dlaczego lepiej siedzieć w domu, zamiast chodzić na imprezy?

Weekendy to czas imprez, na które czasami… wcale nie masz ochoty. Dominika Dymińska była na wielu, część z nich z rozbrajającą szczerością opisała w swoich książkach „Mięso” i „Danke”, a tym razem specjalnie dla i-D postanowiła przeprowadzić analizę...

tekst i-D Polska
|
03 Sierpień 2016, 8:05am

Fot. Ania Witko

Zadanie pierwsze:

Wyobraź sobie, że jesteś po tygodniu pracy, zaczyna się weekend, potrzebujesz resetu. Trochę poszłabyś na imprezę, a trochę wyjechała za miasto. Może da się te obie rzeczy połączyć? Może. Wsiadasz więc w samochód i z kilkorgiem znajomych ruszacie na rave organizowany przez innych znajomych jeszcze innych znajomych na odludziu 100 km od Warszawy. Bez przygód po drodze docieracie na miejsce.

Jest pięknie - piękna pogoda, naprawdę super, miejsce przeznaczenia znajdujecie bez większych problemów, mimo że nie ma go na żadnej mapie, a telefony nie znajdują sieci. Po dotarciu do opuszczonego gospodarstwa widzicie imponujący soundsystem ustawiony w szopie, otwieracie piwo i siadacie na kocyku na słomie. Chillout, nowi ludzie, jest na tyle fajnie, że nie trzeba nawet szczególnie wspomagać się używkami. Bawicie się całą noc, tańczycie do techno, zasypiacie bez problemu w rozstawionych wcześniej namiotach.

Budzicie się wypoczęci, na lekkim, przyjemnym wciąż kacu jecie śniadanie, pakujecie się i z dobrymi wspomnieniami wracacie do domu.

Można? Nie można.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Zadanie drugie:

A teraz wyobraź sobie jeszcze raz, że jesteś po tygodniu pracy, zaczyna się weekend i potrzebujesz resetu. Trochę poszedłbyś na imprezę, a trochę wyjechał za miasto. Może da się te obie rzeczy połączyć? Może. Wsiadasz więc w samochód i z kilkorgiem znajomych ruszacie na rave organizowany przez innych znajomych jeszcze innych znajomych w polu 100 km od Warszawy.

Jeszcze w mieście dostajesz mandat za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym. Chwilę potem okazuje się, że musisz wrócić się do centrum, bo jeden z kolegów, których wieziesz, zapomniał z domu leków. Wracasz. Od momentu wyjazdu minęła już godzina, a twój realny wynik to przejechanie 10,5 metra.

Docieracie na miejsce. Nie macie pojęcia, jak znaleźć spot na kompletnym odludziu, nie macie też zasięgu, więc zostawiacie samochód i próbujecie zlokalizować miejscówkę pieszo, podążając za wskazówkami tubylców. Po przedarciu się przez krzaki w celu wejścia na górkę, żeby cokolwiek zobaczyć, stwierdzacie, że jednak nie ma to sensu. Wracacie do samochodu, obieracie inną trasę i ‒ tak, jest, po kilku godzinach od wyjazdu wreszcie trafiacie na miejsce.

Okazuje się, że soundsystem nie działa, bo spalił się już drugi agregat, więc ktoś pojechał po trzeci do Lublina. Czas spędzany w ciszy umilacie więc sobie używkami kupionymi za ostatnie pieniądze w przydrożnym sklepie. W końcu pojawia się muzyka. Robi się trochę lepiej, ale niestety ludzie są już tak pijani, że tak naprawdę to wszystko jedno ‒ ktoś już zasnął, ktoś się awanturuje, a ty musisz słuchać dyskusji o byłej dziewczynie twojego nowego chłopaka toczącej się pomiędzy tymi, którzy są jeszcze w stanie mówić. W końcu mimo głośnej i złej muzyki, której nie ma komu wyłączyć, próbujesz zasnąć w zimnym namiocie, bo nie masz karimaty, a śpiwór wzięliście jeden i nieszczęśliwie nie mieścisz się w nim razem z chłopakiem. Całą noc leje deszcz.

Budzisz się po dwóch godzinach z superkacem po żołądkowej o smaku miętowym. W twoim samochodzie w nocy najwyraźniej też toczyła się impreza - wszędzie pełno słomy i błota. Coś tam sobie jesz, próbujesz nie wyrzygać. Decydujesz się na powrót do domu. Zabierasz z sobą jeszcze kilka osób. Ciągle bardzo pada, więc musisz czekać w zaparowanym i zimnym samochodzie, aż się wreszcie spakują. Gdy chcesz wystartować, okazuje się, że od jazdy po wertepach odpadła ci osłona w furze i musisz czekać, aż ktoś ją przykręci. Od decyzji o wyjeździe minęły już dwie godziny, a ty wciąż jesteś nigdzie.

W końcu ruszasz. Kolejna przeszkoda - musisz podjechać pod stromą błotnisto-gliniastą górę. Zakopujesz się mniej więcej w połowie drogi. 15 osób pomaga ci wypchnąć samochód. Trwa to tak długo i jest tak dramatyczne, że poważnie zastanawiasz się, jak dotrzesz w poniedziałek do pracy na 9. Kończycie wszyscy ubłoceni od stóp do głów, samochód podobnie, również w środku. Po trzech godzinach udaje się ruszyć w trasę.

Po drodze zatrzymujecie się w Tesco, gdzie w miarę możliwości zmieniacie brudne i mokre ubrania i jecie obiad. Potem zatrzymujecie się jeszcze na stacji po kawę. Okazuje się, że jedna z pasażerek nie ma przy sobie torebki, bo zostawiła ją we wcześniej odwiedzonym przez was Tesco. Cofacie się o 20 km. Na szczęście torebka jest. Resztę trasy udaje wam się przebyć bez większych przygód, jeśli nie liczyć stania w kilku korkach. O 18 jesteście w domu - głodni, ubłoceni, zmęczeni i wkurwieni na cały tydzień.

Można? Można.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Dominika Dymińska
Wstęp: i-D Polska
Zdjęcie: Ania Witko dla Vanity Nap

Tagged:
Danke
miso
Dominika Dymińska
polska literatura
weekendy