zamilska: cenię sobie niezależność

Z pochodzącą z Zawiercia autorką albumu „Untune” porozmawialiśmy o dalekich podróżach, przeprowadzkach, czarnych ciuchach, tańczeniu na scenie z publicznością i plemiennym szale.

tekst i-D Staff
|
15 Marzec 2016, 12:00pm

Zamilska przebojem wdarła się do świata polskiej muzyki. Chociaż nie schlebia modnym stylistykom, znalazła swoje miejsce - ze swoją głośną i emocjonalną muzyką objeżdża zagraniczne festiwale, a jej produkcje pojawiają się na pokazach mody znanych marek, że wystarczy wspomnieć o Diorze.

Idę o zakład, że jesteś już cholernie zmęczona ostatnimi wywiadami.
Nieee, czemu?

Prawie wszystkie dotyczą głównie twojej muzyki.
No tak, większość...

Dlatego dziś pogadamy o czymś innym. Ostatnio w internecie pojawił się miks twojego autorstwa, gdzie inspiracje się łączą, ale są zaczerpnięte z różnych krajów. To wynik zainteresowań podróżami?
Zawsze gdzieś tam czułam duży poryw serca, jeśli chodzi o muzykę z Bliskiego Wschodu, z Indii, więc te wszystkie moje fascynacje muzyczne zostały w ten miks włożone. I wiesz, tam są nawet utwory, które pochodzą z oryginalnych filmów bardzo, bardzo dawno temu stworzonych na Sri Lance, z których sample były wykorzystywane m.in. przez M.I.A. I gdzieś to razem skleiłam.

Serce rwie mi się do Indii, więc zamierzam w przyszłym, a może nawet tym roku zimą odwiedzić też ten kraj. Na kwiecień planuje Maroko - zobaczymy, czy mi czas pozwoli, bo mimo wszystko jestem cały czas w podróży, koncertując.

Maroko wydaje się bardzo ciekawym kierunkiem. Ułożyłaś już trasę i wiesz np. że pojawisz się w odleglejszych częściach tego państwa?
Planu jeszcze nie mam, ale wiem, że raczej tak. To będzie podobna podróż jak do Kambodży i Tajlandii, gdzie było po prostu wyznaczone miejsce i cel: południe. I tyle, nic więcej. Były oczywiście wstępne plany, które się zmieniały z dnia na dzień, a nawet w tym samym dniu. Rezygnacja z jednego miejsca na rzecz drugiego, gdzie po prostu nas poniosło.

Po rozmowach z tobą, które przeczytałem, wydawało mi się, że fascynuje cię Berlin. Ciągnie cię tam?
Czy ja wiem... A skąd to wytrzasnąłeś?

Cykl „Bez dogrywki", Flint i Calak.
A tak, oni mówili o Berlinie na poziomie Warszawy i samego porównania, co mi się wydaje totalną bzdurą. Warszawa jest Warszawą, Berlin - Berlinem i nie rozumiem kompleksu naszej stolicy, która się pnie, by być jak stolica Niemiec. To zupełnie niepotrzebne, bo sama w sobie jest super.

Myślę, że takie opinie wynikają z tego, że człowiek z innego kraju przyjeżdżający na przykładowy Kreuzberg zauważa pewne rzeczy powodujące zdziwienie. Sam słyszałem o ludziach siedzących o czwartej w nocy w klubokawiarniach z laptopami i osobach po siedemdziesiątce chodzących na imprezy i rozumiejących muzykę, która się na nich pojawia.
Tak, ale zwróćmy uwagę na to, że Berlin jest bardzo multikulturowy, a Warszawa jednak nie. Może właśnie na tym polega różnica - idziesz przez Berlin i każda dzielnica jest wpasowana w jakąś kulturę. Miałam dużo znajomych, którzy przeprowadzili się do tego miasta i wrócili po mniej więcej pół roku do Warszawy.

Nie podobało im się czy różnice były zbyt duże?
Nie mam pojęcia. Po prostu się tam nie odnaleźli. Ja bym się chyba też tam nie odnalazła. Berlin przytłacza mnie swoją wielkością. Warszawa też jest bardzo dużym miastem, ale w nim czuję się przytulniej.

Warszawa jest twoim kolejnym przystankiem na drodze rozwoju muzycznego i życiowego...
Nie przeprowadziłam się nigdzie od półtora roku. To jest sukces! (śmiech)

W wywiadach wspominałaś o silnym kręgosłupie moralnym i tym, by nie dać się złamać, nie robić muzyki pod publikę.
Zastanawiam się, czy w stolicy jest łatwiej. Są różne energie, dużo się dzieje, mnóstwo nisz.  Nie, nie łączyłabym tego. Możesz mieszkać gdziekolwiek, a kręgosłup moralny pozostanie taki sam.

