j.w. anderson

Zdolny, utalentowany i trudno za nim nadążyć. Oto najbardziej fascynujący i ambitny projektant młodego pokolenia.

tekst i-D Staff
|
23 Lipiec 2015, 1:10pm

Edie wears all clothing Loewe

Lubi technikę kopiuj+wklej i żonglowanie przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Projekty Jonathana Andersona, zarówno dla jego własnej marki, jak i Loewe, z jednej strony wydają się znajome, z drugiej - jak nie z tego świata. „To taka tablica korkowa", mówi Jonathan o swojej okładce na 35. lecie i-D, „Pokazuje obiekty z mojego życia - moje rzeczy, moją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość". Design ten oferuje namiastkę jego charakteru i kreatywnej energii. „Jako przedłużenie demokracji, moda powinna ujmować powierzchownością. Te wszystkie obiekty mają dla mnie jakąś sentymentalną wartość, to momenty z mojego życia", podsumowuje.

Jonathan bardzo pewnie porusza się po bardzo delikatnym gruncie, jakim jest gust. Zawsze będą aspekty, które spodobają się jednym, a drugich kompletnie odrzucą, natomiast nikt nie przechodzi obok nich obojętnie. W świecie Jonathana, chwytający za serce rodzinny portret leży niebezpiecznie blisko dildo, ale on nigdy nie chce, abyśmy czuli się totalnie bezpieczni. „Jeśli się czujesz zbyt komfortowo, to jest oznaka zastoju, to znaczy, że nie robisz dostatecznie dużo i że się nie starasz", mówi. „W momencie, kiedy jesteś przekonany, że coś jest naprawdę niesamowite, to znaczy, że czujesz się zbyt komfortowo". Jeśli chodzi o kolekcję jesień/zima 15, poczucie dyskomfortu przyszło wraz z odkrywaniem Berlina z lat 80. „Istnieje jakieś uprzedzenie do lat 80.", stwierdził za kulisami pokazu. Już samo wspomnienie o tej dekadzie przyprawia wszystkich strażników dobrego gustu o ciarki. Ale nie Jonathana - jemu zależy na przywracaniu do życia tych motywów, które ludzie woleliby zapomnieć, o ile w ogóle są w stanie je pamiętać. J.W. odtwarza i przypomina wszystko, od błyszczących tkanin przetykanych złotymi nićmi, do bluzek z kołnierzykami, i kozaków na grubym obcasie, a robi to w sposób, który sprawia, że to wszystko nagle wydaje się atrakcyjne.

Jonathan w swojej twórczości przemierza przeróżne ery i kultury, sprawiając, że zaczynamy kwestionować przeszłość i z tęsknotą patrzeć w przyszłość. Efekt jest bardzo prowokacyjny i czasem „niewygodny", acz zawsze fascynujący. Prawdziwy talent Jonathana polega na dogłębnej znajomości świata mody oraz na umiejętności przewidywania trendów. „Jedną z moich największych frustracji związanych z krytyką mody jest fakt, że moda nigdy nie znaczy nic w danym momencie, tworzy się ją raczej na przyszłość". Pomimo świetnego wyczucia przeszłości i teraźniejszości, J.W. skupia się przede wszystkim na tym, co będzie jutro. I na pewno nie jest sam.

„Otwarcie mówię o tym, z kim współpracuję", mówi. „To nie jest show jednego człowieka. Mamy tu dwie marki, za którymi stoi grupa cholernie utalentowanych ludzi, z którymi pracuję. Na tym właśnie polega nowoczesność", tłumaczy projektant. „Benjamin Bruno jest osobą, z którą współpracuję już od dłuższego czasu. Nawzajem stawiamy przed sobą wyzwania, a nasze stosunki utrzymują się dosłownie na ostrzu noża - czasami bywa gorąco, ale to jest właśnie potrzebne. Wiemy, jak wytworzyć konflikt, ale to często w jego wyniku rodzą się pomysły. Każda marka modowa tak działa, nawet jeśli nie jest to widoczne. Potrzebujesz kogoś, kto będzie wprowadzał tarcie, energiczną iskierkę", dodaje.

Dni, gdy mnie i Jonathana dzieliło zaledwie kilka schodków (byliśmy sąsiadami), minęły bezpowrotnie. Teraz jest on rozchwytywany i trudno się z nim umówić. Tym razem rozmawialiśmy na Skypie i pomimo łącza, które pozostawiało wiele do życzenia, jak zwykle nie zawiodła jasność umysłu J.W. Siedzi właśnie w swym studiu na londyńskim Hackney, ale tak naprawdę mógłby być dosłownie wszędzie. Jego talent i energia odczuwalne są w całej Europie i nie tylko. Wraz ze swą autorską marką, jak i Loewe - projektant jest wszędzie.

