jeremy scott: nie porzucajcie swoich marzeń

Jeremy Scott dorastał na małej farmie w Missouri, a jego determinacja i pogoń za spełnieniem marzeń są jedną z najbardziej inspirujących historii sukcesu w branży. Zmienił się z gnębionego chłopca z gospodarstwa w małym miasteczku (odrzuconego przez...

tekst Jeremy Scott
|
02 Maj 2017, 6:30am

„Gdy byłem małym chłopcem, nie miałem możliwości ani pieniędzy na zakup nowych zabawek, więc tworzyłem je z innych rzeczy — z mojej wyobraźni. Zmieniałem wraki samochodów w statki kosmiczne, stare siedzenia w traktorach w najlepsze stoliki w eleganckich, francuskich restauracjach. Z pomocą babci zmieniałem puste siatki po bochenkach chleba w skakanki. Przetwarzaliśmy śmieci, gdy recycling oznaczał biedę. Potrzeba tworzenia — nie tylko z tego co miałem, ale z mojego umysłu — wykształciła we mnie sposób patrzenia na świat, który stał się podstawą mojej artystycznej ekspresji.

Mieszkałem na farmie i wyobrażałem sobie zupełnie inny świat. Spędziłem dzieciństwo, pragnąc być gdzie indziej; gdzieś, gdzie bym pasował, gdzie byłbym zrozumiany, gdzie mógłbym wpłynąć na życie innych ludzi. Często zastanawiam się, czy odludność moich rodzinnych stron sprawiła, że tak żarliwie pragnąłem komunikować się ze światem przez moje prace. W dzisiejszym, połączonym siecią świecie prawie nie da się sobie wyobrazić, jak można czuć się tak odciętym w okresie dorastania i jak to mogło inspirować.

W teorii przeniesienie się do miasta do gimnazjum i liceum powinno być krokiem w dobrym kierunku. W moich marzeniach to miało zbliżyć mnie do innych. Zamiast tego czekał mnie zimny prysznic. Dzieciaki w szkole dostrzegały tylko odmienność mojej wymowy. Ekspresyjne stroje aż się prosiły, żeby się ze mnie ponabijać. W brutalny sposób zrozumiałem, że byłem inny, a dzieciaki w moim wieku czuły się przez to zagrożone.

Nigdy tego nie rozumiałem i nadal nie rozumiem: dlaczego ludzie martwią się tym, co decyduję się na siebie założyć? W szkole znęcano się nade mną fizycznie i werbalnie tylko za noszenie czegoś, co nie było uważane za normę. To się na mnie odbiło w sposób, który teraz postrzegam jako dar: stałem się bardziej uparty w dążeniu do bycia sobą, bez pardonu i bez żalu. Oczywiście łatwo mi to mówić z perspektywy czasu. Ciągła fala przemocy i nienawiści, z którą radziłem sobie na co dzień, odbiłaby się na innych bardzo negatywnie.

W latach szkolnych uciekałem do świata wyobraźni. Chodziłem na zajęcia artystyczne i tworzyłem w głowie świat, w którym chciałem mieszkać. Zawsze marzyłem o świecie mody wysokiej, który obserwowałem w magazynach, filmach i telewizji. Gdy nadszedł czas, by zrobić pierwsze kroki ku spełnieniu marzeń, wysłałem teczkę ze szkicami i skromnym listem do biura rekrutacji na Fashion Institute of Technology. W portfolio znajdowały się nie tylko wszystkie moje cenne pomysły, ale także moje nadzieje i sny o ucieczce od małomiasteczkowego życia.

W liście odrzucającym moją kandydaturę, Fashion Institute of Technology napisało: 'Brakuje ci oryginalności, kreatywności i zdolności artystycznych'. Płakałem i płakałem.

