Zdjęcie via Instagram

lekcje piękna z nieziemską salvią

Nauczcie się kochać siebie dzięki surrealistycznej Salvii, która odrzuca tradycyjne kanony urody.

|
sty 30 2018, 12:09pm

Zdjęcie via Instagram

Salvia urodziła się i wychowała w walijskich lasach. W dzieciństwie nie miała dobrego kontaktu ze swoim ciałem. „Zawsze czułam się od niego oderwana, zupełnie jakby to była tylko brzydka skorupa, w której się znajduję", powiedziała. Dlatego postanowiła zmienić swój wizerunek na bardziej nieziemski. Zainspirowana istotami z wybiegu pokazu kolekcji Alexandra McQueena na sezon jesień/zima 2009, zaczęła eksperymentować z teatralnym makijażem i ekstremalnymi stylówkami. Najpierw zgoliła brwi, a potem linię włosów. Następnym krokiem były białe rzęsy i rozmazana szminka w stylu Leigh Bowery. Z czasem w naturalny sposób nadeszło zmiany twarzy i ciała w Photoshopie. W ten sposób zwróciła na siebie uwagę fotografa Nicka Knighta, który zaprosił ją do udziału w swoim projekcie „Infamy".

Poprosiliśmy ją, żeby opowiedziała nam o tym, jak postrzega piękno.

„Moje najwcześniejsze wspomnienie związane z urodą pochodzi z czasów, gdy miałam cztery lata. Oglądałam odcinek 'Smyków', w którym moja ulubiona postać — Fizz — miała halucynacje. Poszła do sklepu z zabawkami i spotkała lalkę z długimi, białymi włosami i różową skórą. Wyglądała jak hybryda człowieka i kosmity. Lalka podarła swoje ubrania i wyjęła sobie baterie, żeby nikt jej nie kupił. Chciała zostać w gablocie, gdzie wszyscy ją mogli podziwiać, ale właściciele sklepu stwierdzili, że jest zepsuta i wyrzucili do kosza.

Gdy miałam 14 lat, zgoliłam brwi — uważam to za bardzo ważny dla mnie moment — pierwszy krok na drodze do mojego wizerunku i pierwsze odrzucenie tradycyjnych ideałów urody. Kilka tygodni później zaczęłam malować rzęsy na biało i rysować sobie kropki na twarzy.

Pierwszą poważną inspirację makijażową zaczerpnęłam z pokazu Alexandra McQueena na sezon jesień/zima 09, „The Horn of Plenty". Zawsze zakochiwałam się w rzeczach, które najbardziej mnie szokowały.

W dzieciństwie nie czułam się piękna, ale uwielbiałam się przebierać. Dzięki przebierankom nauczyłam się kochać swoje ciało. Rytuał dekorowania pozwolił mi stworzyć lepszą relację z samą sobą. Szkoda, że nie wyrażałam siebie w ten sposób, jak byłam dzieckiem. Myślę, że to pomogłoby mi polubić siebie, bo zawsze czułam się oderwana od ciała, zupełnie jakby to była tylko brzydka skorupa, w której się znajduję.

Wrzucam na Instagram wiele autoportretów. Bardzo inspiruje mnie artystka Claude Cahun, która w latach 20. stylizowała się i robiła sobie surrealistyczne autoportrety. Czerpię także z twórczości Cindy Sherman. Fascynują mnie też ludzie przerabiający swoje zdjęcia — jak i dlaczego to robią. Ciekawi mnie, jak daleko mogę się posunąć i nadal tworzyć ciekawe wizerunki. Dla większości osób latająca kula z ciała nie byłaby ciekawym dodatkiem, ale dla mnie jest. Media społecznościowe nie są dla mnie już tak ważne, jak kiedyś. Gdy byłam młodsza, okazały się kluczowe, bo dzięki nim zobaczyłam, że piękni, queerowi ludzie prowadzą niezwykłe życie. Wcześniej tego nie znałam.

Dzięki białemu tuszowi do rzęs od razu czuję się elegancka i nieziemska. Golenie linii włosów jest bardzo ważne, bo dzięki niemu utrzymuję kosmiczny szyk. Najpiękniej czuję się jednak, gdy wystroję się i spędzam czas w serdecznym środowisku z moimi przyjaciółmi.

Na przestrzeni lat doświadczyłam wielu wpadek makijażowych, ale większość była nieciekawa. Niedawno moja terapeutka przypomniała mi, że kiedyś — na samym początku — przyszłam do niej z napisem „fuck off" na czole. Ciekawa decyzja.

Moja rada dla dzieciaków, które nie czują się piękne, brzmi: ćwiczcie celebrowanie swojego ciała i siebie. Większość ciał wcale nie pasuje do standardu, który się nam narzuca. Trzeba pamiętać, że poza tymi kanonami też można być pięknym człowiekiem. Pokochanie siebie to najpotężniejsza rzecz, jaką możecie zrobić".

Artykuł pochodzi z brytyjskiego wydania i-D.

Sprawdź też: