kadr z filmu „American Psycho”

nie ufaj kolesiowi w garniaku

Analizujemy podszytą polityką historię garniturów w klubach.

|
gru 13 2017, 2:07pm

kadr z filmu „American Psycho”

W poprzednim życiu byłem redaktorem strony poświęconej kulturze klubowej, co oznacza, że spędziłem sporo czasu w klubach. Przez te kilka lat w roli wędrownego reportera donoszącego o życiu nocnym doszedłem do pewnych wniosków na temat istoty clubbingu. Jednym z ważniejszych było przekonanie, żeby w klubie nie ufać mężczyźnie ubranemu w garnitur.

Garnitur jest modowym ucieleśnieniem świata korporacji, który kłóci się z domniemaną wolnością klubów. Bez względu na to, czy pochodzi z sieciówki, czy jest szytym na miarę arcydziełem z Saville Row (ulica w Londynie słynąca z eleganckich zakładów krawieckich szyjących garnitury na miarę — przyp. red.), wprowadza korporacyjny świat pracy do tych z niewielu miejsc na powierzchni ziemi, które istnieją tylko i wyłącznie dla czystej przyjemności. Jedno spojrzenie na smutną marynarkę i równie dobrze moglibyśmy siedzieć przy biurku.

Albo, jak ujął to dziennikarz Angus Harrison podczas naszej rozmowy: „Zakładanie do klubu tego samego szajsu, w którym siedzisz w pracy, zaciera granice między nocą i dniem. Sprawia, że impreza jest tylko kolejną zmianą a ty trybikiem w maszynie".

Ekipa pijąca wcześniej eleganckie drinki w restauracji, która teraz trafiła przypadkiem na parkiet, nie będzie pewnie na papierosie rozmawiać o retrospektywie Hansenów ani najnowszej kolekcji sneakerów. Już sama ich obecność będzie wam przypominać o niższym statusie materialnym, co z kolei kłuci się z podstawowym założeniami dobrego clubbingu — wyluzuj i zatrać się.

Trzeba także pamiętać, że w miejscu takim jak klub (przynajmniej ten, do którego może trafić w weekend czytelnik i-D), garnitur jest symbolem władzy. Dziwnego rodzaju władzy z innego świata, ale jednak władzy. Władza przeraża. A przynajmniej może przerażać. „Nie sądzę, że są straszni, po prostu zupełnie psują klimat", o wystrojonych chłopakach w klubach mówi Sirin Kale, pisarka i wielbicielka życia nocnego. „Unikam klubów, w których pełno kolesi w garniakach. Generalna zasada brzmi: im więcej garniturów, tym gorszy klub".

Jednak nie zawsze tak było.
Czy to w Studio 54 w Nowym Jorku, czy na parkiecie w londyńskim Wag Club, kiedyś panowały czasy, w których ludzie wychodząc na miasto, stroili się: w garnitury, marynarki z poduszkami i suknie. Wtedy aspirowało się do elegancji i nowobogackiego blichtru, który dziś jest szczytem kiczu.

Teraz do klubu prędzej ubierzemy się w coś swobodniejszego albo zupełnie szalonego, ale z pewnością nie eleganckiego. Bez względu na to, w którym kierunku pójdziemy, kultura klubowa to przede wszystkim modowa zabawa. Można o niej mówić także w kontekście potencjału, eksperymentów i wolności, które wyrażamy przez ubrania. Dobry wygląd jest naszym celem, bez względu na to, czy wylądujemy na secie Jane Fitz w Panorama Bar, czy w barze w pawilonach.

Według Natalie Davies, która prowadzi markę wygodnych ubrań Copson i DJ-uje w londyńskim Esqueezy, wszystko zależy od kontekstu. „Wyobrażacie sobie kolesia w garniturze na drum'n'bassowym rejwie? Wszyscy wzięliby go za tajniaka zgubionego w czasoprzestrzeni", powiedziała.

Gdzieś po drodze garnitur stał się reliktem przeszłości. Przejście od disco (queerowej, czarnej muzyki przejętej przez zamożnych, białych i heteroseksualnych ludzi) do house'u (również czarnego rytmu przejętego przez białych heteryków) jako dominującego w klubach gatunku zmieniło zasady, a clubbing narodził się na nowo w swobodniejszej stylizacji.

Parkietowa demokracja sięgnęła zenitu pod koniec lat 80., u szczytu dni pod znakiem „załóż co chcesz, byle było w psychodeliczne plamy i workowate". Nie bez powodu takie marki jak Vetements i Palace robią ubrania wyciągnięte prosto z opuszczonych, podziemnych klubów nocnych. Robią to z tego samego powodu, z którego wy oglądacie ziarniste filmiki ze starych imprez: otwartość przeszłości jest lekiem na wrogość obecnych czasów.

Nowe marynarki i stare filmiki przypominają nam o tym, co straciliśmy, zanim clubbing stał się produktem. Garnitury, które teraz widzimy, przypominają nam, co się wydarzyło po tych złotych czasach.

„Muzyka dance powinna być antykapitalistyczna i antykorporacyjna", mówi Sirin, „dlatego marynarki, koszule i krawaty nie są w tym świecie mile widziane".

Nie każdy tak sądzi. Istnieją kluby, w których tradycyjne stroje formalne wciąż mają się dobrze. Zajrzyjcie za czerwone linki odgradzające ochronę od plebsu, a ciężko będzie wam znaleźć kogoś, kto nie jest wystrojony w najlepsze kreacje. Co w pewien sposób dowodzi racji Kale.

Oczywiście wciąż istnieją projektanci, którzy zwracają uwagę zarówno na parkiet, jak i na sale konferencyjne, a moda wysoka zawsze szukała inspiracji w podziemiu. Ostatnie kolekcje dekadenckich ulubieńców pokroju Goshy Rubchinskiyego, Charlesa Jeffreya i Demny Gvasalii flirtują z tym podziałem. Rzucają wyzwanie najodważniejszym klubowiczom: zerwijcie z nowymi tradycjami i zabawcie się najbardziej formalnym tabu życia nocnego.

Można się kłócić, że gdy projektanci (tacy ci wymienieni powyżej) postanawiają poszaleć z klubowym krawiectwem w kancik, jednocześnie wyśmiewają niepisane reguły tego, co jest, a co nie jest akceptowane w na pozór otwartych miejscach. Wracają w ten sposób do czasów, w których w clubbingu liczył się hedonizm, a nie stan konta, tak jak na anarchistycznych imprezach Leigh Bowery.

Chodzi o to, że noszenie garnituru od Goshy jest satyrą, przywdziewaniem maski i puszczaniem oczka do codziennego horroru, który uprzykrza nam życie i który sprawia, że kluby znów nabierają znaczenia. To droga ironia.

Jednak ten rodzaj garnituru i jego właściciela, o jakim myślimy w tytule, jest pozbawiony ironii. Jego strój jest narzędziem kolonizacji. Sugeruje, że tak naprawdę otwarte, wyraziste poglądy, których doszukiwaliście się w clubbingu, mówią tylko tyle, co „pieprzcie się". To ryczący śmiech i wciąganie ścieżek koksu. To niechciane zaczepki i beznadziejne rozmowy.

Osobom w takich garniturach nigdy nie ufajcie. Ani w klubie, ani gdziekolwiek indziej.

Artykuł pochodzi z amerykańskiego wydania i-D.

Sprawdź też: