anty-album, którego potrzebowaliśmy

Ósma płyta Rihanny okazała się idealnym podsumowaniem przygnębiającej atmosfery tego roku.

tekst Salvatore Maicki
|
29 Grudzień 2016, 4:00pm

photography paolo roversi

Mniej więcej w połowie albumu „ANTI" Rihanna nagle zbacza z kursu i wstępuje na niespodziewaną ścieżkę. Śpiewa sześciominutowy cover piosenki Tame Impala „New Person, Same Old Mistakes" bez zmian w ścieżce dźwiękowej. Żadna kwestia związana z wydaniem „ANTI" nie była tak zbijająca z tropu, jak ta. Czekaliśmy na jej nową płytę trzy lata, żeby posłuchać piosenki Kevina Parkera w wersji karaoke?

Gdy „ANTI" nagle się ukazało, wielu miało podobne odczucia — przeważało zdezorientowanie i zawiedzione oczekiwania. Od debiutu w 2005 roku Rihanna wydawała albumy niemal co roku, a każdy z nich zawierał przynajmniej jeden murowany hit. Prędkość, z jaką rozwijała się jej kariera, utrzymała ją na szczycie, ale obróciło się też przeciwko niej — sama ilość jej singli, ich dostatek, zmieniły muzykę Rihanny w towar, zamiast w spójne dzieło artysty.

Rihanna po siódmym albumie „Unapologetic" z 2012 roku zniknęła z radia, a wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że czeka nas coś wielkiego. Na początku 2015 roku zaprosiła Kanyego Westa i Paula McCartneya do prostego singla „FourFiveSeconds", który zwiastował wielki powrót. Potem nagrała trapowe „Bitch Better Have My Money" i patriotyczne „American Oxygen". Żadna z tych piosenek nie przypominała typowego singla Rihanny i nie znalazła się na albumie.

Być może te falstarty napełniły słuchaczy cynizmem, a może tajemnicza kampania Samsunga poprzedzająca wydanie krążka, pozbawiła go pewnej autentyczności. Ale gdy w końcu „ANTI" nagle wyciekło do sieci 28 stycznia, wydawało się dość nieoficjalne, nawet jakby niedokończone. Wiele kawałków miało zaledwie minutę lub dwie długości, a najdłuższa piosenka okazała się sześciominutowym coverem. Poza „Work" żaden kawałek nie brzmiał jak radiowy hit. Rihanna na początku udostępniła album fanom za darmo, jeszcze bardziej zaniżając jego wartość w naszych oczach. Dlaczego ta wysokobudżetowa, popowa produkcja była traktowana jak mixtape? I czemu Rihanna tak właściwie się sprzeciwiała tym złowieszczym tytułem „ANTI"?

Tydzień później Beyoncé wypuściła kawałek „Formation", zwracając na siebie całą uwagę mediów. Jednak w kolejnych tygodniach „Work" wspinało się na szczyty list przebojów, ostatecznie okupując pierwsze miejsce przez 9 tygodni. Teraz mamy koniec roku, a „ANTI" niespodziewanie króluje również w podsumowaniach najlepszych albumów 2016 roku — chociaż te same media wcześniej krytykowały płytę. Larry Fitzmaurice z Vice napisał na Twitterze: „Bardzo myliłem się co do 'ANTI' po jednym odsłuchaniu. Na początku myślałem, że to kiepska płyta. A teraz przesłuchałem jej już z 600 razy".

Na pozór wydawało się, że „ANTI" brakowało pewnej znajomej struktury, a jednak dopiero dostrzegamy, jakie krążek miał założenia. Opowieść z „ANTI" jest bardzo poważna, trzeba się wysilić, żeby ją rozszyfrować, tak jak w przypadku wypukłego tekstu zapisanego alfabetem Braille'a na okładce. Rihanna zaczyna od „Consideration", wręcz szkolnej przyśpiewki, która czerpie garściami od Lauryn Hill u szczytu formy. „Proszę, daj mojemu odbiciu odpocząć od bólu, który teraz czuje", śpiewa. Rihanna, chociaż wielokrotnie odważnie zmieniała wizerunek, została zaszufladkowana jako nasza zadziorna kumpela, która lubi sobie zapalić skręta i wygląda zachwycająco, nawet jeśli przechodzi emocjonalnie ciężkie chwile. Jednak w samej książeczce dołączonej do albumu nie ma zdjęć Rihanny, zupełnie jakby zmuszała nas, żebyśmy posłuchali i oddzielili to od znanego wizerunku.

