Quantcast

dobrze być czasem smutnym

Mateusz Góra

Przy okazji nowego albumu pytamy Artura Rojka o interesujące nazwiska polskiej muzyki i to, jak zostać sobą, kiedy stajesz się znany.

Artur Rojek jest symbolem prawdziwej, bezkompromisowej postawy. Jeśli nie chce czegoś zrobić, bo czuje, że to nie jest autentyczne, po prostu tego nigdy nie zrobi. Dlatego udało mu się zbudować niepowtarzalną pozycję, nie tylko jako szefa Off Festivalu, ale też scenicznego wrażliwca, którego głosu nie pomylicie z nikim innym. Przy okazji wydania nowego albumu, „Artur Rojek. Koncert w NOSPR” , spotkaliśmy się, żeby przegadać zmiany, jakim podlega jego styl, ale też polska muzyka. No i pogadać o emocjach, bo przecież właśnie o nie chodzi w jego kawałkach.

Zacznijmy od końca - dlaczego twój nowy album kończy właśnie „Beksa”?
To trochę zmyłka, bo co prawda ten album zamyka utwór „Beksa”, ale w wersji granej jako bis na koncercie. Graliśmy go wcześniej, ale na płycie zamieściłem nagranie z końca, bo było częściowo śpiewane przez ludzi. Nie ma w tym ukrytego znaczenia.

Ale nadal podpisujesz się pod outsiderskim manifestem wobec rzeczywistości, jakim jest „Beksa”?
Nie mam poczucia, że nie zgadzam się z tym, co napisałem trzy lata temu, więc dalej ten przekaz jest dla mnie jak najbardziej aktualny. Zgadzam się ze wszystkimi tekstami, które napisałem. Może to, co stworzyłem w latach 90. mogłoby być bardziej dyskusyjne, ale to, co zrobiłem przed kilkoma laty, zupełnie nie.

Patrzysz zawsze na rzeczywistość przez pryzmat własnych emocji. A czy myślisz, że młodzi polscy wykonawcy zaczynają coraz bardziej odczuwać bunt wobec rzeczywistości w skali makro? Ten gniew widać w tekstach Siksy, nagrania z manifestacji pojawiają się z kolei w klipie do „Imion tajfunówPatricka the Pan.
To zależy od wielu rzeczy. Takie emocje muszą trafić na podatny grunt, na człowieka, który się w tym odnajdzie. Siksa jest zjawiskiem bardziej społecznym niż muzyczny, bo rolę gra tu przekaz i osobowość artystów. Ja jednak nie jestem człowiekiem do komentowania rzeczywistości w skali makro, zajmują mnie intymne zjawiska. To, co dotyczy mnie, moich znajomych, to, z czym mogę coś zrobić - mogę tego dotknąć, doświadczyć, zrozumieć.

A kto z młodego pokolenia polskich artystów przykuł ostatnio twoją uwagę?
Każdego roku pojawia się fajny, ciekawy artysta. Mogę powiedzieć z perspektywy OFF Festivalu, że zawsze zapadają mi w głowę artyści, którzy wychodzą poza pewien standard. Ostatnio kolesiem, który mnie zaintrygował, jest Ralph Kaminski. Swojego czasu zaintrygował mnie też zespół Lor, podobał mi się koncert New People.

W jaki sposób zmienia się twój odbiór muzyki, kiedy słuchasz czegoś „zawodowo”, planując OFF Festival i „prywatnie”, dla siebie?
Słucham bardzo różnej muzyki, nie wiem, czy szukam określonego klimatu. Inaczej jest, kiedy słucham muzyki, która uderza w mojej upodobania i emocje, a inaczej, kiedy słucham czegoś pod kątem festiwalu, żeby zobaczyć, co dzieje się na scenie muzycznej, bo po prostu zawsze interesowałem się muzyką. Kolekcjonowałem muzykę, interesowałem się tym, co się dzieje w światowej muzyce. I nie miało znaczenia, czy coś było moją ulubioną rzeczą. Gromadziłem płyty także dlatego, że jakiś zespół wydawał mi się interesujący, chociaż słuchałem go później raz albo dwa razy. Interesuje mnie to, co robi na ludziach wrażenie, co uważa się za wyznaczające kierunki albo nawiązujące do klasyki. Generalnie muzyka to jedyna wiedza, do której nie musiałem się nigdy zmuszać.

Czy czujesz, że zająłeś już miejsce „klasyka”?
To tak naprawdę pytanie do moich odbiorców, ale wydaje mi się, że od wielu lat jestem, jaki jestem. Nie wykonałem wielkiej artystycznej wolty, eksperymentuję cały czas, ale w pewnej historii, którą opowiadam, jestem spójny. Nieważne, czy to Myslovitz, Lenny Valentino czy moja solowa kariera. Za tymi trzema książkami stoi ten sam autor. Mam specyficzny wokal, nikt nie wyobraża sobie też Rojka śpiewającego wesołe teksty, więc może jest to jakiś rodzaj klasyki?

Teraz, po wielu latach grania i tworzeni festiwalu, jakich emocji szukasz w muzyce?
Kiedy słucham muzyki dla mnie, musi być poruszająca, mieć w sobie dużo emocjonalności, stąd moje zainteresowanie Sufjanem Stevensem - szczególnie ostatnią płytą - ale lubię też Arvo Pära czy Sevdalizę. Każdy z tych artystów ma coś w sobie, ładunek do przekazania. Jestem też pod ogromnych wrażeniem ostatniej płyty Nicka Cave’a. Nigdy nie puszczam muzyki, która jest tłem i nic dla mnie nie znaczy. Jazz z lat 50. i 60. może być tłem, ale to też specyficzne tło, bo ma dla mnie ogromne znaczenie.

W swojej sentymentalnej podróży, jaką jest trochę najnowszy album, sięgasz po bardzo znany kawałek Son Lux, „Easy”, i zestawiasz go z „Cucurrucucu Paloma”. Dlaczego wybrałeś tak różne klimaty?
Grając koncerty promujące płytę „Składam się z ciągłych powtórzeń”, przerobiłem różne kawałki. Starałem się wybrać piosenki, które dla mnie samego były zaskakujące i o których covery nikt by mnie nie podejrzewał. Grałem The Alan Parsons Project, Low, piosenkę z filmu „Frank”, w końcu właśnie Son Lux czy „Cucurrucucu Paloma”. Te dwie ostatnie piosenki zdecydowałem się zagrać w NOSPR, bo „Easy” jest świetną piosenką koncertową i dobrze działa na widownię. Z kolei „Cucurrucucu…” jest kompletnie odklejonym kawałkiem od reszty, ale nikt mi go nie narzucił. Tak chyba wygląda moja natura - dobrze się odnajduję w jednym i drugim klimacie. To skrajne rzeczy, ale wszystkie zgodne ze mną.

Ten album zamyka jakiś etap w twojej twórczości, a może otwiera coś nowego?
Myślę, że z pewnymi etapami już dawno się pożegnałem. To, że teraz cytuję swoje kawałki stworzone z Myslovitz czy Lenny Valentino to jest raczej część mojej historii i na pewno będę do tego wracał przy okazji kolejnych płyt, jeśli będę grał koncerty.

A co zapamiętałeś z tego koncertu najlepiej?
Pamiętam ten koncert z momentów, kiedy ludzie wstali, krzyczeli tekst, co możesz usłyszeć choćby w „Beksie” albo „Długości dźwięków samotności”. Ludzie też płakali, czego nie zobaczysz, ale takie momenty zostają w pamięci.

Sprawdź też: