaż oczywiście na inną skalę.
Tak, ja też uważam, że to te same problemy. Nikt nie chce być gnębiony i żyć w ucisku. Społeczeństwo, które nie może pomóc swoim członkom, nie działa sprawnie. W Afryce, Indiach czy Azji, próbowałem wyjaśnić ludziom, że w Anglii miliony ludzi też żyją w ubóstwie. Nie chcieli mi wierzyć! Wielka Brytania była uznawana za wspaniałe państwo, w którym każdy miał się dobrze. Gdy mówiłem: „to nieprawda, mogę pokazać wam straszną biedę", to nikt nie wierzył. Dziś mógłbym dalej próbować. Myślę, że teraz ten temat jest jeszcze bardziej na czasie, bo przepaść między bogatymi a ubogimi, jeszcze się pogłębiła.

Czy podchodzisz do wszystkich swoich zdjęć tak samo, niezależnie od tematu?
Cóż, fotografując krajobrazy, jestem bardziej zrelaksowany, wtedy nikt koło mnie nie strzela. Jestem odizolowany.

Mam na myśli bardziej samą formę sztuki, o to, co chcesz przekazać swoim zdjęciem.
Jeden z moich najnowszych albumów nie dotyczył w ogóle wojny, ale to się zmieniło z czasem. Wojna go dogoniła. Robiłem zdjęcia pięknych świątyń w Palmirze, w Syrii. Kiedy zacząłem ten projekt, ludzie pukali się w czoło. Ale okazał się bardzo ważny, bo później terroryści z ISIS wysadzili te świątynie. Nie mogłem przecież przewidzieć, że coś takiego się stanie. Nigdy nie da się z góry określić, co uda się uchwycić na zdjęciach, albo co się przez nie przekaże.

Najlepsze w fotografowaniu krajobrazów, jest to, że nie trzeba z nikim rozmawiać. Wystarczy tylko wyjść na dwór i robić zdjęcia (albo i nie, jeśli jest kiepskie światło). W ten sposób próbuję ćwiczyć swój warsztat fotografa. Przy okazji muszę coś ustalić: teraz staram się pokazać światu, że nie jestem artystą.

„The Guv'nors", Gang w garniturach, Finsbury Park, Londyn, 1958 rok

Właśnie miałem o to pytać. Jak to jest oglądać swoje prace na wystawie w galerii, wyrwane z kontekstu i świata fotoreportażu?
Dziś tylko tak mogę pokazać swoje zdjęcia światu. Inaczej leżałyby u mnie w domu. To ważne, że mogę w nie tchnąć nowe życie. Ale to, że moje prace piszą w galerii sztuki, nie robi ze mnie artysty. Wystarcza mi tytuł fotografa.

Jesteś samoukiem?
Tak, oglądałem prace innych i się uczyłem. Myślę, że wiele osób rozwija się w ten sposób. Wszyscy czasem coś zapożyczamy lub kopiujemy.

Pochodzisz z ubogiej rodziny klasy robotniczej...
Tak. Początek mojego życia był mało artystyczny. Dorastałem w błogiej ignorancji i bigoterii klasy robotniczej w północnym Londynie. Tu ludzi otrzeźwiał tylko okazjonalny cios w nos. Gdy dorastałem, widziałem wiele przemocy i bójek. Wiesz, jak to jest z facetami w Anglii - mają silne poczucie przynależności do grupy. W którymś momencie twojego życia dojdzie do bolesnego upadku, to nieuniknione. Żyłem tak przez pierwsze 25 lat. To fotografia, podróżowanie i poznawanie kultur naprowadziło mnie na dobrą drogę. Do tego pracowałem ze znakomitymi dziennikarzami z „The Sunday Timesa" i „The Observera", którzy stali się moimi mentorami.

Ile czasu spędzasz teraz w swoich archiwach?
Teraz siedzę w nich codziennie. Wczoraj zajmowałem się starymi fotkami z Indii, jutro może będę przeglądać jakieś z Finsbury Park. Ostatnio znalazłem piękne zdjęcie dwóch małych łobuzów, siedzących na murku.

