pierwsza recenzja „trainspotting 2”

„Trainspotting 2” jest dokładnie tym, na co wszyscy mają nadzieję — zabawnym i pełnym nostalgii powrotem do przeszłości.

|
27 Styczeń 2017, 1:29pm

„To nie będzie jakieś gówno, prawda, Danny?", to pytanie podobno usłyszał od obsady reżyser Danny Boyle, kręcący opóźnione i wyczekiwane nawiązanie do kultowego „Trainspotting" z 1996 roku. Krótka odpowiedź brzmi: cóż… nie. To wcale nie jest gówno. W rzeczywistości „Trainspotting 2" jest dokładnie tym, na co wszyscy mieli nadzieję - jest szczery, zabawny i pełen tej samej nostalgii, która prześladuje bohaterów od 20 lat.

Zapożyczający elementy z literackiego sequela Irvine'a Welsha pt. „Porno" film rozpoczyna się we współczesnych czasach. Renton (Ewan McGregor) powraca do Edynburga, żeby stawić czoła wydarzeniom sprzed dwudziestu lat. Znajdziemy tu także Sick Boya (Jonny Lee Miller) — nadużywającego kokainy i wymuszającego haracze, niedoszłego właściciela burdelu; Spuda (Ewan Bremner) — desperacko smutnego i ogłupionego przez lata dożylnego zażywania heroiny. Do tego prawdziwie przerażający Francis Begbie (Robert Carlyle) wyszedł z więzienia i szuka zemsty.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Jak dotąd wszystko brzmi znajomo. W istocie, film posiada cechy remake'u rodem z „Przebudzenia Mocy". Bierze najbardziej uwielbiane elementy oryginału i unowocześnia je w sprytny i pełen odniesień sposób - Renton na samochodzie, znajome dudnienie „Lust For Life" Iggy'ego Popa i epizody znanych postaci (jak genialna Kelly Macdonald).

Jednak „Trainspotting 2" również czymś się wyróżnia. Bohaterowie stali się znużeni światem. Ewan McGregor i Jonny Lee Miller posiadają tę samą chemię, jak wtedy, gdy siedzieli razem na kanapie. Jednak rozmowy duetu w średnim wieku teraz są zdominowane przez nostalgię. I to w sposób łamiący serce. „Czemu masz taką obsesję na punkcie przeszłości?", pyta ich któregoś razu nowa partnerka biznesowa Sick Boya - Veronika (Anjela Nedyalkova). Z tego samego powodu, z którego wielu zapłaci, żeby zobaczyć ten film: żeby poczuć połączenie z czymś z ich młodości. Żeby zapytać: „Jak się tu znaleźliśmy?"

To bardzo sprytne posunięcie ze strony Boyle'a. Film zaczyna delikatnie grzęznąć w odniesieniach — pomimo szybkiego tempa i doszlifowanego już sposobu reżyserowania, częste retrospekcje sprawiają, że staje się lekko przydługawy. Mimo to „Trainspotting 2" nie przeprasza za bycie sequelem. W rzeczywistości rozkoszuje się tym, od uwielbianej ścieżki dźwiękowej do scen komediowych. Boyle mógł nakręcić cokolwiek, a ludzie i tak ustawiali się w kolejkach do kina. Na szczęście wybrał inną drogę.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Matthew Whitehouse