podziemna kultura miejskich jeźdźców

Grupy motocyklistów, takie jak Go Hard Boyz i Reckless Ryders, zmieniają ulice i tereny przemysłowe Londynu w tory do ćwiczenia popisów kaskaderskich i wyrażania siebie. Fotograf Spencer Murphy postanowił pokazać światu to nowe zjawisko.

|
kwi 6 2017, 3:15pm

Młody motocyklista LB Looney pędzi po asfalcie na opuszczonym terenie przemysłowym. Ma na sobie bluzę z kapturem, puchówkę i buty Nike z zabłoconymi podeszwami. Chociaż jedzie bez kasku na jednym kole, odchylony pod kątem 45 stopni i tylko jedną ręką trzyma kierownicę, spokojnie odwraca się w stronę aparatu. „Policja nie może ścigać motocyklistów bez ochraniaczy, bo to zagrażałoby ich życiu", wyjaśnia fotograf Spencer Murphy, który zrobił zdjęcia Looneyowi do swojej książki „Urban Dirt Bikers" wydawnictwa Hoxton Mini Press. „Dlatego panuje przekonanie: 'Jeśli nie noszę kasku, policja nie będzie mnie gonić'".

Grupy motocyklistów na motocrossach, motorowerach i quadach zbierają się i wykonują różne popisy kaskaderskie w miastach, ku niezadowoleniu policji i okolicznych mieszkańców. Kultura BikeLife rozkręciła się w Wielkiej Brytanii mniej więcej w tym samym czasie, co Instagram — jakieś pięć lat temu. Aplikacja była idealną platformą do dzielenia się wyczynami i pomogła rozprzestrzenić subkulturę w Europie — bo w USA już kwitła.

W „Urban Dirt Bikers" Murphy pokazuje młodych motocyklistów, którzy tworzą tę wyjątkową, nową kulturę w śródmieściu Londynu. Jego powalające portrety śmiejących się przyjaciół i twarzy w blasku słońca pokazują w zupełnie nowym świetle często demonizowaną społeczność BikeLife. Murphy, laureat prestiżowej Taylor Wessing Portrait Prize, nie po raz pierwszy uwiecznia społeczności poza mainstreamem — fotografował już m.in. surferów i cyganów. „Powinniśmy oddawać hołd ludziom z marginesu, a nie ich demonizować", mówi. „Musimy zrobić dla nich miejsce i się od nich uczyć".

Co zainteresowało cię w kulturze miejskich motocrossowców?
Po raz pierwszy zetknąłem się z nią na seansie „12 O'Clock Boys". To dokument o fanach motocrossu z Baltimore, którzy jeżdżą od 20 lat. Później usłyszałem o podobnych społecznościach rozwijających się w Londynie. W Wielkiej Brytanii to coś nowego, a dokument pomógł tej kulturze się narodzić w tym miejscu. W końcu zacząłem ich widywać na ulicach. Pod koniec 2015 roku próbowałem kontaktować się z motocyklistami, niestety bez skutku. Zajęło mi to miesiące. W końcu okazało się, że jedynym sposobem są wiadomości na Instagramie i tak dostałem odpowiedź od jednego z motocyklistów. Izzy z grupy Supa Dupa Motos mnie zaprosił. Myślę, że byli wobec mnie dość podejrzliwi, ze względu na problemy z policją.

Jak rysuje się przekrój demograficzny tej społeczności?
Jest zdominowana przez mężczyzn. Poznałem tylko dwie czy trzy kobiety. Jeśli chodzi o wiek, to jest bardzo zróżnicowany: od małych dzieciaków na rowerkach biegowych (uwielbiają motocyklistów), po kolesi po 30. Mieszkają głównie w śródmieściu. Prawie wszystkie miejsca, w których jeżdżą, znajdują się na peryferiach, na granicach, gdzie miasto styka się ze wsią. Motocykliści szukają miejsc, gdzie nie będą przeszkadzać ogółowi, a policja nie przyjdzie im przerwać.

Co dokładnie chce ukrócić policja?
Kilka rzeczy. Quady i motocykle są dozwolone na drogach, ale motocrossy nie, a to właśnie na nich głównie jeżdżą. Hałas też stanowi problem. A gdy zrobi się jakąś sztuczkę, to już zmienia się w niebezpieczną jazdę, która jest wykroczeniem. W zasadzie, jeśli pojadą na jednym kole, to staje się nielegalne i może się skończyć nawet utratą pojazdu. Znam kilku, którzy wylądowali w więzieniu. Policja ich filmuje i namierza po rejestracjach. Wielu z nich je zdejmuje i prawie nikt nie chce pokazywać twarzy. Noszą maski, w których wyglądają jeszcze bardziej jak anarchiści. Robią to żeby chronić siebie, a nie żeby ukryć swoją tożsamość, bo są zamieszani w przestępczy półświatek. Z mojego doświadczenia wynika, że kultura motocyklowa ma dokładnie odwrotny efekt i pomaga ludziom wyrwać się z [przestępczego] życia.

