jamie xx to czołowy przedstawiciel nowego pokolenia dźwiękowych pionierów

Solowy album Jamiego xx jest jedną z najbardziej wyczekiwanych płyt 2015 roku. Od czasów didżejowania w ramach pierwszych Boiler Room do wygrania z the xx Mercury Music Prize w 2010 zmieniło się u niego wiele. Lecz podejście Jamiego do dźwięków...

tekst Paul Flynn
|
11 Marzec 2015, 9:57am

James wears jacket Carhartt WIP. T-shirt Gap.

W marcu 2014 roku Jamie xx puścił w eter dwie piosenki. Tym samym aktualizując swoje już budzące wrażenie portfolio młodego muzyka bardzo satysfakcjonującym zwrotem w karierze. Czy ten nieśmiały mieszkaniec Londynu Południowego naprawdę zamierza wpisać status solowej gwiazdy do swojego CV? Skoro i tak od dawna niezupełnie pasuje ono do jego introwertycznego sposobu bycia? Spośród swoich rówieśników, to właśnie Jamie wypracował brzmienie, które odbiło się najgłośniejszym echem w komercyjnych rejonach muzycznego świata. Tak wcale nie miało być. On sam nie zamierzał doprowadzić do takiego stanu rzeczy.

Treść tych piosenek dostarczyła nam poszlak wskazujących, że płyta solowa może być naturalną formą pracy dorywczej dla Jamiego. W tym momencie należy przypomnieć, co jest jego codziennym, „trójetatowym" zajęciem. Jamie udziela się na scenie muzycznej jako członek cudownego w swoim cichym usposobieniu indiepopowego trio the xx; remikser o nienagannym guście i wyróżniającym się dorobku; oraz przyciągający tłumy na całej planecie DJ. Wróćmy jednak do omawianych utworów. Pierwszy z nich, Sleep Sound, był bliskim potomkiem jego dokonań w obrębie the xx. Zaledwie o cale przesunął punkt skupienia z ich melancholijnego i ekscentrycznego brzmienia na dźwięki, które przystają do parkietu tanecznego widzianego z perspektywy Jamiego. Na jego uśmiech należy zasłużyć. Mi udaje się otrzymać jeden w nagrodę - za pytanie, czy swoim zdaniem ma unikalną umiejętność kreowania muzyki osadzonej na nietypowo nachylonej osi pomiędzy pełną grozy a ciepłą atmosferą. „Tak, wydaje mi się, że to właśnie mój talent" - odpowiada. Druga piosenka, Girl, to coś zupełnie innego. Jamie otworzył ją samplową inwokacją Czy wiesz, że jesteś najpiękniejszą dziewczyną w Hackney?, której nie towarzyszą żadne inne dźwięki. A następnie skonstruował intymny slow jam wokół sampla ze starego klasyka grupy Freeez, I.O.U. (Pragnę twojej miłości, daj mi swą miłość, dziewczyno). Ze wszystkich aranżacji stworzonych przez Jamiego, tej jest najbliższa lekko narkotycznej, ale podanej bezpośrednio postklubowej piosence o miłości. Dzięki swojej niezmąconej niczym urodzie, brzmi nieco jak kawałek, który wybrałby chłopak w t-shircie Palace do wyznania skrywanych uczuć. Tego typu dzieciak, który nie jest w stanie wykrztusić z siebie słów „Kocham cię", więc zamiast tego nagrał dla ukochanej mówiący wszystko mixtape. Jamie nie jest jednak skory do wskazania najpiękniejszej dziewczyny z Hackney. „Nie mogę ci powiedzieć, kim ona jest". Przyznaje za to, że sampel Freeez łatwo było zdobyć, bo prawa do dawnego hitu należą do wytwórni z którą jest związany, The Beggars Group. Dodaje też, że utwór Girl otworzył całkowicie nowy etap jego błyskotliwych przygód z muzyką.

