emo - ostatnia prawdziwa subkultura

Dzieciaki emo, czyli czarne owce społeczeństwa to pokolenie, które dorastało w cyberprzestrzeni.

tekst i-D Staff
|
09 Lipiec 2015, 1:28pm

Jeśli należysz do tzw. generacji Y [ludzi urodzonych w latach 1984-1997], to założę się, że podobnie jak miliony innych osób, miałeś kiedyś dobrego znajomego, Toma. I mówimy tu o jednym i tym samym Tomie - niejakim Tomie Andersonie, aka MySpace Tomie. Tom przydzielony był automatycznie jako twój pierwszy „znajomy' na MySpace (pamiętamy...) Przede wszystkim jednak Tom, niepoprawny nerd, stworzył platformę społecznościową, która stała się gruntem rozwoju dla całej subkultury emo na początku milenium.

Emo to w miarę nowa subkultura młodzieżowa, która utrzymała się chyba najdłużej ze wszystkich. Trendy przychodzą, odchodzą i słuch po nich ginie (halo, new rave?) Moda może wydawać się przełomem, ale podobnie, jak wszystko inne, nie trwa wiecznie. Jednak jakoś między 2003 a 2008 rokiem, emo przedarło się przez ekrany komputerów i chwyciło zakompleksionych nastolatków prosto za serca, podsyciło młodzieńczy gniew i odcisnęło piętno na ich życiach w każdy możliwy sposób. Dla wielu nastolatków, emo nie oznaczało jedynie ćwiekowanych pasków, słów piosenek o podcinaniu żył, czarnej kredki do oczu i czarno czerwonych ciuchów. Jakkolwiek banalnie to brzmi, emo to styl życia. Bardzo wyrazisty i specyficzny styl życia, który zaraził całe hordy młodych ludzi.

Wszystko zaczęło się od muzyki. Gatunek wziął korzenie od amerykańskiej sceny hardcore punkowej z przełomu lat 80., następnie przypisywano mu inspiracje kapelami takimi jak Mineral czy American Football z lat 90. Jednak to dopiero z nadejściem nowego milenium, emo na dobre zaznaczyło swoje miejsce w kulturze, za sprawą popu połączonego z emocjonalnym hardkorem. Subkulturze soundtrack zapewniły takie kapele jak (między innymi): Taking Back Sunday, Brand New, Jimmy Eat World, Hawthorne Heights, Dashboard Confessional, My Chemical Romance czy Fall Out Boy.

Wprawdzie muzyka jest przeważnie nieodłączną częścią subkultury i w tym przypadku nie było inaczej, to tutaj istota tkwi dużo głębiej, jako że emo napędzała technologia. Dla tej subkultury zarówno i czas, jak i miejsce, okazały się idealne do rozwoju. Właśnie zaczynało powstawać imperium mediów społecznościowych. Po raz pierwszy w historii młodzi ludzie mieli możliwość nawiązywania kontaktu z zespołami i to bez wychodzenia z domu. Artyści również mieli swoje profile, co sprawiało, że wydawali się oni bardziej ludzcy i przystępni.

W tym samym czasie, na popularności rosła bardzo szczera i emocjonalna muzyka, z dostatecznie dużą siłą, aby pociągnąć za sobą całe pokolenie oddanych fanów. Zostaliśmy uderzeni dźwiękiem, stylem, znaczeniem, a także sensem przynależności, który polegał właśnie na braku przynależności. Co istotne, Myspace dawał możliwość formowania własnej, cyfrowej tożsamości. Łatwo było nauczyć się podstaw HTML-a i zrobić sobie profil. Wtedy właśnie narodziło się selfie, które już wtedy ludzie przerabiali milionami filtrów. Twoje imię mogło brzmieć, jak tylko podpowiedziała ci wyobraźnia: „Morphine"? „Switchblade"? No problem. W wieku, gdy borykaliśmy się z milionem idei na sekundę, dotyczących nas samych i naszej tożsamości, natknęliśmy się na emo, które zdawało się odpowiadać na wszystkie pytania. Wszyscy wirtualni znajomi zdawali się podążać tą samą drogą.