Przyznasz jednak, że tu łatwiej o własną wytwórnię. To chyba dobra droga dla kogoś kreatywnego?
Chciałabym, żeby ludzie taką podążali. Sama założyłam własny label, bo cenię sobie niezależność i nie potrafię robić niczego, jeśli mam terminy. Nie mogę się wtedy skupić i mam wrażenie, że nie potrafię niczego nagrać. Pomysł z założeniem wytwórni polegał m.in. na tym, żeby być totalnie, totalnie wolnym. Robisz, co chcesz, kiedy chcesz i samemu się wydajesz. Mam jeszcze dobrą agencję, z która świetnie mi się współpracuje, a dystrybucją zajmuje się w tym momencie Universal. Ważnym punktem działalności jest to, z kim załatwisz sobie dystrybucję.

Normalna sprawa - mniejsze labele korzystają z takich rozwiązań.
No i wydaję na razie tylko siebie. Nie czuje się jeszcze gotowa, by wydawać innych artystów. Może za parę lat, jeżeli ja osiądę w danym trybie. Bardzo bym chciała, bo to super sprawa, aczkolwiek bardzo odpowiedzialna. Ciężki kawałek chleba.

Trzeba brać odpowiedzialność za innych.
I to bardzo dużą. Wydawca ma ogromny poziom odpowiedzialności za artystów.

Wróćmy do samych wyjazdów. Pojawiasz się na światowych festiwalach. Czy znalazłaś jakieś miejsce, w którym szczególnie dobrze się czujesz czy czerpiesz energię z każdego?
Na pewno z każdego, ale jeśli mam wskazywać palcem to Skandynawia. Odwiedziłam Szwecję, Danię i Norwegię i to były koncerty, które mocno zapadały w pamięć. Słuchaj, pojechałam do Norwegii, do Tromsø. Inny świat, 400 kilometrów poza kołem podbiegunowym, a ludzie znali kawałki! Zaczynam grać, rozpoczyna się szaleństwo. W ogóle wiesz: dostosowanie klubów do artystów, dźwiękowo nie można nic zarzucić organizatorom, wszystko jest na tip-top, na czas. Żadnych opóźnień, najlepsze nagłośnienie. Super.

Tez byłem w Norwegii na festiwalu. Niestety nie tak daleko, bo na Oyi w Oslo, w 2012 roku. Odniosłem wrażenie, ze publika jest tam nieco inna - chłodniejsza i przezywająca w środku.
O, ja bym nie powiedziała. Było równie wielkie szaleństwo, jak na południu Europy. Zauważyłam za to, że publiczność jest bardziej świadoma. Weź jednak pod uwagę sytuację, gdy włączasz radio w Skandynawii - tam pop to jest POP.

Inna edukacja muzyczna.
Gruntowniejsza. Tak. Są wykształceni muzycznie.

Wykształceni są też odbiorcy na niemieckim Melcie, ale w moim przekonaniu mocno kontrastują ze Skandynawami. Żywiołowi i rozgrzani do czerwoności.
Tam jeszcze nie byłam jako słuchacz i nie grałam jako artystka...

Wszystko przed tobą!
Mam nadzieję! Świetny festiwal, a w tym roku bardzo mocny lineup... Wracając do tematu - myślę, że wszystko zależy od ludzi i ich nastawienia, nie pochodzenia, a także od danego artysty. Cenię sobie kontakt z publicznością, więc staram się go trzymać od momentu, kiedy wychodzę na scenę. To wpływa na odbiór.

W ogóle muzyka elektroniczna posługuje się, tak myślę, uniwersalnym językiem i dlatego ma szansę wyjść szeroko do ludzi - szczególnie w wydaniu instrumentalnym. Każdy odbiera ją na swój sposób.
Instrumentalność to siła mojej muzyki. Cenię sobie ją i nie mam zamiaru na razie zmieniać trybu mojej pracy. Jestem otwarta na kolaboracje jak np. z Marią Peszek, ale lubię solowe granie i własne miejsce na scenie. To niesamowite, że ludzie odczytują to, co nagrywam, na tak różne sposoby. Mogę tylko siedzieć, słuchać i dziwić się, jak różnie można myśleć o muzyce.

Dużo ludzi przychodzi po koncertach i mówi o swoich odczuciach czy raczej większość pozostawia je dla siebie?
Nie no, jasne, ze się zdarza! Bywa, że ludzie przychodzą po koncertach i się dobijają, by wyrazić zachwyt, własne zdanie lub po prostu się przywitać. Są poruszeni i naładowani dziwną energią. Dawanie innym takich emocji to jeden z najlepszych punktów tej pracy.

