ryan gosling o filmach, przyjaciołach i reżyserii

Aktor stanął za kamerą, by stworzyć Lost River – kojarzący się z sennymi wizjami film fantasy osadzony w postapokaliptycznych realiach Detroit.

tekst Tish Weinstock
|
03 Lipiec 2015, 5:40am

Ryan Gosling jest jak kot z dziewięcioma życiami. Był już muzykiem, aktorem, supergwiazdą Mickey Mouse Club, memem (tym, w którym ma na sobie sweter zrobiony z materiału na chłopaka, nie ma szans, żebyście na niego kiedyś nie trafili) i pisarzem. W Kocha, lubi, szanuje doprowadzał nas do śmiechu, w Drugim obliczu do łez. A w Pamiętniku sprawił nawet, że każda z nas bez wyjątku zamarzyła o posiadaniu chłopaka. Teraz dodał zaś kolejny wpis do swojego imponującego CV. Jego debiut reżyserski doczekał się właśnie światowej premiery (i tak, napisał także scenariusz).

Lost River to magiczna opowieść, która łączy fantazję z rzeczywistością. Traktuje o samotnej matce, próbującej uchronić swój dom rodzinny przed zniszczeniem. O makabrycznym klubie nocnym, w którym morderstwo staje się rozrywką. O podwodnym mieście, łobuzie, szczurze i czarującym chłopcu nazywanym Bones. W tej mrocznej i pokręconej wersji Goonies występują Matt Smith, Christina Hendricks, Iain De Casestecker oraz Soarise Ronan. Ta kinowa wizja zabierze was w pełną neonów, kojarzącą się ze snem podróż do rzeczywistości pewnej rodziny, która właśnie zmieniła się w koszmar. A skoro mowa o snach, to Ryan niedawno spełnił nasze, spotykając się z nami, żeby porozmawiać o filmach, przyjaźniach i dowodzeniu ekipą na planie.

Hej, Ryan.
Hej.

Właśnie zachowywaliśmy się bardzo po brytyjsku, bo gadaliśmy sobie o pogodzie.
Czy pogoda robi na tobie wrażenie?

Tak, naprawdę muszę się opalić.
Powinnaś sobie sprawić jedną z tych lamp do opalania. Chcesz może wodę?

Gazowaną, jeśli można.
O, naprawdę sobie folgujemy.

Wiem, że nie służy zdrowiu, bo ma w sobie dużo soli...
No tak, trzeba uważać na te kamienie nerkowe.

Coś czuje, że w moim przypadku może być już za późno. Ale wróćmy do tematu - gratuluję ci nowego filmu. Był genialny.
Dzięki, dziękuję ci bardzo.

Uwielbiałam go, ale także wywołał we mnie nienawiść. Zwłaszcza scena z tym biednym szczurem.
Jest ostro pojebana, racja?

Miałam przeczucie, że może do tego dojść...
Naprawdę?

A nie powinnam? Matt Smith głaskał go dosyć długo...
Myślisz, że z tego nie mogło wyjść nic dobrego?

Dobrze, to powiedz mi, skąd wziął się pomysł na scenariusz?
Miałem okazję pojechać do Detroit. A żeby mieć to już za sobą - pochodzę z Kanady. W mojej głowie od zawsze tkwiła taka romantyczna wizja Detroit. Z Detroit pochodzi wszystko, co jest fajne. Eminem, Motown, Motor City, lodówki, klasa średnia, amerykański sen. To wszystko, co postrzega się jako ikoniczne. Ale kiedy tam się zjawiłem, byłem mocno zaskoczony. To teraz bardzo inne miasto. Jest tam 40 mil opuszczonych dzielnic. Władze ogłosiły bankructwo i wyłączyły lampy uliczne. W tych okolicach, które mają być zrównane z ziemią lub są dosłownie spalane, wciąż mieszkają pojedyncze rodziny trzymające się za wszelką cenę swoich domów. Ta sytuacja wydała mi się jak z kinowej produkcji fantasy lub science fiction. Sprawiało to takie wrażenie, jakby sen zmieniał się w koszmar. I właśnie o tym zapragnąłem zrobić film.

Ten film wydaje się widzowi czystym fantasy, z magicznymi zaklęciami i podwodnymi miastami. Czy zakorzenienie go w rzeczywistości było dla ciebie bardzo istotną sprawą?
Chcieliśmy kroczyć po granicy między fantazją a światem realnym. I nigdy nie przejść wyraźnie na jedną czy drugą stronę. Pragnęliśmy ukazać całą fabułę z punktu widzenia tych dzieciaków, które kreują dla samych siebie własną baśń. Stąd idea zaklęcia. Służy temu, by to co się z nimi dzieje wydawało nam się ważniejsze i bardziej wyjątkowe. Ten film nakręciliśmy w subiektywny sposób, jest przefiltrowany przez ich osobistą perspektywę. Na przykład klub nie ma być symbolicznym przedstawieniem jakiegoś stanu umysłu. To prawdziwe miejsce, w którym pieniądze przechodzą z rąk do rąk. Jest tam zaplecze, na którym pokazują ludziom morderstwa jako przedstawienie ku ich uciesze. Staraliśmy się ukazać to tak, żeby było to stuprocentowo jasne.

