byłam chora psychicznie

23-letnia fotografka utrwaliła swoją drogę od od zaburzeń odżywiania, uzależnienia od narkotyków i depresji do samoakceptacji.

tekst Alice Joiner
|
11 Styczeń 2017, 3:25pm

Życie z chorobą psychiczną jest straszne i samotne. Wiem to, ponieważ przez 5 lat borykałam się z zaburzeniami odżywiania, depresją i uzależnieniem od narkotyków, które przejęło kontrolę nad moim życiem. W tamtym okresie podświadomie odnalazłam sposób na uzewnętrznienie mojego cierpienia. Chociaż nieme medium fotografii mnie zainteresowało i urzekło, przez wiele lat z nikim nie podzieliłam się zdjęciami, które wtedy robiłam. Przez dłuższy czas zgromadziłam pokaźną ilość prac, które pokazują moją rzeczywistość i wyjście z dołka. Zdjęcia te odcisnęły swoje piętno na wszystkim, co teraz robię jako artystka i kobieta.

Mam 23 lata i wkrótce miną już cztery lata, odkąd wyzdrowiałam. Pierwsze zdjęcia zrobiłam jeszcze jako nastolatka w szkole z internatem w Brighton. Podobało mi się przesiadywanie w ciemni i mozolna, powolna praca nad odbitkami i negatywami. Działało to na mnie kojąco, mogłam się tam ukryć przed światem w tym najtrudniejszym okresie mojego życia. Dokumentowałam chorobę, ale nigdy nie pokazałam tych zdjęć nikomu z ludzi, którzy mnie otaczali.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Choroba mnie zaślepiła, nie rozumiałam nawet, że coś było ze mną nie tak. Nie widziałam tego, jednak miałam przeczucie, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Czułam się źle we własnej skórze. W szkole nie uczono nas o zaburzeniach odżywiania czy chorobach psychicznych, nie miałam pojęcia, że można się na to leczyć. Przez lata nie zdawałam sobie sprawę, że na nie cierpię.

Mój świat był czarno-biały. Robiłam ogromne czarno-białe rysunki, czarno-białe zdjęcia, ubierałam się na czarno. Rysowanie i praca w ciemni wymagają dużo pracy, cierpliwości i czasu. Od czasu wyrwania się ze szponów choroby nie mam ochoty pracować z tymi środkami wyrazu. Po prostu kojarzą mi się z odzyskiwaniem kontroli i ucieczką od świata. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie mam zamiaru do nich powrócić, jednak na ten moment nie dają mi one tego, czego potrzebuję. Prace z tamtego okresu mają charakter stopklatki i uważam, że dzięki temu są one piękne. Uchwyciłam w nich chwile, mają one w sobie więcej mocy i energii niż cokolwiek, co zrobiłam przedtem.

Kiedy zaczęłam stawiać pierwsze kroki ku wyjściu z choroby, światło i kolor były dla mnie najbardziej fascynującymi doświadczeniami. Nigdy wcześniej nie byłam w stanie w pełni docenić piękna leczniczych właściwości tej sfery życia. Żyjąc przez tyle lat w chaosie, w końcu uczysz się zwolnić, zauważasz to, co przez tyle lat ci umykało. Dla mnie były to wszystkie doświadczenia w życiu, którymi przedtem nie potrafiłam się cieszyć. Uczyłam się i zgłębiałam swoją osobowość. Dzięki temu mogłam być znowu wrażliwa, otworzyłam się na ludzi.

Przez ostatnich parę lat otworzyłam się i zrozumiałam cykliczną naturę życia. Jest ono mieszanką przyjemności, bólu, miłości, strachu, przebudzenia, cierpienia i głębokiego poczucia sensu wszystkiego, co robię i fotografuję. Relacje ludzi, seksualność, kobiety, związki, intymność i leczenie napędzają moją kreatywność. Nigdy nie przestaną mnie inspirować rzeczy, które odzwierciedlają to w moim życiu. Mój ból, trauma i rekonwalescencja wywarły wpływ zarówno na moją pracę jak i na wszystkie decyzje, które podejmuję.

Dzisiejszy świat narzuca kobietom rywalizację. Rozkazuje nam, jak musimy wyglądać, co kupować. Mówi, że musimy mieć dużo pieniędzy i znać właściwych ludzi - wszystko po to, żeby osiągnąć szczęście i spełnienie. Typowy obrazek kobiety w mediach uczy nas, że musimy być piękne, chude, wysportowane i wydepilowane. Uczy się nas życia w odosobnieniu, zamiast zwracać uwagę na rolę wspólnoty w czasach, kiedy poczucie siostrzeństwa jest ważniejsze niż kiedykolwiek. Fantazjujemy o innych, zamiast próbować osiągnąć coś samemu, skupiamy się na tym, czego nam brakuje, wciąż powiększając listę rzeczy, które chcemy mieć. Codziennie konfrontujemy się z wizerunkami innych w mediach społecznościowych. Odstają one od rzeczywistości, a mimo to wierzymy, że tak naprawdę wygląda ich życie.

Jako fotografka mam obowiązek pozostać wierną swoim zasadom, będę się skupiać na fizyczności, intymności i interakcji z innym człowiekiem. W miarę jak wyszłam z tego trudnego okresu, moje prace i sposób w jaki postrzegam siebie uległy zmianie. Fotografowałam swoje ciało, żeby móc je zobaczyć z zewnątrz i zaakceptować. Czułam się zdrowiej, bardziej seksownie, bardziej kobieco i lżej. Zaufałam temu, co się dzieje. Kiedy teraz robię sobie zdjęcie - co zdarza się już niezbyt często - robię to, żeby uczcić specjalną okazję.

Moje ciało opowiada historię i jestem z tego dumna. Staram się go nie krytykować, dlatego że walczyłam ciężko, żeby zwalczyć swoje demony. Przeżyłam istne piekło i wiele razy byłam pewna, że to już koniec. Dlaczego miałabym teraz nie lubić swojego ciała? Jeśli nie ja miałabym być w swoim ciele, to kto? Nigdy nie czułam się silniejsza i piękniejsza niż teraz. Teraz mogę się z wami podzielić tym, co stworzyłam i czego się nauczyłam. Mam nadzieję, że uda mi się zmienić negatywny stosunek społeczeństwa do zaburzeń psychicznych i szkodliwy sposób przedstawiania kobiet w mediach.

Kobiety mają kreatywność we krwi. Jest to dla mnie przywilej, że mogę wyrazić siebie i utrzymywać się z mojej twórczości. Jednocześnie chcę zmienić dialog otaczający temat ludzi i kobiet. Zwolniłam tempo i nauczyłam się milczeć, dzięki temu odnalazłam w sobie źródło entuzjazmu i kreatywności, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Ma je każdy z nas, wystarczy je w sobie odnaleźć i czerpać do woli. Leczenie i nauka samoakceptacji nauczyło mnie, że prawdziwego szczęścia nie da ci nic poza tobą samą. Nikt i nic nie jest w stanie dać ci więcej, niż możesz sobie dać sama".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst i zdjęcia Alice Joiner

Tagged:
opinie
Kultura
Zdrowie Psychiczne
alice joiner