Mówisz, że twoja muzyka wyraża bunt, więc każdy czuje ją inaczej. Wyrzucasz emocje. Nie wyobrażam sobie, by twoje albumy mogły grac gdzieś w tle.
Dużo osób korzysta z tego odczucia i tez wyrzuca własne emocje, a przy tym wpada w specyficzny trans.

Plemienny?
Myślę, że tak. Są wtedy oderwani od rzeczywistości i ja też jestem. Piękna sprawa.

Idealna jedność.
Można tak powiedzieć!

Tak rozmawiamy od tych kilkunastu minut i jestem trochę zdziwiony. Grasz głośno, a wydajesz się bardzo spokojną dziewczyną!
Zadam to pytanie - jeśli jest zbyt osobiste, to nie odpowiadaj. Tworzenie jest dla ciebie forma autoterapii, byś mogła pozostać w spokoju?
(śmiech) Chyba każdy artysta korzysta ze swojej twórczości, żeby się uspokoić i wyżyć, na bank. Nie powiedziałabym jednak, że jestem spokojną osobą!

Naprawdę?!
Naprawdę! Po tym pytaniu zastanawiam się jednak, co by ze mną było, gdybym nie grała koncertów...

Wybuch!
I krater emocjonalny. (śmiech)

Ewentualnie zadekowanie się w domu i tworzenie w dzikim szale, aż do utraty sil. To byłoby ciężkie dla twojego życia w społeczeństwie!
I dla ludzi wokół!

Właśnie, w Katowicach mieszkałaś ze współlokatorką. To mnie ciekawi, bo ja przed dwoma laty wynajmowałem w Krakowie mieszkanie z producentem dubstepu. Do tej pory pamiętam linie basu i każdy dźwięk szkiców słyszanych przez ścianę, mógłbym nucić melodie w nocy o północy. Ciężkie doświadczenie. Twoja przyjaciółka cię wspierała czy ma traumę?
Bardzo mocno wspierała! Znała wszystkie etapy mojej pracy i gdy skończyłam nagrywanie pierwszej płyty to weszła do mnie i powiedziała: "Rany boskie, ty masz dywan!". Faktycznie nie było go widać, miałam nieźle zasyfioną podłogę. Miga mi też w głowie sytuacja, gdy zniosłam do kuchni wszystkie naczynia z pokoju i tak, wtedy był bunt, chyba nawet wniosła mi te brudne gary z powrotem do pokoju... 

Każdy musi mieć swoją osobistą przestrzeń twórczą. Jeden ma rozgardiasz, drugi długopisy ułożone od linijki i żadnego paprocha.
Moja przyjaciółka wykazała się zrozumieniem i totalna akceptacja. Przyjaźnimy się nadal, więc jest chyba OK!

A jeszcze na początku, w Zawierciu, był temat live-actu...
Nie wiem, na jakim poziomie to rozpatrywać. Nie bardzo rozumiem, skąd się wzięło to nieodróżnianie live'u od DJ Setu. Dla mnie i dla ciebie jest to totalnie zrozumiale, nie mylimy DJ-a z producentem. Może chodzi o media, a może o ilość imprez, na które ludzie chodzą?

Skrótowość informacji, czyli dużo przekazu, mało słów, na pewno nie pomaga.
Na szczęście nie chce mi się już tego tłumaczyć. Jak ktoś nazywa mnie DJ-ką to mówię: dobra.

Skończyłaś walkę?
Tak. Ci, którzy wiedzą, to wiedzą.

Nie jest też powiedziane, że ktoś, kto przyjdzie na koncert z przeświadczeniem, że jesteś DJ-ką, nie będzie czuł tego, co robisz.
Świadomość przyjdzie z czasem. A przynajmniej mam taką nadzieję.

I znów wraca Skandynawia z wychowaniem muzycznym...
Myślę, że i u nas jest już z tym coraz lepiej. W Warszawie, gdy publiczność przychodzi na występy totalnie nieznanych artystów, którzy supportują gwiazdy i mają sto „lajków" na Facebooku, wydaje się zaciekawiona. Kończy się już chyba czas chodzenia tylko na wielkie ksywki. Na festiwale przebijają się młodzi. Zobacz na Open'era: gdy ja tam grałam w 2014 roku, to był wysyp polskich ksywek. Rok później było ich jeszcze więcej.