Pomimo sukcesu, Jonathan nie przestaje wprawiać w zakłopotanie. Media mają skłonność do jasnego kategoryzowania ludzi, jednak jego nie da wrzucić się w żadną rubryczkę, jakkolwiek szeroka by nie była. Nieustannie się zmienia, ewoluuje, idzie naprzód. Został już nazwany wszystkim, od sprytnego stratega do twórcy obrazów i najbardziej interesującego projektanta. Jak w takim razie definiuje sam siebie J.W. Anderson?

„Niektórzy ludzie mnie błędnie odbierają i to jest najcięższa rzecz w świecie mody i mediów. Spotykam różne osoby, a oni mówią 'ojej, myślałem, że będziesz bardzo trudny w obejściu, makiaweliczny itd.'", mówi. „Ludzie źle interpretują, na czym polega ambicja i co znaczy prowadzić własny biznes. Nie jest łatwą rzeczą nadążyć za wymaganiami stawianymi dziś przed projektantami, podołać presji i dotrzymać kroku systemowi, który porusza się z niebywałą prędkością". Trudno się z tym nie zgodzić. Obecnie, między dwiema markami, J.W. Anderson i Loewe, Jonathan projektuje dziesięć kolekcji rocznie. „Dzięki temu prosperuję", przyznaje. „To się może zmienić, jak będę starszy, ale na ten moment bardzo lubię codzienne wyzwania. Jestem wielkim szczęściarzem, że dano mi dojść do głosu w tym wielkim świecie".

„W momencie, gdy ponosi cię prąd rzeki, to płyniesz tak szybko, że przestajesz zauważać, co dzieje się dookoła", dodaje. „To była dosyć surrealistyczna podróż, ale wymagała też wiele pracy. Koniec końców to rywalizujesz sam ze sobą, co może być zarówno wielką frajdą, jak i niebezpieczeństwem, bo nigdy nie będziesz do końca zadowolony". Dla Jonathana podstawowym kryterium stanowi etyka pracy oraz czyste przekonanie. Naprawdę niewielu jest ludzi o podobnej ambicji i energii, co on.

„Co mnie czasami frustruje i między innymi dlatego przestałem czytać o sobie, to że ludzie twierdzą, że wziąłem się znikąd i zostałem podany na srebrnej tacy", mówi. Każdy, kto śledził jego rozwój pod skrzydłami londyńskiego Fashion Weeku i kolekcji męskich, wie, jak krzywdzące są takie stwierdzenia. Nasze pierwsze spotkanie odbyło się w kultowym butiku Two See w londyńskim Covent Garden podczas prezentacji kolekcji jesień/zima 08. To niesamowite zobaczyć z perspektywy czasu, jak daleko zaszedł od tamtego momentu.

Czy sukces go zmienił? „Wyostrzyły mi się zmysły, skupiam się jeszcze bardziej i muszę szybciej podejmować decyzje", mówi J.W. „Dla mnie chodzi o konkretną chwilę, nie mogę się rozpraszać. Nie mogę sobie wychodzić i się każdej nocy upijać, trzeba znać swoje limity. Wychowała mnie babcia i zaszczepiła mi umiar we wszystkim. Nawet w pracy trzeba mieć umiar. W tej akurat należy brać odpowiedzialność, bo tak naprawdę chodzi o ludzi. Masz zobowiązania wobec fabryk, pracowników, ale też z drugiej strony nie można za dużo o tym myśleć, bo jak mówi moja matka, 'nie możesz zjeść całego słonia, bo może cię przygnieść'", dodaje ze śmiechem.

Gdzie zatem Jonathan widzi siebie i swoją autorską markę za 35 lat? „Mam nadzieję, że J.W. Anderson będzie marką na pewnym gruncie, a ja nadal tu będę", podsumowuje. „Prawdopodobnie będę pracował aż do dnia, w którym mnie pochowają. Ludzie kreatywni są uzależnieni od kreatywności, ona trzyma ich przy życiu". Trudno się z nim spierać. @jw_anderson

Zobacz też: Alexander Wang to najmłodszy wyjadacz w świecie mody.

Kredyty


Tekst: Steve Salter
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcie: Alasdair McLellan 
Stylizacja: Benjamin Bruno
Włosy: Malcolm Edwards z Art Partner
Make-up: Lynsey Alexander ze Streeters London, kosmetyki Estée Lauder
Paznokcie: Jenny Longworth z CLM, kosmetyki Chanel S2015 & Body Excellence
Tło: Andy Hillman ze Streeters
Asystenci fotografa: Lex Kembery, James Robjant, Matthew Healy
Asystenci stylisty: Natalie Cretella, Shaun Kong, Natasha Arnold
Asystenci stylisty fryzur: Jason Lawrence, Rebekah Calo
Asystentka make-upistki: Camila Fernandez
Asystent scenografa: Sam Overs
Retusz: Output Ltd
Modelka: Edie Campbell z Viva London