Reklama

partyzanckie skateparki

Skater i fotograf współpracujący z Supreme – Tino Razo pokazuje ukryte w słonecznym Los Angeles opuszczone baseny, idealne do jazdy na desce.

tekst Paige Silveria
|
26 Luty 2017, 10:57pm

photography tino razo

Niewiele scen jest tak charakterystycznie wpisanych w krajobraz Kalifornii jak skejci jeżdżący w pustym basenie. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, ile pracy trzeba włożyć w znalezienie tych ukrytych w ogródkach miejscówek i wyczyszczenie ich. „Party in the Back" to nowa fotoksiążka współpracującego z Supreme Tino Razo (który wystąpił w „Cherry" Billa Strobecka), dokumentująca ten proces. Przesiąknięte słońcem zdjęcia pokazują Tino i jego kolegów, przedzierających się na opuszczone posesje, proszących obcych ludzi o możliwość spuszczenia wody z basenu i jazdy po pokrytych graffiti, pustych zbiornikach, które przypominają o znikającym amerykańskim śnie.

W 2010 roku Tino przeniósł się do Los Angeles z wschodniego wybrzeża, gdzie dorastał na desce ze starszymi braćmi. Ta zmiana otoczenia odkryła przed nim nowy świat skejtów. „Baseny pokazały mi zupełnie inne doświadczenie od jazdy po mieście, którą znałem. Znów poczułem, że to coś nowego i świeżego", mówi. „Z innej perspektywy zobaczyłem coś, w co wkładałem wszystko". Razo wyjaśnił nam, jak namówić obcych do wpuszczenia waszej ekipy do domu.

Jak znajdujesz baseny, które fotografujesz?
Przez znajomych, znajomych znajomych i mnóstwo szukania na Google Maps. Poza tym po jakimś czasie zaczyna się zauważać znaki mówiące, że za domem znajduje się basen — pożółkła trawa, płot... Uliczni skejci mają niesamowicie bystre oko, ciągle szukają potencjalnych miejscówek do jeżdżenia, jak schody czy nasypy. Zastanawiasz się, o której godzinie otwierają się niektóre miejsca i czy po zamknięciu pilnuje go ochrona. Ten proces myślowy przebiega w każdej sytuacji. Jeśli jakieś miejsce jest idealne i ma ochronę, musimy je obserwować, żeby poznać drogę ochroniarza albo wybadać, kiedy wchodzi jego zmiennik. Może maksymalnie uda nam się znaleźć godzinę, żeby pojeździć, zanim to zauważą. Co zabawne, baseny tylko podkręcają ten zmysł poszukiwacza.

Więc przejeżdżasz koło budynku i myślisz, że za nim może kryć się basen — co dalej?
Mnóstwo nużącej pracy. Zanim mieliśmy technologie na poziomie iPhone'a i Google'a, musieliśmy dosłownie wskakiwać do ogródków, żeby sprawdzić, czy basen faktycznie tam jest. Ostatnio w Kalifornii sporo padało, więc wiąże się to z opróżnianiem basenu i sprzątaniem.

Jak się za to zabieracie?
To wieloetapowy proces. Jeśli basen jest pełen wody, trzeba sprawdzić czy nadal jest tam prąd, czy da się do czegoś podłączyć jakiekolwiek urządzenie. Jeśli nie ma, potrzebujemy pompy na gaz. Opróżnienie większości basenów przy pomocy naprawdę dobrej pompy zajmuje 6-8 godzin. Jeśli jest tam tylko trochę deszczówki, szukamy wokół nas pojemników, takich jak kosze na śmieci. Przeważnie wozimy ze sobą wiadra. Wlewamy nimi wodę do śmietników, a potem je wyciągamy z basenu, wylewamy wodę i powtarzamy cały proces. Powoli dociera się do momentu, w którym nie ma już wody. Wtedy zasuwamy z mopami jak potłuczeni. Często trzeba poczekać przez noc, żeby wszystko wyschło i jeszcze raz przetrzeć. Czasem trzeba znaleźć źródło czystej wody, żeby znów go umyć i znów osuszyć.

Szukacie tylko opuszczonych domów?
Wszystkich domów. Jeśli na podjeździe stoi samochód, zastanawiamy się — kto z nas ma gadane? Pukamy do drzwi i rozmawiamy z obcymi, powoli torując sobie drogę do ich ogrodu.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Czy ludzie nie mają z tym problemu?
Dzielą się na tych, którzy są otwarci i tych, którzy od razu odmawiają. Jak ze wszystkim w życiu — poznajesz kogoś obcego i musisz go rozpracować, wyczuć nastawienie. Na początku zajmował się tym głównie mój przyjaciel Josh, który był w tym świetny i zdobył dla nas wiele basenów. Jeśli był z nami w samochodzie, zawsze wykopywaliśmy go pod drzwi. W ekipie dość aktywnych jest siedem osób, więc teraz każdy musi to robić.

Zacząłeś jeździć w basenach dopiero kilka lat temu?
Jeżdżę na desce od małego, moi bracia jeździli przede mną. Wszystko, co robią starsi bracia wydaje się najfajniejszą rzeczą na świecie. Mam 40 lat, nadal jestem skejtem i to kocham. To moje życie. Przeprowadzka do Los Angeles była czymś nowym. Dorastałem w Vermont i widziałem skejtów w basenach w grach komputerowych, ale nie rozumiałem tego. Jak każdy z małego miasta jeździłem po podjeździe do garażu z kolegami. Jeśli się w to wkręcisz, zaczynasz czytać magazyny. Zanim się obejrzysz przeprowadzasz się do miasta i starasz się znaleźć podobne miejscówki, w jakich jeżdżą twoi ulubieńcy. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że istnieją takie przeszkody, jak wszędobylscy ochraniarze. To zawsze była moja ulubiona część skateboardingu: odkrywanie świata. Przyczajka, zakradanie się i uciekanie zanim złapią cię gliny.

Jak Kalifornia różni się od miejsca, w którym dorastałeś?
Wszystko było nowe: doświadczenia i ludzie, których spotykałem. W 100% inny klimat świata, który znałem i kochałem całe życie. Byłem taki podekscytowany. Tak powstały te zdjęcia.

„Party in the Back" można podziwiać w Alldayeveryday w Los Angeles do 26 lutego 2017 roku.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Paige Silveria
Zdjęcia: Tino Razo