W większości filmów chodzi o zawieszenie niewiary, ale Lost River stawia raczej na odkrywanie przed widzem sztuczności - poprzez dekoracje, sztuczną krew i nawiązania do autentycznych występów w makabrycznym stylu...
Tak, bardzo chcieliśmy pokazać, że to wszystko pochodzi z rzeczywistości. Wydaje się fantastyczne, ale tak naprawdę takie nie jest. Klub oparliśmy na Le Grand Guignol, Piekielnej Kawiarni, Tawernie Śmierci - prawdziwych przybytkach, które można było zwiedzać w Paryżu lat 20. Były częścią sceny, która przetwarzała śmierć i makabrę w rozrywkę. Pragnęliśmy, żeby widz wyraźnie to widział, realność tych wydarzeń. Ale znowu, pamiętajmy, że obserwuje je z perspektywy postaci i przypatruje się temu, jak w ich umysłach mogły się one przekształcić w snutą przez nie bajkową narrację.

Film poddano daleko idącej stylizacji wizualnej, aż do punktu, w którym światło i kolor stały się integralną częścią narracji. Czy nakreśliłeś sobie tę wizję najpierw w umyśle, czy może było to coś, co ewoluowało w trakcie produkcji?
Nagrywałem ten film ponad rok... Inaczej, w trakcie jednego roku, samodzielnie, chodziłem po mieście i kręciłem. Wtedy zorientowałem się, że w istocie zacząłem tworzyć własny film. Cała estetyka ustaliła się już na początku procesu twórczego, właśnie w tamtym okresie.

Jak ważne było dla ciebie to, że pracowałeś na miejscu z kameralną ekipą zaufanych ludzi?
Tak, to zabawne, że masz rację. To naprawdę było dla mnie ważne. Wydaje się dziwne, że pokazujemy ten film na tak dużą skalę, a zrobiliśmy go w tak minimalistyczny sposób. Wyglądało to trochę tak, jakbym próbował zebrać razem ludzi, których znałem lub podziwiałem, by zrobić coś wspólnie z nimi. Tylko z kilkoma nie pracowałem nigdy przedtem, między innymi z Barbarą Steele czy Mattem Smithem.

Matt zagrał wspaniale, ale moją ulubioną postacią był bez wątpienia taksówkarz.
Tak, Reda (Kateb). Ten film opowiada o rozbitym domu, to świat bez ojca. Nie znajdziemy w nim żadnej pozytywnej męskiej obecności, więc taką właśnie miał stać się Reda. Miał pojawić się, by wejść w tę rolę, wiesz? Musieliśmy znaleźć więc kogoś, kto byłby naprawdę przyzwoitym kolesiem. Reda jest naprawdę poetyckim facetem. Jeździliśmy po mieście, filmowaliśmy go, a on mówił zwyczajnie o tym, co akurat widział. Włożył w tę postać tyle z siebie.

Interesujące, że to powiedziałeś. Ponieważ odkryłam, że pomiędzy Lost River a Drugim obliczem można by znaleźć wiele podobieństw, przede wszystkim w kwestii utraty ojca. Na Drugim obliczu płakałam. Cały czas.
Och, naprawdę?

Tak, bo sama nie mam ojca. Oglądałam ten film w samolocie i dosłownie przez całą drogę do Los Angeles popłakiwałam. Ale powiedz mi proszę, czy te podobieństwa pojawiły się celowo?
Haha. Nie wiem. Chodzi o to, że w naszym filmie nie poruszaliśmy w ogóle wątku tego, gdzie podział się ojciec. To miało być wizualne odzwierciedlenie tego, jak czuje się dziecko dorastające w takich okolicznościach, rozumiesz? To pasowało do tego filmu, ale nie jest to dla mnie jakiś wiodący motyw w moich artystycznych przedsięwzięciach. Wiem, że jest takim dla Dereka Cianfrance'a. To temat przewodni wszystkich jego filmów.

Czy kiedy kręciłeś ten film, myślałeś o tym, co nadejdzie po zakończeniu produkcji - pokazywaniu go setkom ludzi, dostawaniu recenzji, promocji w prasie?
Wtedy nie, nie myślałem o tym. Stosowałem przez większość czasu podejście „jeden krok na raz". To właśnie kocham w tym filmie, powstawał w bardzo naturalny sposób. Najpierw kręciłem sam, potem pojawiły się inne osoby, a dopiero teraz rozmawiamy sobie o końcowym efekcie. Nie było takiego konkretnego momentu, w którym pomyślałem sobie *pstryka palcami* „Będę reżyserem, to będzie wyglądało właśnie tak".

Czy czułeś się bardziej jak reżyser, czy jak człowiek zarządzający samodzielnie całością przedsięwzięcia?
Czułem się rzeczywiście odpowiedzialny za wszystkich. Cała ekipa przyjechała w niebezpieczną okolicę, by nakręcić mój film. Wystawiali się na niebezpieczeństwo dla tej produkcji, więc czułem sporą odpowiedzialność.

Ok, to jeszcze ostatnie pytanie. Czym teraz będziesz się zajmował?
Będę teraz grał w filmie, który nazywa się The Big Short. Popracuję znowu ze Stevem Carellem, ale też z paroma innymi gośćmi, takimi jak Brad Pitt i Christian Bale. Jeszcze nigdy z nimi nie pracowałem, więc dla mnie to ekscytująca okazja. Wyreżyseruje to Adam McKay. Lubisz jego filmy? On nakręcił Legendę telewizji i Braci przyrodnich.

O, jak fajnie! To komedia?
Nie, ale mam nadzieję, że mimo to okaże się zabawny.

Lost river trafi do polskich kin już 10 lipca.

Kredyty


Tekst: Tish Weinstock
Fotografia: Matt Jones
Stylizacja: Kate Young
Zdjęcie nagłówkowe pochodzi z The Together Issue, nr 216, styczeń 2002

Tagged:
Ryan Gosling
Kultura
aktor
archiwum i-d