Jak więc poradziła sobie z oczekiwaniami, zarówno świata zewnętrznego, jak i wewnętrznego? Paląc jointa w drugim, aksamitnym kawałku „James Joint". Nie ignorujcie jego pozycji: niepozorny kawałek jest zarówno odpoczynkiem po otrzeźwiającym „Consideration", jak i przymrużonym okiem (a nawet dwoma),  przez które powinniśmy patrzeć na resztę „ANTI". Cokolwiek Rihanna powie, zostanie to spowite gęstą chmurą dymu ze skręta, będzie to upalonym strumieniem świadomości z nocy z najbardziej pożądaną piosenkarką naszych czasów. Jej haj zaczyna się od cudownej ballady „Kiss It Better". To bez wątpienia nawiązanie do twórczości Prince'a. Fenty wije się przy głębokich, kłębiących się dźwiękach syntetyzatora. Gitarowy riff Nuno Bettencourta od razu wpada w ucho. Chociaż Rihanna zawsze była na pewien sposób prowokacyjna, nigdy jeszcze nie brzmiała tak pewnie siebie, jak gdy zaśpiewała: „Man, fuck your pride" (stary, pieprzyć twoją dumę).

Od tej chwili jej gniew tylko rośnie. We wspaniałym dancehallowym singu „Work" w pełnej okazałości prezentuje swój ojczysty język kreolski z mocnym barbadoskim akcentem. Kawałek jednocześnie odzyskuje karaibskie brzmienie, które tak często ostatnio podrabiano i roztrzaskuje wyświechtany wizerunek smutnego Drake'a tekstem: „meh nuh cyar if him hurt hurt hurt hurt hurtin'" (nie interesuje mnie, czy on cierpi cierpi cierpi). W kolejnej odsłonie prezentuje zupełną oziębłość emocjonalną w ostrym jak brzytwa „Desperado". Jej frustracja sięga zenitu w chaotycznym „Woo", a w lodowatym „Need Me" DJ-a Mustarda mówi swojemu kochankowi i słuchaczom, co naprawdę ma dla niej znaczenie. Żeby udowodnić swoje racje, dobija jeszcze swojego przybitego kochasia „Yeah, I Said It", w którym wzywa kogoś innego na seks bez zobowiązań. W „Same Ol' Mistakes" zapala następnego skręta, włącza ulubioną piosenkę Tame Impala i nalega, żebyśmy traktowali jej muzykę, jak naszą własną, żeby ona mogła zrobić to samo. W kontekście „ANTI" ten kawałek iskrzy, idealnie oddaje rozczarowanie. „Wiem, że sądzisz, że to fałszywe", mruczy, „ale może to właśnie lubię".

„ANTI" kończy się trzema smutnymi, klasycznie soulowymi kawałkami. W „Love on the Brain" cierpi i jest „posiniaczona", żeby móc dalej być ze swoim ukochanym. „Higher" jest chyba najlepszą, skondensowaną formą tej desperacji, łamiącą serce prośbą do jedynej osoby, która jest lepsza niż wszystkie używki. W „Close to You" okazuje się jasne, że „ANTI" nie będzie miało szczęśliwego zakończenia. Płyta staje się dzięki temu bardziej ludzka. Słuchacze domagają się wszystkiego podanego na tacy: politycznego przesłania w popowych piosenkach oraz bogatych, konceptualnych teledysków. A Rihanna dała nam coś zupełnie innego. Zamiast tego podarowała nam coś o wiele cenniejszego: zarys persony, którą pomogliśmy ukształtować, oraz cienie, które rzuca. „ANTI" mimo początkowych problemów, wytrzymało próbę czasu i okazało się niesamowitym streszczeniem poczucia smutku w 2016 roku w pigułce.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Salvatore Maicki
Zdjęcie: Paolo Roversi [i-D The Music Issue]

Tagged:
2016
muzyka
Anti
płyta