 Gdzieś w okolicach premiery Girl, Jamie przestał iść w zaparte. I ogłosił, że tak, istotnie, jego praca poza the xx prawdopodobnie zaowocuje solowym albumem. Samotność mu zresztą pasuje. Mówi, że w studio przebywa zawsze sam, nawet bez inżyniera dźwięku. Zbliża się do skraju szaleństwa, czekając, aż coś wreszcie zaiskrzy. „Gdy zacząłem tworzyć Girl, a było to trzy lata temu, pomyślałem o nagraniu solowej płyty. Nie sądziłem jednak, że mi się uda. Potrzeba do tego mnóstwa czasu i wysiłku". A ograniczenia nagromadzały się tylko po tym, jak the xx osiągnęło globalny sukces. Dla nich stanowiło to zresztą ogromna niespodziankę. I podeszli do niego bez krztyny pazerności, co imponuje. „Wpadłem na pomysł, żeby zrobić mixtape i udostępnić go za darmo. To był sposób na oszukanie samego siebie. Żeby udało mi się przygotować na tyle dużo muzyki, by wystarczyło na takie wydawnictwo. A potem skupić się na przekształceniu zebranego materiału w długogrający album. Zasadniczo chodziło o to, żeby nie myśleć o samym procesie zbyt intensywnie. Miałbym tak z pewnością, gdybym założył od początku, że robię pełną płytę". Jego metody pracy są ciężkie, acz proste. Próbuje, próbuje i próbuje - aż wyjdzie mu coś, co wedle jego osądu będzie odpowiednie. Jak mówi, najlepszą muzykę tworzył w samolotach. Tam nic nie odciągało jego uwagi. Teraz zaszywa się w zakamarkach własnej samotności. „Naprawdę doprowadzam się do szaleństwa" - wyznaje.

Jamie jest częścią grupy bystrych, spokojnych i niepopisujących się młodych mężczyzn. Którzy swoim nastawieniem odcinają się od potrzeby wypuszczania w publiczny obieg każdej jednej myśli, cechującej obecne pokolenie. Ich przywiązanie do prywatności sprawiło, że są tym bardziej rozpoznawalni. Na tych chłopaków można się natknąć w sklepach muzycznych Phonica albo Kristina Records. Stoją sobie spokojnie przy ladzie, traktując wszystkich z uprzejmością. To wybredni poszukiwacze muzyki, przekopujący się skrupulatnie przez sieciowe zasoby nagrań. Swoje didżejskie sety układają ze zmysłowością i perfekcjonizmem, którego wymagałoby dyrygowanie orkiestrą odgrywającą skomplikowany recital. Ten rodzaj muzyków pojawił się w połowie lat 00. Narodził się jako kompletne przeciwieństwo nabuzowanego piwem, otumanionego narkotykami, szastającego pieniędzmi DJa-supergwiazdora. Buraka, który kręci się po lotnisku na Ibizie w hawajskiej koszuli. Jego gatunek trząsł muzyką taneczną przez ponad dekadę, a do didżejowania podchodził z tak bezmyślną radością, jakby wygrał główną nagrodę na loterii. Teraz każdy z DJów tej generacji wygląda trochę jak zdziadziały tatuś dance'u, którego wstyd puścić między ludzi. Nowym twarzom brytyjskiej muzyki tanecznej używki nie są do końca obce. Ale udaje im się prezentować interesującą postawę, całkowicie odmienną od bezrefleksyjnego hedonizmu. Mają też osobliwą tendencję do samobiczowania się. Wspaniały dualizm postaci Jamiego polega na tym, że to wirtuoz didżejskiej i producenckiej konsolety, który nie uważa się wcale za specjalnie uzdolnionego. „Zdarzają się sety, z których jestem szczerze zadowolony. Ale najczęściej wyczekuje z niecierpliwością tego, aż przydarzy mi się taki naprawdę świetny". To specyficzne napięcie towarzyszące działaniom Jamiego przekłada się jednocześnie na jasny, pełny dyskretnej nadziei akcent w jego muzyce. Artyści jemu podobni mają wiele wspólnego z duchem towarzyszącym klubom w rodzaju legendarnego manchesterskiego The Haçienda przed rozpowszechnieniem się w nich ecstasy. Zbierają wpływy różnych gatunków i łączą je ze sobą w wykazującym ich szerokie horyzonty stylu. Tych DJów i muzyków interesuje coś większego, niż miejsce na piedestale, pod dyskotekową kulą. Nie potrzeba im nic ponad zaciemnione pomieszczenie i informacje dostarczane przez wskaźniki didżejskiego sprzętu. Dla mnie brzmi to tak, jakby robili muzykę dla dziewcząt, które gdy ich świat rozpadł się znowu na kawałki, wybierają się wieczorem do klubów. 20 lat temu dziennikarze muzyczni łamaliby sobie głowy nad wymyśleniem gatunku, do jakiego mogliby dopasować ten nowy archetyp młodego twórcy. Najtrafniejszym określeniem, którego była w stanie dostarczyć nam dzisiejsza epoka sarkazmu, jest blubstep. I to okropna etykietka, celowo infantylizująca autentyczną muzyczną wrażliwość prawdziwych mężczyzn.

