cocorosie: żyjemy w świecie naszej fantazji

Po kilku koncertach w Polsce rozmawiamy z dziewczynami o kobiecej sile, pisaniu i barszczu...

tekst Mateusz Góra
|
16 Maj 2016, 1:05pm

Jedyne, czego możesz się po nich spodziewać, to totalnego zaskoczenia. Cały czas eksperymentują z muzyką i swoim wyglądem, szukają nowych ścieżek, nawet jeśli czasem im nie wychodzi (do czego się zresztą z dumą przyznają). Już od ponad dziesięciu lat grają razem jako Cocorosie, a pierwszą płytę nagrały w wannie otoczone zabawkami. Sierra i Bianca to prawdziwe muzyczne outsiderki, które wpadły ostatnio do Polski w ramach swojej nowej trasy. Sierra opowiedziała nam, co teraz dzieje się w ich brokatowo-tęczowym wszechświecie.

Co powiedziałabyś dzieciakowi, który chce być inni niż reszta, nie chce się dostosować do społeczeństwa?
Wow, to bardzo intymne pytanie. Dla mnie zawsze najważniejsze było zmierzenie się ze swoich strachem. W swojej sztuce staram się eksplorować te rejony, które budzą mój lęk. Sięgam po estetykę, której się wstydzę, która powoduje u mnie dyskomfort, której nie jestem pewna. Często specjalnie wykorzystuję obciachowe dźwięki, potem nad nimi pracuję, przetwarzam je w kreatywny sposób. Czasem okazuje się, że kawałek brzmi strasznie, ale co z tego? Innym razem, kiedy włożę w to wystarczająco dużo energii i wyobraźni, powstaje coś nowego i to jest najważniejsze. To jest tak bardzo emocjonalny proces, że kiedy już się skończy, masz gdzieś, co inni powiedzą. Nie przejmujesz się, że wyglądasz inaczej albo twoja muzyka brzmi inaczej. Zmierzenie się twarzą w twarz z przeciwnościami jest kluczowe moim zdaniem.

Mam jeszcze bardziej intymne pytanie - w jaki sposób wspólna praca wpływa na wasze siostrzane relacje? Powoduje konflikty?
To jest świetne. To jest jedyny moment, w którym naprawdę się rozumiemy. Nie mamy wiele wspólnego tak naprawdę, nie ma między nami więzi. Dopiero kiedy razem pracujemy, okazuje się, że z powodu naszych różnic stwarza się jakaś prowokująca do tworzenia równowaga, wyczuwamy się wzajemnie.

Czyli swoją relację budujecie na scenie?
Tak, tworzenie jest ogromną częścią naszego życia. Pisanie to dla nas intymny proces, nie musimy dzielić wielu doświadczeń życiowych, bo wtedy to po prostu nie ma znaczenia.

A jak udaje wam się nawiązać tak intymny kontakt z widownią?
To interesujące pytanie, bo dla nas ważne jest, żeby nie budować żadnego kontaktu z widownią. Staramy się stworzyć bańkę, w której znajdujemy się tylko my, nie zauważamy obecności innych ludzi. Dzielimy się swoimi emocjami wewnątrz niej. Stawiamy czwartą ścianę i staramy się poza nią nie wychylać, bardzo rzadko to robimy. To zawsze mnie ciekawiło, że widzowie mimo to mają wrażenie, że są blisko nas. Wierzę, że w przypadku koncertu na żywo nad twoim ciałem panują emocje. Tak jest zarówno w przypadku aktora, a tym bardziej, jeśli śpiewasz. Te emocje dostrzega widownia i dobrze na nie reaguje, jeśli są wiarygodne. W przypadku występu żyjemy jednak bardziej w świecie naszej fantazji.

Co odkryłyście, kiedy przyjechałyście do Polski?
Żyłyśmy przez kilka lat na Brooklynie w Nowym Jorku, zaraz obok Greenpointu (drugie największe skupisko Polaków w Stanach, przyp. red.). Cocorosie narodziło się w Paryżu, ale dorastało właśnie tam. Miałyśmy styczność z polskością - z waszą polityką, z podejściem do życia we wspólnocie. Jadłyśmy barszcz i pierogi i czułyśmy napięcie w okolicy, jakąś intensywną energię. To uczucie było inne, niż w pozostałych miejscach Nowego Jorku, nie byłyśmy w stanie tego rozgryźć. Kiedy przyjechałyśmy do Polski lepiej zrozumiałyśmy te zależności.

Jak opisałabyś to napięcie?
Polacy są trochę wycofani i na coś czekają, na jakieś rozwiązanie, na znalezienie swojego celu. Bardzo chciałybyśmy lepiej poznać Polskę, chociaż nie miałyśmy jeszcze okazji. Wasza widownia jest za to bardzo otwarta na muzykę, starają się w niej odnaleźć głębię. To super!

Dla was jednym z takich „głębokich sensów" jest temat kobiecości, feminizmu…
Nawet obecnie potrzebujemy wielu zmian, chociaż wiele miało już miejsce. Girl power to naprawdę duża siła, z której musimy korzystać. Każda okazja do tego, żeby wzmocnić pozycję kobiet jest bardzo ważna i daje nadzieję na przyszłość. Staram się jednak wyrażać swój przekaz jako artystka, a nie polityczka.

Ale będąc artystkami, stajecie się równocześnie aktywistkami…
Tak, nie da się tego uniknąć. Śpiewamy często o feminizmie, więc na pewno czujemy się częścią tego ruchu, ale zajmujemy się muzyką. Zabieramy głos w sprawach politycznych, ale nie wprost, nie bezpośrednio.

A czy wasz wygląd jest komunikatem dla widowni? Jeśli tak, to co chcecie nim przekazać?
Odpowiedź na twoje pytanie to oczywiście tak, na pewno to jest wiadomość. Jaka? Nie mam pojęcia. Nie zawsze rozumiemy własną estetykę, ale to nie jest nasz cel. Nie musimy rozumieć tego, co prezentujemy. Może to, jak wyglądamy na scenie nie jest jeszcze „dokończone", „zamknięte", ale to wszystko zmienia się tak szybko, a najważniejszy jest proces. Po prostu staramy się zadać sposobem naszej ekspresji pytanie, zamiast wskazywać jakiekolwiek odpowiedzi. Może nie ma nawet na to pytanie odpowiedzi?

To chyba ryzykowne nie mieć czasem gruntu pod nogami?
O tak, tak, to jest bardzo ryzykowne. Bycie artystą i występowanie przed publicznością zawsze wiąże się z ryzykiem. Nie chodzi nawet o to, że brak ryzyka byłby nas mało intrygujący, mniej ciekawy. Nie chcemy dawać ludziom gotowego produktu w ładnym opakowaniu, tylko dlatego, że tak byłoby łatwiej. Czym tak naprawdę był to było? Nie wiemy, zupełnie sobie tego nie potrafimy wyobrazić.  

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia: Grzegorz Broniatowski

Tagged:
Cocorosie
muzyka