znamy drugie dno zakończenia „dziewczyn”

Lena Dunham nie wymyśliła zakończenia swojego serialu sama, sięgnęła po nie aż do lat 80.

tekst Rory Satran
|
20 Kwiecień 2017, 3:20pm

W końcowej scenie sztuki „The Heidi Chronicles" (1988) autorstwa Wendy Wasserstein jego feministyczna, samotna bohaterka buja w domu dziecko i wreszcie czuje się spełniona, śpiewając cicho „You Send Me" Sama Cooke'a. To zakończenie na pewno mówi coś wszystkim, którzy oglądali ostatni odcinek serialu „Dziewczyny", w którym zobaczyliśmy zbliżenie anielskiej twarzy Hanny Horvath, karmiącej piersią swojego synka, Grovera. Te bliźniacze sceny rozegrały się w fikcyjnych światach, które dzieli niemal 30 lat.

W pierwotnej odsłonie „The Heidi Chronicles" w przeciętną baby-boomerkę wcieliła się Joan Allen. Jej rozwój pokazany jest na tle burzliwych zmian w Ameryce w drugiej połowie XX wieku. Pod koniec historii Heidi staje się wziętą historyczką sztuki, przyjaźni się z gejem i sama adoptuje dziecko w Nowym Jorku lat 80., pełnym yuppies i konkurencji. Była prototypem silnej, lecz wrażliwej kobiety, która stała się własną parodią w takich serialach, jak „Will i Grace" i „Seks w wielkim mieście". Te seriale z czasów po emancypacji pokazywały kobiety mocujące się z życiem jak z Tetrisem, starające się dopasować wszystkie klocki: mężczyznę, przyjaciół, karierę, rodzinę i pieniądze. Większość humoru „Dziewczyn" brała się z tego, że bohaterki nie borykały się z tymi dylematami, a raczej zakładały, że wszystko się jakoś ułoży, bo kobiety takie jak Heidi już odwaliły brudną robotę.

Mel Gussow napisał w recenzji sztuki z 1988 roku: „Ona po prostu chce być Heidi, ale zamiast spełnienia osiąga co najwyżej ambiwalencję, utożsamia się z Hefalumpem z 'Kubusia Puchatka'". Zamieńcie tutaj imię „Heidi" na „Hannah", a otrzymacie świetne podsumowanie wyboistej drogi do samorealizacji, którą Lena Dunham nakreślała w serialu przez ostatnie sześć lat.

Mimo wszystkich podobieństw Heidi była o wiele bardziej uporządkowana niż Hannah. Dla Wasserstein zakończenie na wpół autobiograficznej sztuki pojawieniem się dziecka było mocnym manifestem kobiecej niezależności i początkiem matriarchatu (sama Wasserstein urodziła dziecko dość późno, a ojciec pozostał nieznany.) Gdy Lena Dunham odtworzyła tę scenę trzy dekady później, pojawiła się w niej pełna przypadkowość, która pasuje do drogi Hanny. Zamiast świadomie podjąć decyzję o założeniu rodziny, Hannah wpadła na macierzyństwo tak, jak wcześniej wpadła na posadę na uniwersytecie, gdzie będzie uczyć studentów „pisać do internetu". Przez sześć lat „Dziewczyny" badały ambiwalencję, która wynika z mnogości wyborów stojących przed pokoleniem Wasserstein.

Gdy sztuka wróciła na Broadway w 2015 roku razem z Elisabeth Moss (Peggy Olson z „Mad Men") w obsadzie, Dunham była zachwycona. „Sztuka Wendy Wasserstein stanowi część DNA tak wielu pisarzy, tak wielu kobiet. Jej legenda jest niesamowitą inspiracją dla 'Dziewczyn'", napisała na Instagramie. DNA sztuki było nieodłączną częścią jej wizji ostatniego sezonu „Dziewczyn". Jak powiedziała EW: „Wendy Wesserstein wywarła na mnie ogromny wpływ. 'The Heidi Chronicles' było dla mnie jednym z pierwszych przykładów kobiety, która opowiadała swoją historię w niesamowicie osobisty i wyjątkowy sposób. Podoba mi się, że zmieniła zasady".

Nie każdy był tak zachwycony powrotem sztuki jak Dunham. Szybko zniknęła z afiszy, a pod koniec „teatry były na wpół puste". The New York Times w fascynujący sposób przeanalizował, jak feministyczne wątki sztuki się zestarzały. Zacytował ekspertkę od Wasserstein, Jill Dolan, mówiącą: „Reprezentuje moment w historii feminizmu, który przeminął". Według Dolan „Pytanie 'Czy możemy mieć wszystko?' nie jest głównym pytaniem, które stawia teraz przed nami amerykański feminizm".

Jednak jedna rzecz pozostała bez zmian od czasów Heidi: historie o niedoskonałych kobietach, niezdarnie ścigających marzenia, są krytykowane za narcyzm. Wasserstein i Dunham zdezorientowały widzów swoimi bohaterkami, które na pozór uważają, że wszystko im się należy. Częściowo dlatego, że autorki w ogóle miały czelność je napisać. Po wydaniu „Heidi" Clive Barnes napisał w New York Post: „(...) pochłonięte sobą postacie Wasserstein podchodzą do 'pokolenia ja' tak poważnie, że każde przejście przez ulicę staje się nowym akapitem w autobiografii". Jeśli chodzi o Hannę Horvath, to napisano setki tekstów, rozważających czy jest najbardziej samolubną bohaterką telewizyjną wszechczasów. Zakończenia obu historii żegnają zapatrzenie w siebie. Morał jest zgrabnie zaprezentowany: staniesz się mniej samolubna, gdy zostaniesz matką.

To zgrabny środek wyrazu w scenariuszu, ale rzeczywistość jest nieco bardziej pogmatwana. Jak świetnie napisała Alice Miller w „Dramacie udanego dziecka", narcyzm wcale nie kończy się w dniu porodu. Łapczywe matki mogą sprawić, żeby dzieci napędzały ich obsesję bez końca. Los dzieci Heidi i Hanny pozostaje otwartą kwestią.

Wendy Wasserstein i Lenę Dunham dzieli kilka pokoleń, ale obie zamknęły swoje dzieła o silnych nowojorskich kobietach wizjami matczynej przemiany. „The Heidi Chronicles" (i sama Wasserstein) przedstawiają inspirujący portret niezależności i autonomii. Wersja Hanny jest bardziej przypadkowa i nieuporządkowana, to jej sposób na zbudowanie życia, które coś znaczy. Nie zgadzam się z Jill Dolan, która stwierdziła, że pytanie o posiadanie wszystkiego jest przeterminowane. Jak w drugim sezonie mówi Hannah: „Chcę tego, co każdy. Chcę wszystkiego. Po prostu chcę być szczęśliwa". A to nie jest wyłącznie feministyczna kwestia — to pragnienie każdego z nas.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Rory Satran
Zdjęcie: Kadr z serialu

Tagged:
serial
lena dunham
dziewczyny
telewizja
Kultura
театр
the heidi chronicles
wendy wasserstein