Czy chętnie pozowali?
Było bardzo ciężko. Na początku niektórzy się martwili, że jestem policjantem działającym pod przykrywką, starającym się wejść do ich społeczności. Nie chcieli się ze mną zadawać. Na szczęście niektórzy mieli inne zdanie. Niektóre dzieciaki miały bardzo wspierających rodziców, którzy widzieli plusy tego, co robią, więc mogły pokazać twarze. Chciałem pokazać, że ta kultura ma więcej głębi, to nie tylko straszne postaci w kominiarkach i maskach z czaszkami. Oczywiście podoba mi się też motyw współczesnych ludzi wyjętych spod prawa.

Czy oni uważają się za ludzi wyjętych spod prawa?
W dzieciństwie bardzo wkręciłem się w jazdę na desce i widzę wiele podobieństw między tą kulturą a miejską jazdą na motocrossie. Samo to, że skateboarding znajdował się na marginesie, zachęcił mnie, by tego spróbować. Społeczeństwu i władzy się to nie podobało, więc żyliśmy jak buntownicy.

Co jeszcze ich do tego przyciąga?
Gdy zapytałem, dlaczego to robią, większość ludzi powiedziała to, co w przypadku innych niebezpiecznych sportów. To przynosi ulgę. Nieważne, co dzieje się w domu czy w pracy, mogą wsiąść na motor i wszystko zostanie w tyle. Mogą poczuć wolność. To uniwersalna odpowiedź.

Co dzieje się na ich zjazdach?
Przeważnie spotykają się na terenie przemysłowym w weekend, gdy jest zamknięty. Zbierają się na końcu drogi, motocykliści jeżdżą w jedną i drugą i robią sztuczki. Czasem pojawiają się też widzowie, zawodnicy filmują się nawzajem z pojazdów. To bardzo towarzyskie spotkania. W niektórych rejonach Ameryki to teraz półlegalne, ale tutaj to jeszcze nie nastąpiło. Wielu z tych kolesi błaga o legalny tor do jazdy. Inni mówią, że na spotkaniach po prostu ćwiczą jazdę na drodze i unikanie korków. Przeważnie nie stawiają się w dużych grupach, ale problem pojawia się, gdy dochodzi do wypadków. Coś może pójść nie tak bardzo łatwo. Myślę, że dlatego policja chce interweniować.

Jakie panują najpopularniejsze stereotypy związane z tą subkulturą?
Często przedstawia się ich jako członków gangów i złodziei motorów. Jedynym przestępstwem, jakie popełniają, są popisy kaskaderskie. W ostatnie Halloween zorganizowali sobie wielką przejażdżkę w centrum Londynu — pojechali Oxford Street — i doszło do paru incydentów, np. kradzieży telefonu. To jednak zaledwie jednostki, które zepsuły zabawę masie. Nie odzwierciedlają całej społeczności.

Jak dużą rolę w tej kulturze odgrywa styl? Czy panuje jakaś konkretna estetyka, którą chciałeś uchwycić?
Tak jak w przypadku każdego zmarginalizowanego sportu lub dyscypliny indywidualnej, na styl kładzie się tu duży nacisk. Ich motocykle są przerabiane, by wyglądały w konkretny sposób. Noszą też specyficzne ubrania. Właśnie tego szukałem: ludzi w dresach Adidasa, maskach z czaszkami, z bandanami i złotymi zębami. Zdecydowanie mają określony styl, moim zdaniem mocno związany z hip-hopem i grimem.

Twoje prace często skupiają się na społecznościach, które żyją poza głównym nurtem. Czy w tym sensie ta książka wydawała ci się kontynuacją większego projektu?
Przed tą książką fotografowałem grupę skłotersów, stojących przed eksmisją. Robiłem zdjęcia pustelników, cygańskich festynów z końmi i ludzi żywiących się zwierzętami potrąconymi przez pojazdy. Zawsze interesowali mnie ludzie, żyjący poza tym, co uznajemy za normę. To temat, który przewija się w moich pracach. Interesuje mnie przestrzeń między tym, co jest legalne, a co nielegalne, między tym, co jest szalone i normalne. Sądzę, że to właśnie tam zawsze dzieją się ciekawe rzeczy i powstają zupełnie nowe.

„Urban Dirt Bikers" jest dostępne w przedsprzedaży przez Hoxton Mini Press.
hoxtonminipress.com

Przeczytaj też:

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Kredyty


Tekst: Alice Newell-Hanson
Zdjęcia: Spencer Murphy