Nie wiem, jak jest w innych krajach, ale zauważyłam, że w Polsce sami organizatorzy mają większy szacunek do zagranicznych nazwisk. Nawet jeśli mamy twórców o podobnym poziomie „sławy", to przy zagranicznym mamy efekt wow. Od razu bilety lepiej idą, słuchaczy jest jakby więcej.

Co dziwniejsze takie postrzeganie wkrada się nawet w przypadku naprawdę niszowych artystów.
Dokładnie tak. Przykład Open'era jest dobry. Jak dostałam na niego zaproszenie, to zareagowałam na zasadzie: „Cooooo?! Naprawdę?!". Powiem ci, że na początku byłam na „nie". Wydawało mi się, że się tam nie odnajdę i nie znajdę odbiorców, bo to mainstreamowy festiwal. Okazało się to bzdurą i zaściankowym myśleniem. Grałam późno, w tym samym czasie grał Warpaint, a znaleźli się słuchacze, bo tam pojawia się bardzo zróżnicowane środowisko. Miałam pełny namiot ludzi od początku do końca i teraz stawiam ten występ w swoim osobistym TOP 5.

A co w tej piątce się jeszcze znajduje?
Na przykład... Rumunia. Ogromny festiwal w ogromnej miejscówie, na dodatek była to pierwsza edycja, a na szczytach line-upu grupa Télépopmusik, która grała chwilę po mnie. Byłam w szoku, że oni jeszcze istnieją! Ukułam nawet żarcik: „Co robi obecnie Télépopmusik? - Gra w Rumunii".

(śmiech)
Wychodzę na tę scenę i to było totalne szaleństwo! Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się tak, że ludzie staranowali ochronę, wbiegli na scenę i przez jeden numer, jak na wielkim koncercie na Glastonbury, tańczyli koło mnie. Moja managerka musiała pomagać ich stamtąd ściągać. Byłam strasznie zadowolona - gdybym mogła to wciągnęłabym na podwyższenie wszystkich.

Albo koncert we Francji, o którym chyba nawet gdzieś mówiłam. Było strasznie mało ludzi, a sala była bardzo, bardzo duża. Tam pomieściłoby się spokojnie z sześćset osób, a było maksymalnie pięćdziesiąt. Słuchaj, zrobili taki szum, że pierwszy raz zeszłam ze sceny i przebiegłam przez barierki. Nauczyłam się wtedy, że nie wolno oceniać niczego po soundchecku i ilości osób.

Nie ilość, lecz poziom zainteresowania publiczności?
Jasne. Oczywiście zawsze jest delikatny stres, gdy popatrzy się katem oka na liczebność, coś pójdzie nie tak na soundchecku... Przez godzinę jesteś zdany sam na siebie i na elektronikę, którą masz przed sobą. Jak coś jebnie to koniec. Nigdy nie wyszłam na luzaku przed ludzi.

Kwestia ambicji?
Czasem chorobliwej. Bardzo męczę wszystkich wokoło w trakcie prób.

W trakcie tworzenia pewnie tez daje o sobie znać perfekcjonizm. Czy jednak nie i jesteś pewna swoich wizji?
Dopiero przy „Undone" byłam pewna. Posłuchałam tej płyty sporo po masteringu... Zazwyczaj słucham materiału po miesiącu i to mi się nie podoba, tamto mi się nie podoba... Tu nie tak, tam - co ja w ogóle wymyśliłam...

Odpaliłam „Undone" i się po prostu do siebie uśmiechnęłam. Nie zmieniłabym ani jednej nuty.

Dojrzewasz artystycznie. Robisz jeden projekt, oddajesz, zamykasz pewien rozdział i skupiasz się na nowych rzeczach, bez rozpamiętywania.
Chodzi też o dojrzałość ostatniej płyty. To zupełnie coś innego niż robiłam do tej pory, postawienie na swoim, bez myślenia, czy ludzie się podzielą, gdy usłyszą całość. Poczułam dumę, co w moim słowniku jest niezwykłe.

Rzadko się zdarza?
Bardzo rzadko.

To mimo wszystko, w jakimś sensie, dobre. Napędza do działania i rozwijania się, by nie spocząć na laurach.
Jeśli artysta myśli, że zrobił już wszystko, to powinien skończyć karierę.

Dużo jeszcze przed tobą. Weźmy choćby pokazy mody. Moje przebitki z dzieciństwa to np. muzyka z kanału Fashion TV. Tak, chyba podobnie jak u ciebie, kształtowała się część świadomości audiowizualnej.
Na pewno! Nie ukrywam, że muzyka, która była na FTV, gdy byłam mała, była inna niż na MTV czy VIVIE. To mnie ciągnęło do obrazków. I tak zostało. Zatoczyło się koło, bo ta estetyka pociągała mnie i nadal pociąga.