Jeżeli chodzi o nocne życie, Jamie stracił dziewictwo w klubie Mass w Brixton. Swoją mekkę odnalazł zaś w zamkniętym niedawno Plastic People. Tam zobaczył w akcji jednego ze swoich pierwszych bohaterów, Four Teta. Jednak niekoniecznie postrzegał kluby jako przestrzeń społeczną. „Dla mnie to była po prostu muzyka. Gdybym przebywał tam zupełnie sam, mógłbym się nią bardziej rozkoszować". Starsze pokolenie klubowiczów - które w latach 80 doświadczyło na własnej skórze wspólnotowych inklinacji i delirycznie pozytywnego nastawienia pierwszych herosów brytyjskiej muzyki dance - uznałoby taką wypowiedź za szokującą. Czy temu, że przychodził do ostentacyjnie społecznej przestrzeni po to, aby pozostać w samotności, nie wprawiało go w zawstydzenie? „Tak, zdarzało mi się to czasem. Ale jeśli byłem w takim miejscu, jak Plastic, nie miałem z tym żadnych problemów. Kiedy przyjdziesz tam sam, przebywanie w klubie staje się dzięki temu przyjemniejsze. I tak z nikim nie pogadasz, bo się zwyczajnie nie da. Jest tam ciemno i głośno".

To nieodłączna cecha charakteru Jamiego. On tak po prostu lubi. Kiedy pierwszy raz odkrył możliwości kryjące się w muzyce tanecznej i podekscytowały go one, nie był nawet chłopakiem sprzed lady w sklepie z płytami. „Nie, nigdy nie przesiadywałem w takich miejscach. A z powodu, że... wchodzenie w interakcje z ludźmi nie idzie mi za dobrze". Mimo to jest świadomy ironii tkwiącej w tym, że obecnie zajmuje się generowaniem ogromnych ilości krystalicznie czystej, imprezowej energii. Co więcej, pomysł zarabiania na życie dostarczaniem ludziom przyjemności ogromnie mu się podoba. „Możliwość grania muzyki, którą kochasz... I to, że możesz obserwować, jak bardzo przypada ona do gustu innym... Szczerze mówiąc, całkiem możliwe, że to najlepsza praca na świecie".

Sukces od zawsze zdawał się wulgarną antytezą wytrawnego podejścia nowego grona twórców - do którego należał Jamie - do nocnego życia. Przez co wydeptało ono równoległą ścieżkę prowadzącą do świata po zmierzchu. Bardziej refleksyjną, a mniej przewidywalnie celebracyjną. Ci młodzi artyści byli ponurzy nie z natury, tylko dlatego, że tak podpowiadał im instynkt. A jednak to właśnie oni stali się spadkobiercami długiej tradycji kultywowanej przez brytyjskich muzyków. Ich inkubatorami były niezależne wytwórnie. Tam pracowali nad talentami młodzieży mentorzy tacy jak Daniel Miller, Tony Wilson czy The BEF. I podsycali jej fascynację możliwościami, jakie generowało uprawiane rygorystycznie zderzanie ciemniejszej strony człowieczeństwa z nowoczesną technologią. Z Jamiem spędziłem urocze grudniowe popołudnie. Które rozpoczęło się w dużym pokoju w Peckham, a dalej rozwinęło się w wycieczkę taksówką do samego końca Cambridge Heath Road. Spędziwszy tyle czasu w jego towarzystwie, dowiedziałem się wiele. Jednak najwięcej powiedziała mi o nim historia o jego wujku. Pracował on w latach 90 w lokalnym oddziale stacji Kiss FM w Sheffield. Należał on do samej końcówki pokolenia wielozadaniowych DJów, którzy zajmowali się dosłownie wszystkim. Lecz ich potomkowie nie chcieli przejąć od nich tak przesadnie rozszerzonego repertuaru zadań. „Chodziłem do budynku rozgłośni. Wujek dawał mi płyty. Puszczał muzykę dance. Próbował skłonić mnie, żebym nagrał swój własny program radiowy. Ale ja nie chciałem mówić na antenie".

Internet służył mu zdecydowanie bardziej. Jamie stał się członkiem grupy chłopaków odpowiedzialnych za powstanie Boiler Room. Zajmowali się dostarczaniem słuchaczom skrojonych na miarę ich zapotrzebowania, wyrafinowanych setów didżejskich. Drogą z laptopa prosto do domów odbiorców. „Zacząłem z nimi współpracować właściwie wtedy, jak w ogóle zaczęła się cała inicjatywa. Gdy miała siedzibę w prawdziwej kotłowni. Uczestniczyło w tym tylko czterech kolesi, którzy zbierali się w zimnym pomieszczeniu niedaleko stacji Hackney Downs. Wcześniej miało tam magazyn Platform. I było całkiem fajnie. Wpadałem tam, gadałem z kumplami i słuchałem innych DJów". Swoje debiutanckie nagranie puścił w świat, kiedy miał 17 lat. „To był piąty, a może szósty Boiler Room".

