Reklama

magia performensu

O procesie twórczym, castingach i współpracy ze słynnym europejskim muzeum rozmawiamy z artystą Theo Adamsem.

tekst Tish Weinstock
|
13 Październik 2016, 3:51pm

Theo Adams zaczął występować w wieku 9 lat. Gdy miał 14, rzucił szkołę i przeistoczył się w jednego z najbardziej ekscytujących młodych performerów. Został znaną i podziwianą osobistością w klubowym świecie. Moment przełomowy nastąpił dopiero w 2008 roku, gdy poproszono go o występ w Tate Britain razem z kolektywem !WOWOW! Matthew Stone'a. Postawiony przed wyzwaniem zapełnienia jednej z wielkich sal w Tate, od razu założył Theo Adams Company. Od tamtej pory stworzył całą serię spektakularnych performensów, łączących światy muzyki, magii, sztuki, mody, filmu, teatru i tańca. Po latach Theo powrócił do Tate Britain, gdzie wszystko się zaczęło, na wyjątkowy występ w ramach programu „Late at Tate". Ponownie zabrał ze sobą trupę wspaniałych performerów, w tym wyjątkową choreografkę, Masumi Saito i kompozytora Jordana Hunta, który jest współczesnym Mozartem. Ostatnie szlify dodali Ed Marler i Matthew Josephs, którzy ubrali i wystylizowali całą grupę oraz odpowiedzialna za makijaż Isamaya Ffrench. Od razu po występie porozmawialiśmy z czarującym Theo o magii performensu.

Zacząłeś występować, gdy miałeś 9 lat. Czy już wtedy wiedziałeś, że właśnie to chcesz robić przez resztę życia?
Już wtedy nie interesowałem się szkołą, dlatego ją rzuciłem, gdy miałem 15 lat. Zacząłem chodzić do klubów itd. gdy miałem 14 lat i wciąż występowałem. Ludzie dawali mi coraz więcej zleceń i robiło się coraz ciekawiej. Pomyślałem, że mógłbym z tego żyć, zbudować na tym karierę. Wiedziałem, że mogłem to robić i byłem w tym dobry. Nie chciałem robić niczego innego. Czułem się świetnie i innym ludziom chyba też się podobało.

Czy wtedy podziwiałeś czyjąś karierę lub chciałeś ją naśladować? Miałeś jakichś mentorów?
Gdy zacząłem chodzić do klubów, podziwiałem Scotteego, który prowadził kluby. Był pierwszą osobą, która poprosiła mnie o występ w swoim lokalu. Potem Matthew Stone zapoznał mnie ze wszystkimi z !WOWOW! i zacząłem z nimi występować. Nasz pierwszy wspólny występ jako trupa odbył się w Tate Modern. To był dla mnie wielki krok naprzód, po raz pierwszy wyszedłem ze środowiska klubowego i wkroczyłem do galerii sztuki.

W jaki sposób założyłeś The Adams Company?
Cóż, Matthew poprosił mnie, żebym zrobił coś w ramach „Late at Tate". Zastanawiałem się, jak mam zapełnić jedną z tych sal i postanowiłem ściągnąć innych artystów. Zorganizowaliśmy wszystko w Royal Ballet School, zebraliśmy tancerzy i wyreżyserowaliśmy występ. Nie miałem pojęcia, co robiłem, miałem wtedy z 16 lat, a to zadanie mnie nie przerażało. Wtedy zrozumiałem, że lubię pracować z grupą.

Jak się czujesz po powrocie do Tate?
Czuję się dziwnie, tym razem jest inaczej. Ostatnio mieliśmy wynajęte pomieszczenie na tyłach klubu BoomBox na trzy godziny. W tym czasie wymyśliliśmy performens. Wszędzie było potłuczone szkło. Nie mieliśmy pojęcia, co robiliśmy. Po prostu pojawiliśmy się w muzeum wyznaczonego dnia i wystąpiliśmy. Tym razem jest inaczej, bo wszystko bardziej przypomina produkcję z prawdziwego zdarzenia. To dlatego, że wiele się nauczyłem. Za każdym razem, gdy występuję, uczę się czegoś nowego. Teraz wiem, jak reżyserować. 90% sukcesu to casting, znalezienie idealnych odtwórców danych ról. Myślę, że to moja najmocniejsza strona.

Jak przeprowadzasz casting?
Cóż, nikt nie gra postaci, moi artyści wcielają się w uwzniośloną wersję siebie samych. Chodzi o znalezienie właściwej osoby, umieszczenie jej w przestrzeni i zapewnienie wolności, a jednocześnie możliwości na dopasowanie się do innych, jak w puzzlach. Tylko raz zorganizowaliśmy casting i skończyło się to katastrofą. Wszystkich, którzy z nami pracują, poznałem na imprezach lub występach. Nie zapraszam ludzi od razu, najpierw chcę ich poznać, stawiam na charakter. Mam wielkie szczęście, że ci wszyscy ludzie są akurat szalenie utalentowani.

Skąd czerpiesz inspiracje?
Myślę, że jedyną rzeczą, jaka mnie łączy z tym pokoleniem, jest zainteresowanie. Mogę wejść na YouTube i kliknąć jedno wideo, a z boku pokaże mi się pasek podobnych rzeczy. Mam wręcz encyklopedyczną wiedzę na temat różnych diw z Hiszpanii czy Turcji, naprawdę zróżnicowaną. Nie ma jednej konkretnej rzeczy, którą kocham. Trzeba łączyć różne rzeczy, żeby stworzyć coś nowego.

Jakbyś opisał swój proces twórczy?
Po pierwsze: muzyka. Najpierw pracuję z Jordanem nad soundtrackiem. Przy występie do Tate zaczęło się od rekwizytów, oklepanych, czerwonych krzeseł z kabaretu. Chciałem mieć jedno do innego klipu i wtedy znalazłem miejscówkę w Oxfordzie, która sprzedawała 36 sztuk za 4 funty, więc kupiliśmy ich całą masę. Nie postrzegam każdego występu jako osobnej, zamkniętej całości — one łączą się ze sobą.

Jak myślisz, jak się rozwinąłeś w ciągu tych lat?
Jeśli chodzi o estetykę, doprowadziłem ją do perfekcji. Przy tym występie pracowałem z Matthew Josephsem i Edem Marlerem. Lubię silną, potężną kobiecość. Używam propagandowych kolorów: czerwonego, białego, czarnego. Są najsilniejszymi kolorami, które od razu zwracają uwagę.

Nad czym pracujecie teraz?
Od razu po Tate zajmiemy się projektem, nad którym pracujemy z szampanem Veuve Clicquot i FKA Twigs. Robimy jeden z pokoi do „Widow Series". Pracujemy także nad serią filmów, do których tworzymy oryginalną ścieżkę dźwiękową. Wyjdą pod koniec tego roku albo na początku przyszłego. Chcemy wystawić też produkcję z prawdziwego zdarzenia w teatrze, a nie w galerii sztuki.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Tish Weinstock
Zdjęcia: Anabel Navarro Llorens