Moda ci towarzyszy? Kojarzę cię z czernią i trafiłem - dziś jesteśmy oboje ubrani na czarno.
(śmiech) Nie mam modowych wizji. Na koncercie ma mi być czysto, schludnie i wygodnie. No, może czasami nie do końca czysto.

Schludna nieczystość. Pojemne określenie! W świecie mody przesuwa się jednak granice i łamie bariery - nie tylko w samym ubiorze, ale też sposobie myślenia. Elektronika ma w sobie coś z tego.
Moda przestała być grzeczna, zyskała odwagę. Co za tym idzie projektanci chcą dalej posuniętą muzykę elektroniczna u siebie, taką, która wybrudzi ich pokaz. Miałam propozycję od Michała Szulca, by zrobić muzykę do jego pokazu. To była mocna kolekcja z mocną czernią, do której chciał mocne dźwięki. To się zazębia i to jest wielkim atutem - wszystko się ze sobą komponuje. To nie tylko modelka i kreacje, ale też światła i inne rzeczy, które składają się na całość.

Łączenie sztuk.
Tak. Moda idzie do przodu, więc i muzyka jest bardziej wymagająca.

Nie wiem, czy śledziłaś premierę nowej płyty Kanye Westa. Madison Square Garden, stonowane modelki, bezruch, instrukcje dla każdej z osób, które znalazły się w ogniu wydarzeń. Można powiedzieć, że kolejna granica pada.
Serio? Albo to po prostu bufonada Kanye Westa. To nie sztuka, lecz wymachiwanie swoim ego. Denerwuje się, jak o nim myślę. Nawet ostatnio rozmawiałam z kimś o tym, że to on udowodnił mi, że nie da się oddzielić twórcy od jego twórczości. Wiedząc, co ten kolo wyprawia i mówi, a także jak bardzo nie szanuje ludzi, absolutnie nie potrafiłam odsłuchać „The Life of Pablo". Nie wiem więc, czy ta płyta mi się podoba, czy też nie, czytałam tylko skrajne opinie. To mi wystarczy. Nie muszę mieć zdania i się tym interesować.

W słuchaniu chodzi według ciebie o satysfakcję, a nie wpadanie w złość?

Nie złość, bo to przesada. Zwyczajnie nie będę mu dokładać swoich klików, bo wierzę, że jednostka może dużo zmienić. Niech zarobi sobie swoje stracone miliony na kimś innym.

West to nie tylko muzyk, ale też celebryta. U ciebie takich ciągotek nie widać - sumiennie dawkujesz swoim fanom informacje ze swojego życia. Nawet gdy podróżujesz, to niespecjalnie zarzucasz Instagram postami. Zachowujesz sporo dla siebie.

Bo nie robię zdjęć jedzeniu i nie publikuję ich w internecie? (śmiech)

Nie narzucasz się słuchaczowi i nie kreujesz postaci w sieci, a to pomału staje się ewenementem.
Jest taki mem, który dobrze obrazuje mój sposób myślenia. Jeśli ktoś robi takie zdjęcia to jego sprawa, nie szykanuję tego. Czuje się jednak tak, jakby ktoś wziął talerz, podniósł mi go pod oczy i powiedział: „patrz, co właśnie zjadłem!". Nie czuję takiej potrzeby, a przykład z jedzeniem jest faktycznie dobry.

Trzeba znaleźć złoty środek i nie zatracić się w łączeniu życia prywatnego z zawodowym.

Taka jest moda. Media społecznościowe rodzą pytanie, gdzie przebiega granica, ale wierze w to, ze słowo „kreacja" jest zawsze na wyrost. Dla mnie to, co robię na Facebooku czy Instagramie, nie jest kreowaniem. Nie mam potrzeby emanowania tym, co dzieje się u mnie godzina po godzinie. Uważam, że jeśli komuś nie przychodzi to postowanie naturalnie, to nie będzie tego robić, by zwrócić na siebie uwagę. Nie mam żadnego znajomego artysty, który się kreuje w sieci. Kto wie, może ktoś tak jednak robi, a ja żyję w bańce.

Nawet jeśli to idealistyczna bańka, to bardzo przyjemna.

Nikt nikomu nie broni „odlubić" i nie komentować.

I to by była twoja rada? (śmiech)
Tak! Żyjmy swoim życiem! Przestań obserwować. Nie hejtuj. Polecam, Zamilska. (śmiech)

Kredyty


Tekst: Krzysztof Nowak
Zdjęcie: Materiały prasowe

Tagged:
zamilska
muzyka
natalia zamilska