uroda w punkowym wydaniu

Makijażystka Maxine Leonard i dyrektorka kreatywna Valerie Wickes stworzyły ostoję oryginalności i autoekspresji, w której nie zabrakło rysunków Grace Coddington z kotami.

tekst Alice Newell-Hanson
|
05 Grudzień 2016, 5:50pm

Słuchając, jak Maxine Leonard opisuje wczesne numery i-D i The Face ułożone zgrabnie na półkach w jej londyńskim domu, można wyobrazić sobie, jak za jakiś czas inny kolekcjoner będzie tym samym zachwyconym tonem opowiadać o jej własnym magazynie, Beauty Papers. „Podczas studiów na London College of Fashion biegałam do biblioteki oglądać nowe okładki i-D z przymrużonym okiem", wspomina. Magazyn najpierw pochłaniała od deski do deski, wertując go poplamionymi od tuszu palcami, a następnie nosiła go ze sobą, powoli analizując każdą stronę, aż wszystkie rogi były pozaginane.

Super optymistyczny i tryskający pomysłami Beauty Papers czyta się zupełnie tak samo. Na jednej z sześciu różnych okładek numeru 2. z twarzy londyńskiej projektantki Claire Barrow bije szeroki uśmiech i rozmazany akwamarynowy cień do powiek. Inna wersja ukazuje zawadiackie uśmieszki, narysowane przez artystów Jake'a i Dinosa Chapmanów. Przerzucając strony numeru znajdziecie: fantastyczne portrety tancerzy Royal Ballet w trakcie tańca, odę do antykulturowego fryzjerstwa legendy branży Christiaana, próbki z fotodziennika nowofalowej makijażystki z lat 90. Marli, esej o kupie, sześć pomysłów na kiczowate, lecz sprytne uczesania fryzjerki Holli Smith, przemyślenia psychoanalityczki Susie Orbach na temat postrzegania siebie, portrety londyńskiej młodzieży uznanego kronikarza subkultur Dereka Ridgersa i ilustrację-autoportret Grace Coddington masowaną przez swoje koty - Blanketa i Pumpkin.

Magazyn łączy w sobie inteligencję z obrazami, które chcesz wyrwać i przykleić na ścianę. Beauty Paper przypomina nam, że uroda to nie komercja przez duże K - ma wiele twarzy, bywa kontrowersyjna i dotyczy wszystkiego od polityki po wybór codziennych kosmetyków. Maxine - której prace pojawiły się na łamach i-D oraz niemalże w każdej edycji Vogue'a na świecie - podzieliła się z nami swoim manifestem i powiedziała o wadze wolności w procesie twórczym.

Jak zrodził się pomysł na Beauty Papers?
Jestem makijażystką i branża napawała mnie frustracją. Brakowało mi w niej obserwacji i wyzwań w pracy w prasie. Wracając do domu ze służbowego wypadu do Paryża rozmawiałam z Valerie Wickers i okazało się, że ją również interesuje stworzenie czegoś własnego. Tak narodziło się Beauty Papers. Miałam nazwę, wiedziałam co chcę powiedzieć i co chcę podważyć, a Valerie zgodziła się zostać dyrektorka kreatywną. Jestem naczelną i publikujemy wspólnie.

Co cię frustrowało w branży urodowej?
Czułam że jej wydźwięk jest bardzo płytki. Odebrano głos marzycielkom - które my reprezentujemy - z powodu ograniczeń reklamodawców i ogólnego klimatu panującego w branży. Nie sprzeciwiamy się komercji, ale kiedy angażujemy się we współpracę z markami, to staramy się, żeby rozumiały one, że to my dostarczamy treści i my prowadzimy z nimi negocjacje i tak odnajdujemy wspólny głos. Pracując nad edytorialem wolność jest niezbędna. Uroda też może być upolityczniona, nie dlatego, że jest prowokacyjna, ale dlatego, że zmusza do przemyśleń. Myślę, że tego elementu wyzwania często brakuje. Pracujemy więc ze współpracownikami tak, że pozostajemy otwarci na kreatywność. Mówimy im jaka jest nasza stylistyka i jak chcemy podejść do tematu. Wtedy oni podchodzą do sesji bez ograniczeń. Nie ma budżetu, bo nie ma reklam - ale robisz coś, co kochasz.

Jak zarządzasz współpracownikami przy każdym z numerów?
Lubię pracować z młodym pokoleniem, ale zależy nam też na autorytetach. Na początku stworzyłam makietę, moją wymarzoną wersję magazynu. Wysłałam ją do Serge'a Lutensa, a on odpisał listownie. Wydrukowaliśmy jego odpowiedź na tylnej okładce zerówki. Przy okazji numeru 1. zaprosił mnie do Marakeszu na spotkanie. Do numeru 0. miałam też okazję przeprowadzić wywiad z Christiaanem czy ze Stéphanem Marais. Zależy mi na wyszukiwaniu ludzi, którzy siedzą w branży już jakiś czas. Wszyscy oni mówią o „drużynie", przyjaźni i wsparciu. Stéphane Marais mówi o tym jak z Francoisem Narsem i Kevinem Aucoinem pomagali sobie nawzajem z asystentami i produktami. Christiaan opowiadał o pracy z Antonio Lopezem i Arthurem Elgortem - takie długofalowe relacje są bardzo w cenie. Wszyscy skupiają się teraz na tym kto jest na topie, a potem szybko skupiają uwagę na kimś nowym. Utrzymywanie relacji i budowanie społeczności to wartości, które są dla nas w Beauty Papers najważniejsze. 