Czy powracanie do tych miejsc myślami sprawia ci przyjemność?
Nienawidzę tego. Dla mnie to jak wyprawa na cmentarz, a ja tam nie chadzam.

Podejrzani bojownicy o wolność przed egzekucją, Stanleyville, Demokratyczna Republika Konga, 1964 rok

Więc jak się czułeś wybierając prace na wystawę? Czy coś ci się rzuciło w oczy, odkryłeś jakieś zapomniane zdjęcia?
Nie chcę brzmieć jak zarozumialec, ale ja nie zapominam. Wszystkie zdjęcia zostawiły we mnie trwały ślad. Zrobiłem je w bardzo ważne dni, które często ciężko było wytrzymać. Bardzo współczuję ludziom z fotografii, którzy cierpieli. Ja stamtąd wyszedłem cało, ale inni nie mieli tyle szczęścia - wiele z tych osób zginęło. Gdy chodzi o poważną ocenę wartości mojego archiwum, przestaję być tak nonszalancki. Wciąż ma na mnie ogromny wpływ i mnie smuci, bo odniosłem w życiu sukces, często kosztem innych ludzi. Dlatego nie czuję się komfortowo z tą łatką. Widziałem w swoim życiu wiele strasznych rzeczy, więc mam wyrzuty sumienia, z powodu tego uznania.

Czyli jest ci ciężko wracać do tych zdjęć?
Dlatego zająłem się krajobrazami - znajduję w nich ukojenie. Widoki są bardzo przyjemne. Cieszę się, że podjąłem taką decyzję. Jednocześnie to duże wyzwanie - zastanawiam się, co chcę w ten sposób przekazać? Czy to coś pięknego? Angielski krajobraz też jest zagrożony.

W takim razie to tak samo jak z fotografowaniem Palmyry? Dokumentujesz coś, co może zniknąć?
Tak, ale chcę też wyrazić siebie, póki jeszcze mogę, wspinać się po ogrodzeniach z drutem kolczastym, łazić po wzgórzach na mrozie, który mi nie przeszkadza. Moim ulubionym miejscem jest Wał Hadriana w trakcie zamieci śnieżnej - wtedy jestem w swoim żywiole. Lubię wyzwania. Jednocześnie jestem zły, że tracimy takie piękno.

Masz jakąś radę dla początkujących fotoreporterów?
Zapomnijcie o tym. Przestańcie używać określenia „fotoreportaż" - ono jest martwe. Znam setki fotografów, którzy próbują iść tą drogą, ale okazuje się, że to ślepa uliczka. Gdy wracają z wyjazdów, okazje się, że nikt nie chce ich zdjęć. Ludzie robią co mogą, żeby coś przekazać, ale wciąż rzuca się im kłody pod nogi - nikt im nie pomaga. Wszystko co robiłem, było wtedy uznawane za świetne, ale te czasy już minęły.

Takich zdjęć nie drukuje się już w gazetach. Dlatego staram się pokazać moje prace w inny sposób: na wystawach i w albumach. Nie dam się uciszyć. Mam 80 lat, zostało mi pewnie jeszcze tylko kilka lat życia. Wyobraźnia działa jak nakręcana zabawka - po pewnym czasie się wyłącza. Gdy byłem młodszy miałem w sobie mnóstwo energii, którą marnowałem. Ale wszyscy tak robimy, prawda?

Wystawę Don McCullin Conflict - People - Landscape można oglądać do 31 stycznia w galerii Hauser and Wirth w Somerset

Przeczytaj też:
- Syrious mission, czyli wojna oczami dzieci
- Młoda Ukraina
-
Bezdomne dzieciaki współczesnego świata

Kredyty


Tekst: Felix Petty
Wszystkie zdjęcia: © Don McCullin/Contact Press
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska

Tagged:
Album
historia
wywiad
Kultura
Don McCullin
Wystawa
wojna
fotoreportaż
fotografia wywiad