Po kilku tygodniach oczekiwania w końcu dostałem swoje portfolio z powrotem, razem z listem od Fashion Institute of Technology. Wow! Dla mnie to było jakby Dorotka dostała wiadomość od samego Czarnoksiężnika. Nie mogłem się doczekać. Otworzyłem list, a moje podekscytowanie aż dało się wyczuć, gdy zacząłem czytać. Moje cierpienie tylko się pogłębiło, gdy przeczytałem następujące zdanie... Zdanie, które wyryło się w moim mózgu: 'Brakuje ci oryginalności, kreatywności i zdolności artystycznych'. Chyba nie muszę dodawać, że płakałem i płakałem. Głos autorytetu powiedział mi, że nie jestem wystarczająco dobry, a przynajmniej tak sądziłem. Ten list naprawdę mnie zranił. Sprawił, że zwątpiłem w swój talent. Stwierdziłem, że jestem tylko jednym z miliona marzycieli, którzy myśleli, że są wyjątkowi, a wcale nie byli. Przez fakt, że owe stwierdzenie wygłosił rzekomy autorytet w dziedzinie mody, pomyślałem, że muszę posłuchać i znaleźć sobie inne zajęcie oraz pasję.

Jak powie wam każda zakochana osoba, nie da się wytłumaczyć sercu, że nie może mieć tego, czego pragnie. Z tą myślą wyruszyłem do Nowego Jorku i obrałem nowy kierunek — historię sztuki. Dostałem się na NYU. Na ulicach Greenwich Village od razu poczułem się, jak w domu. Moje długie, splecione w warkoczyki włosy związane kolorowymi gumkami zbierały komplementy na każdym rogu. W Kansas co krok dochodziło do starć. Moje spódnice z sarongów [dużych, barwnych chust], lunchowe torebki, parasolki z papieru ryżowego i lakierki na koturnach zmieniły się z rzeczy, które musiałem nosić z odwagą, w rzeczy, które zakładałem po prostu bo była środa, dzień jak co dzień.

Niedługo po przeprowadzce do Nowego Jorku znalazłem w sobie pewność siebie, by ponownie spróbować spełnić marzenia. Skontaktowałem się z trzema modowymi uczelniami w mieście: Parsons, Pratt i F.I.T. Pierwsza rozmowa na Parsons wydawała się obiecująca. Czułem, że brali mnie na poważnie i naprawdę miałem szansę. Potem odwiedziłem Pratt. Po raz pierwszy w życiu pokazałem swoje prace komuś, kto rozumiał moje intencje! Komuś, kto zobaczył w nich potencjał. Komuś, kto był podekscytowany moją wizją i mówił dokładnie to, o czym myślałem. To był przełom. Znalazłem miejsce, do którego pasowałem! Moje marzenia urosły i wzniosły się, jak słońce na horyzoncie.

Oczywiście nie wszystko od tamtej pory było usłane różami. Musiałem aplikować o kredyty studenckie i stypendium, a potem nauczyć się robić wykroje, marszczyć sukienki i szyć rzeczy, które istniały w mojej głowie. Nie było mnie stać na cztery lata na Pratt, więc zrobiłem czteroletni dyplom w trzy lata. W trakcie często robiłem po dwa-trzy staże na raz i pracowałem w szkolnej bibliotece, żeby wiązać koniec z końcem. Było ciężko, ale w końcu spełniałem marzenia i tylko to się liczyło.

Urodziłem się w ubogiej rodzinie i dorastałem w biedzie. Nie miałem majątku, znajomości i żadne okoliczności nie wskazywały na to, że dotrę tu, gdzie jestem dzisiaj. Miałem tylko jedną rzecz: marzenie.

W tym czasie zdobyłem się na odwagę i zadzwoniłem do amerykańskiej siedziby Aeffe — firmy, która reprezentowała niektórych z moich ulubionych projektantów (m.in. Rifata Ozbeka, Jeana Paula Gaultiera i Franco Moschino) i szyła dla nich ubrania. Spotkałem się z prezeską, Michelle Stein, która zaproponowała mi staż — pomoc przy wszystkim, od prasy po sprzedaż. Mogłem przebywać wśród mody z wybiegów, którą uwielbiałem i podziwiać ją z bliska. Byłem wniebowzięty!  

Pod koniec tworzenia kolekcji dyplomowej byłem zachwycony, że mogę pokazać swoją wizję na wybiegu. Nigdy nie czułem się tak pełny życia. Zrozumiałem, że przez dzielenie się swoimi projektami i patrzenie, jak się materializują, nawiązywałem dialog między moimi pracami a światem, nawet jeśli w tak małej skali, jak na studenckim pokazie. Zaostrzyłem sobie apetyt i nie mogłem pozbyć się głodu.