Mimo że go nie szukał, stało się jasne, że sukces sam go znajdzie. Podczas sesji nagraniowej pierwszego albumy the xx - longplaya, który może okazać się w przyszłości tak ważnym dla obecnego pokolenia, jak Blue Lines, Technique lub Club Classics Vol.I dla ich rodziców - szef wytwórni płytowej Jamiego, Richard Russell, odwiedzał często studio. Russell jest akurat w takim wieku, że o włos nie załapał się jeszcze na stadionowy house. Który niejako zanieczyścił brytyjską tradycję rozwojowej i inteligentnej muzyki tanecznej. To właśnie z tego trendu wyłamali się chłopcy ze sklepu Phonica. Russell zarządzał XL Records we wczesnych latach działalności wytwórni. Był częścią dziejów tej muzyki. Podpisywał się pod dwunastkami zupełnie nieznanych artystów tworzących podwaliny breakbeatu, progressive czy techno. Wprowadzili oni dziedzictwo dyskotek na listy przebojów pop - w dość efekciarski i niezgrabny sposób. Gdy nadeszły czasy dominacji britpopu, wydawało się, że wyłącznie postaci takie jak Russell patrzą do przodu, a nie wstecz. Kładąc tym samym podwaliny pod XXI wiek. Epokę, w której klasyczne zespoły rockowe stały się reliktem historii. A miejska muzyka ponownie stała się kolebką futurystycznych rozwiązań, prowadzących nas w przyszłość. Trzeba tu nadmienić, że ulubionym nagraniem Jamiego z katalogu XL Records jest Gabriel Roya Davisa Jr. - wywołujący dreszcze, nawiedzony utwór. Który nadal brzmi tak, jakby stworzono go na innej, przypominającej bardziej Niebo planecie.

Jamie lubi Richarda. „Z jakiegoś powodu łatwo mi się z nim rozmawia" - przyznaje. „Pewnie dlatego jest tak dobry w tym, co robi. W końcu stworzył najlepszą niezależną wytwórnię płytową na świecie". Kiedy the xx nagrywało swój debiutancki krążek, Russell pracował nad albumem wskrzeszający muzykę Gila Scotta Herona, kanonizowanego ulicznego poety. Nosił on tytuł I'm Not Here. „Powiedział, że to dla niego bardzo inspirująca postać" - nadmienia Jamie. Seria wydarzeń, która nastąpiły potem - i w rezultacie zmieniły Jamiego w światową, radiową gwiazdę - prezentuje się doprawdy zadziwiająco.

Jamie przygotował album z remiksami utworów Gila Scotta Herona, We're New Here, w trasie, siedząc na tyłach busa the xx („potrzebowałem zajęcia, które odwracałoby moją uwagę od tęsknoty za domem"). Stworzona przez niego płyta spotkała się z większym uznaniem, niż oryginalna kompilacja Russella. Rihanna, będąca wtedy największą gwiazdą pop na Ziemi, pożyczyła sobie melodię z intro debiutu the xx. Użyła jej w Drunk on Love, kawałku otwierającym płytę Talk That Talk, która podbiła zaraz świat. Potem Drake, najbardziej utalentowany raper swojego pokolenia, wykorzystał podkład wyprodukowanego przez Jamiego remiksu Take Care Gila. Znajomo brzmiące uderzenia w bębny kotłowe i delikatny, urokliwy rytm narzucany przez pady. Pod koniec 2011 roku Drake zmienił ten utwór w rządzący listami przebojów popowy hit. 