Podoba mi się pomysł porzucenia granic. Czy macie jakiekolwiek wytyczne, jeśli chodzi o podejmowane tematy?
Właśnie to podoba się naszym autorom. Ludzie przychodzą do nas, bo chcą podważyć stereotypy, otwarcie mówić o chorobach skóry czy deformacjach, pokazać coś z drugiego końca spektrum. Patrząc na wydarzenia polityczne z ostatnich miesięcy można dostać depresji. Myślę, że głos artystów jest nam potrzebny. Chcemy być wysłuchani, chcemy walczyć o nasze prawa. Nie ma żadnych granic. Dajemy artystom wolność ekspresji, w przeciwnym razie nie ma fermentu.

Wybrałaś już temat 3. numeru?
Chcemy zakwestionować to, czego ludzie oczekują od Beauty Papers i zrobić coś zupełnie innego. Ostatnio tematem był „ruch" - ludzie, którzy współpracują w celu rozwoju społecznego, politycznego czy kreatywnego. Myślę, że ludzie uznali, że temat ten był nieco surowy. Teraz chciałabym zakwestionować znaczenie słowa „piękny". Zbadam słowa, które u młodego pokolenia wywołują mdłości - „harmonijny", „wyborny", „zachwycający". Potrzebujemy czegoś pozytywnego. Wszyscy dotkliwie odczuwamy to, co się teraz dzieje. Nie mamy pieniędzy czy reklamodawców, ale podważanie stereotypów piękna mieszcząc się we własnym budżecie to istota Beauty Papers. Trzeba o to trochę zawalczyć. Ale to właśnie walka pobudza apetyt.

Brzmi jak Terry i Tricia, kiedy zakładali i-D.
Pracowałam już z i-D, te okładki to istne ikony. Pamięta się o nich na zawsze. Ludzie tacy jak Judy Blame i Mark Lebon inspirują mnie do dziś. Ostatnia moja sesja do i-D odbyła się właśnie z Markiem Lebonem w jego garażu przy mojej ulicy. Ekscytacja nigdy nie opada, to od nich wszystko się zaczęło. Mark zrobił dla nas sesję do numeru pilotażowego. Chodzi o stałą współpracę z tymi, którzy wprowadzili nową jakość i nadal to robią. i-D jest nadal częścią mojego życia. Myślę dużo o punku, nie estetyce, ale esencji - walić system.

Dlaczego skupiłaś się na druku, a nie na publikacji internetowej?
Uważam, że jeśli chce się być opiniotwórczym tytułem, powinno się to robić przez obiekt, namacalny i fizyczny, taki który możesz trzymać w ręku. Będąc na studiach kupowałam The Face i i-D, których druk był naprawdę do bani, na palcach zostawał tusz. Jest w tym coś niesamowitego, gazeta staje się częścią was. Przewijanie milionów zdjęć ma taką wadę, że nie myśli się o niczym przez dłuższą chwilę, niczego się nie docenia. Instagram to tak naprawdę bitwa o popularność na placu zabaw. Uderza w dialog. Od zawsze miał to być tylko print. Nigdy nie przedrzemy się do mass mediów i chyba tego nie chcemy. Jeśli o nas usłyszeliście, to znaczy że porządnie poszperaliście.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Które projekty w numerze 2. były dla ciebie najciekawsze?
Współpraca z Derekiem Ridgersem, którego prace podziwiam od zawsze. Pracowaliśmy razem z The Royal Ballet. Powrót Christiaana też wiele dla mnie znaczył. Wkład Dicka Page'a i Lisy Butler też miał dla mnie osobiste znaczenie - kiedyś byłam ich asystentką. Uwielbiam, kiedy ludzie dają ci coś, co jest im bliskie. Każdy z naszych współpracowników włożył w projekt całe swoje serce. O to właśnie chodzi, dzięki temu przetrwamy.

Jeśli ktoś pewnego dnia przekartkuje wczesne numery Beauty Pages, jakie przesłanie będzie z nich płynęło?
Mam nadzieję, że nie będzie to jedno przesłanie. Jestem mamą, mam 6-latkę. Chodzi do szkoły, po czym przyprowadza do domu koleżanki i razem robią dzióbki do selfie. Nie wiem, skąd to wzięła. Martwi mnie głos płynący z branży. Myślę, że dawanie komuś wolności i wyboru jest czymś szczególnym. Zaczęłam z Val szukać duszy i mam nadzieję, że to widać. Nadal odwalam dużą część pracy przy kuchennym stole!

beautypapers.com

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst Alice Newell-Hanson
Zdjęcia Beauty Papers

Tagged:
Kultura
uroda
Ziny
beauty papers
maxine leonard
valerie wickes
magazyny