Look był dosyć jednakowy. Trzeba było poświęcić prawie cały zasób włosów z głowy na rzecz grzywki, którą koniecznie zaczesywało się na bok. Resztę ucinało się na chama żyletką. Make-up nagle nie był zarezerwowany już tylko dla dziewczyn. Czarne kredki i eyelinery schodziły jak świeże bułeczki. Płeć nie miała znaczenia, bo każdy ubierał się i wyglądał tak samo. Damskie, super obcisłe rurki, lakier do paznokci, farba do włosów, kolczyki, t-shirty z zespołami (tak ciasne, że odcinały krążenie), a nazwy kapel mazało się markerem na plecakach czy trampkach.

Subkultura ta, w rażącym przeciwieństwie do wszystkich poprzednich, polegała na dużej ostrożności i introspekcji. Między innymi pewnie dlatego, że jako pierwsza narodziła się online. Zamiast wylewać gniew na świat, smutek i ogień zachowywało się w środku, kierowało do wewnątrz. Jak mówiły teksty piosenek, związki były ważne, acz kompletnie niemożliwe. Były wszystkim tylko po to, aby nagle stać się niczym. Ludzie, będący jedynie przyszłym rozczarowaniem, prędzej czy później i tak cię zdradzą, sam zresztą też się zdradzisz. Emo cholernie sprzeciwiało się szufladkom i przymusowej identyfikacji pt. „ty jesteś tym, więc to i tamto..." Ale tak naprawdę, w rzeczywistości, przynależność do „szczepu emo" było jednym z zamierzeń, a może i celem samym w sobie.  

W końcu ruch stał się aż tak wielki, że sam siebie skonsumował. Nagle wszyscy „odpowiedzialni" zwiedzieli się, że dzieciaki mają przecież tendencję do wydawania kasy, a na emo można zarobić (i to dobrze zarobić). W sklepach zaczęły pojawiać się więc rurki, ćwieki i inne emo rekwizyty. Nie trzeba było już polować nań w internecie. Pierwszy raz od dłuższego czasu, komercja otworzyła się na prowokacyjny styl nastolatków. Wszyscy mieli do niego dostęp.

Można więc powiedzieć, że emo umarło śmiercią naturalną, której doświadczyły również inne subkultury, a mianowicie zostając wchłonięte przez mainstream. Przyczyna końca tkwiła również w masowej migracji na Facebooka i Bebo. Nie przetrwał nawet soundtrack. Kapele, takiej jak My Chemical Romance czy Fall Out Boy poddały się bardziej współczesnym brzmieniom.

Zanim to nastąpiło, cała subkultura stała się tak mainstreamowa i zależna od technologii, że właściwie dała podłoże istocie naszych dzisiejszych interakcji. To wtedy właśnie narodziła się kultura wszechobecnych postów i udostępnień. Związki istniały po to, aby można było podsumować je za pomocą przerobionych zdjęć o bardzo wysokim kontraście oraz innych cyfrowych przejawów miłości. Można powiedzieć, że było to swoiste pole treningowe do osobistego brandingu. Nauczyliśmy się łaknąć publicznej akceptacji. Lajki i serduszka zaczęły mieć ogromne znaczenie. To właśnie wtedy zaczęły kiełkować memy, motywujące zdjęcia i cała kultura Tumblr. Zjawisko to pokazało, jaką moc mają media społecznościowe i jaki wpływ wywierają na młodych ludziach.

Jeśli chodzi o styl, to właściwie wiele aspektów nadal jest bardzo popularnych. Może też staliśmy się bardziej otwarci na alternatywę? Albo po prostu się do niej przyzwyczailiśmy. Ćwieki, okulary w grubych oprawkach, skórzane kurtki, rurki, vansy - przecież to nadal widzimy dziś wszędzie. Niektóre trendy internetowe, takie jak cyberpunk w bardzo oczywisty sposób czerpią z emo. 

Wprawdzie to internet sprawił, że zjawisko emo miał szansę się rozwinąć, ale z drugiej strony to właśnie za sprawą internetu żadna subkultura nie będzie miała szansy powstać w podobny sposób, co poprzednie, te sprzed cyfrowej doby. Wszechobecne wi-fi sprawia, że mało kto wychodzi już z domu i poznaje się w tzw. realu, bo po co? Co dopiero mówić o tworzeniu subkultur z krwi i kości. Dlatego też, bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie, to właśnie emo stanowi pierwsze, a zarazem ostatnie zjawisko swojego rodzaju. Myślę, że szybko o nim nie zapomnimy.

Kredyty


Tekst: Hannah Ewens
Tłumaczenie: Zuza Bień

Tagged:
emo
muzyka
styl
Kultura
subkultury