Do tego świata Jamie wcale się nie wpraszał. „To było dziwne" - opowiada. Choć polubił Drake'a. „On jest taki miły. To świetny gość. I bardzo utalentowany. On, jego producent... wszyscy byli bardzo mili". Mechanizmy rządzące kontaktami z tym wykonawcą znacznie mniej przypadły mu do gustu. „To takie realia, że ludzie [z branży] mogą w pewnym sensie robić to, co im się żywnie podoba. Decyzji nie podejmuje tak naprawdę on, ale jego management i osoby pracujące dookoła niego. Branża muzyczna działa właśnie tak, jak nam wszystkim się wydaje. Na szczęście trzymano mnie z dala od tego, bo XL i Young Turks to najuprzejmiejsze wytwórnie na świecie. Cała ta sprawa zdawała mi się niesamowicie dziwna. Czuję się trochę winny z powodu, że na to pozwoliłem. Jednak nie miałem w sumie żadnego wyboru. Cieszyłem się, że Drake chce użyć tego utworu. I że spodobał mu się, gdy puściłem mu go pierwszy raz". W tej opowieści przytrafił się także upiorny zwrot akcji. Gil Scott Heron zmarł na sześć miesięcy przed tym, jak Drake przeobraził jego muzykę w zaskakująco współczesny przebój. „Z tego powodu było to dla mnie ważne. Bo w piosence pojawiał się głos Gila, a Gil zmarł przecież tak niedawno. Nie zniósłbym tego, gdyby to nagranie przerodziło się w taką zwyczajną piosenkę pop" - dodaje Jamie.

Obecność Russella u jego boku pomogła Jamiemu kultywować swój przesycony skromnością, a jednak astronomiczny talent do tworzenia muzyki. I to na każdym etapie niezwykłej przygody, w którą zmieniła się jego kariera. „Fakt, że mamy wokół siebie to wszystko, stanowi naszą wielką inspirację. Tak wiele uległo zmianie od czasu, gdy byliśmy zespołem grającym po pubach. To, że znaleźliśmy się w XL, poznaliśmy tylu innych artystów i dzięki nim mieliśmy szansę posłuchać różnych nowych rodzajów muzyki, kompletnie nas odmieniło. Bez tej otoczki muzyka nie byłaby tym, czym jest".

Dla Jamiego historia brytyjskiej muzyki tanecznej to świętość. Choć nie przyjmuje do wiadomości, że porusza się w jej ramach tak intuicyjnie, jak to w istocie robi. Nie uważa też, że koncepcja postrzegania transsubstancjacyjnej mocy parkietu tanecznego za podstawę swego rodzaju nowoczesnego systemu wierzeń, byłaby zbyt daleko idąca. „Nie, nie myślę wcale, że to błędny rodzaj myślenia. Martwi mnie tylko to, że im częściej wychodzisz na imprezy i próbujesz osiągnąć ten stan przeistoczenia, tym rzadziej się to zdarza. Nie wiem, ja sądzę, że to prawda. Ale mam nadzieję, że się mylę". 

Latem zeszłego roku Jamie xx wypuścił trzecią piosenkę. Która potwierdziła, że tak, jest na pewno gotowy stać się solowym artystą. All Under One Roof Raving to apogeum jego umiejętności - przestrzenna, odważna w swej epizodycznej strukturze basowa kompozycja. Upstrzona starannie wyselekcjonowanymi samplami odgłosów wydawanych przez imprezowiczów na dawnych rave'ach. Wydaje się ona próbą nakreślenia chronologii brytyjskiej kultury klubowej. A może i wskazać przyszły kierunek jej ewolucji. „Na rozwój muzyki tanecznej spoglądam przez pryzmat nostalgii. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o Wielką Brytanię. To bardzo bogata historia. Chociaż ludzie, którzy nie interesują się muzyką klubową, mają w zwyczaju ją pomijać. Mimo to stanowi ona ogromną część życia wielu osób. Nawet, jeśli nie są tego świadome".

Dla Jamiego dzieje muzyki tanecznej są wszystkim. Idea stojąca za All Under One Roof Raving była niezwykle prosta, ale jednocześnie wzniosła. „Zdaje mi się, że intencja była taka... Jeśli usłyszą ją w klubie starzy bywalcy imprez, to ogarnie ich nostalgia za dawnymi czasami A gdy usłyszą ją młodzi klubowicze, to wprawi ich w ekscytację jako świeży rodzaj muzyki elektronicznej". Dzięki tej piosence Jamie znalazł dla siebie nową, masową grupę odbiorców.

Kiedy spotykam się z Jamiem, siedzi zakopany po uszy w teksturach dźwiękowych, które zdefiniują brzmienie solowego debiutu Jamie xx. Choć jego towarzysze z zespołu, Romy i Oli, pojawią się oboje na tym albumie. Bo, jak sam twierdzi, po prostu muszą. „Nie sądzę, żebym był w stanie stworzyć całkowicie samodzielną płytę. Ponieważ tak wiele im zawdzięczam. Nie mógłbym nagrać krążka, na którym by nie wystąpili" - oznajmia. „Tak wiele zawdzięczamy sobie nawzajem".

jamiexx.com

Kredyty


Fotografia: Clare Shilland
Stylizacja: Max Clark
Asystent fotografki: Liam Hart

Tagged:
Jamie XX
Wywiady