Nadchodził koniec trzeciego roku i wiedziałem, że pora na kolejny krok. Kochałem Nowy Jork, ale marzyłem o Europie. Chciałem zobaczyć dzieciaki z Londynu, o których czytałem w i-D. Pragnąłem pojechać do Paryża, gdzie kolekcje prezentowali moi idole. Postanowiłem, że muszę wybrać datę wyjazdu i się jej trzymać, bo inaczej nigdy do tego nie dojdzie. Spakowałem wszystkie ubrania i ruszyłem do Paryża kilka tygodniu po ukończeniu szkoły. Paryż był czymś zupełnie nowym. Mój szkolny francuski wystarczył, żeby kupić sobie chleb, mówiąc „le pain", ale był za słaby, by radzić sobie z codziennymi przeszkodami, na jakie trafiałem. Szybko szlifowałem język, ale sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna. Byłem praktycznie bezdomny. Nie miałem gdzie mieszkać, nie miałem żadnych ofert pracy. Wtedy coś sobie obiecałem. Jeśli znajdę pracę i mieszkanie przed świątecznym lotem do Stanów, to będę walczyć dalej. A jeśli nie, to będę musiał się pogodzić z tym, że moda nie jest moim przeznaczeniem.

Okazało się, że spędzanie każdej nocy w klubie — bo nie miałem domu — się opłaciło. Dostałem pracę jako promoter imprez i płacono mi za przychodzenie na nie, bo „wyglądałem fajnie". Nie do końca była to robota, jakiej szukałem, ale czasem gdy gdzieś zamykają się jedne drzwi, drugie się otwierają.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Przez znajomych z paryskich klubów znalazłem dach nad głową i mogłem zorganizować swój pierwszy pokaz mody. Dzięki ich słowom otuchy i koneksjom udało mi się znaleźć lokal za darmo, zaprzyjaźnieni artyści pożyczyli mi oświetlenie z instalacji, a inni przyjaciele zostali moimi modelami i modelkami. Nigdy bym się nie śmiał myśleć: „Przeprowadzę się do Paryża i założę własną markę", to się po prostu stało. Nauczyłem się wtedy, że życie nie zawsze układa się zgodnie z planem. Czasem okazuje się, że to nie plan A, B ani nawet C jest właściwy. Może uda się dopiero plan X, Y albo Z! Możesz sobie wyobrażać różne scenariusze i planować ile wlezie, ale musisz też być gotowy na to, co wszechświat rzuci ci pod nogi.

We wrześniu będę świętować 20-lecie pracy. 20 lat projektowania, 20 lat pracy niezależnego projektanta, 20 lat walki o usłyszenie mojego głosu, 20 lat buntu. Urodziłem się w ubogiej rodzinie i dorastałem w biedzie. Nie miałem majątku, znajomości i żadne okoliczności nie wskazywały na to, że dotrę tu, gdzie jestem dzisiaj. Miałem tylko jedną rzecz: marzenie. Walczyłem, żeby ten sen się ziścił i miałem coraz większe ambicje.

Jeśli jesteście w stanie ogarnąć swoje marzenie i nie jest ono dość szalone, mierzcie wyżej! Róbcie to odważniej i walczcie. Walczcie o swoje marzenia, bo to najcenniejsze rzeczy jakie mamy, a czasem wręcz jedyne, które nam pozostają".

Przeczytaj też:

Ikony i-D: Jeremy Scott

Jeremy Scott i Devon Aoki: starzy przyjaciele znowu razem

Najbardziej odjechane tatuaże fashion weeka

Kredyty


Tekst: Jeremy Scott
Zdjęcia z i-Cons: Jeremy Scott. Dzięki uprzejmości Pablo Olea, 1995 rok.

Tagged:
Jeremy Scott
opinie
życie
Moschino
marzenia
Motywacja
moda wywiady
the creativity issue
inspiracja
projektant
ambicje
otucha
żyćko