historia berlińskiego techno

W 1988 roku Ralf Niemczyk zanurzył się w niemiecki underground, by następnie opowiedzieć i-D o szalonych weekendach i Paradzie Miłości. Dziś rozmawiamy z nim ponownie o tym, jak zmieniła się od tamtej pory scena techno.

|
13 Listopad 2015, 11:21am

Kompletnie zapomniałem o tym artykule z 1988 r. - ciągnął się przez dobre kilka stron i miał tytuł „Germany - The Past, Present and Future of Dance Music" [Niemcy - przeszłość, teraźniejszość i przyszłość tanecznej muzyki]. Tekst był owocem niemiecko-angielskiej współpracy. Matthew Collin zbierał wtedy materiały na terenie ówczesnej RFN, z kolei ja próbowałem odtworzyć swoją własną na wpół mądrą wizję, przelewając ją na papier. Efektem było połączenie obu przedsięwzięć w Londynie, z czego powstał artykuł.

Tekst opowiadał o kwitnącej scenie techno, którą tworzyły dyskoteki Frankfurtu, Hamburga i Berlina. Jeśli chodzi o muzyczne inspiracje, to gatunek czerpał z kapeli Kraftwerk, krautrocka, electro glamu, gejowskich dyskotek, miłośników skór i tanecznej muzyki robotów. Kultura klubowa zalała wówczas całą Europę, a elektrofuturyzm na dobre zaczynał krystalizować się w Anglii w postaci acid house'u. W całej Europie soundtrackiem młodości stała się muzyka klubowa z Detroit i Chicago, jednak nigdzie indziej nie odcisnęła ona tak znaczącego śladu, co właśnie w Niemczech.

Kluczowymi inspiracjami byli wówczas sekwenserowi ekscentrycy - Gabi Delgado z kapeli DAF oraz Klaus Stockhausen - DJ z Hamburga i jeden z pionierów muzyki house. Londyński pop-rap również zainspirował w jakiś sposób scenę elektroniczną. A to był dopiero początek wszystkiego.

W 1988 roku Berlin Zachodni od Wschodniego nadal oddzielał mur, a miasto pod względem rozwoju pozostawiało wiele do życzenia. Zwłaszcza jeśli mowa o klubach i zwłaszcza w porównaniu z resztą RFN. Był klub Dschungel, gdzie królował DJ WestBam. Był klub Metropol na Nollendorf Platz w dzielnicy Schöneberg, a także spot fanów Depeche Mode - Linientreu nieopodal Dworca Zoo. Jednak wyłączając ww. bastiony kultury klubowej, Schöneberg i Kreuzberg zasiedlali wówczas głównie anarchiści i punki, bardzo lubujący się w heroinie i poza paroma miejscami, Berlin ogólnie był dla dzieciaków jedną wielką nudą. Wszystko, co fajne, działo się gdzie indziej - na przykład we Frankfurcie i Hamburgu.

Dokładnie 11 miesięcy po ukazaniu się artykułu, w listopadzie 1989 roku runął mur berliński, a żelazna kurtyna przestała istnieć. Nowe brzmienie techno stanowiło soundtrack do upadającego muru, a także do solidaryzacji miasta i całego kraju. Ja żyłem wtedy w dosyć sceptycznie nastawionej Kolonii, gdzie ludzie niekoniecznie marzyli o ponownej integracji. Wówczas nawet szybko rozwijające się Monachium wraz ze swym lekko nadętym charakterem, wydawało się fajniejszym miejscem niż rozpadające się budynki Mitte czy Prenzlauer Berg w Berlinie. 

To wszystko jednak bardzo szybko zmieniło się w ciągu kolejnych lat. W 1990 i 1991 roku, WMF i Tresor, a także inne, mniejsze kluby wprowadziły techno na berlińskie parkiety. Okazało się również, że te rozpadające się budynki na Mitte czy Prenzlauer Berg są wręcz idealne na całonocne, a czasem całoweekendowe imprezy techno.

Scena muzyczna Berlina, który stanowiła miksturę techno z Detroit z muzyką industrialną oraz EBM [electronic body music] i którą zaczynano nazywać terminem „tekkno" nie do końca jednak przypadła mi do gustu. Nieustannie pulsujące stroboskopy, mgła i szokujące ilości substancji odurzających... Była to muzyka z bitem 4/4, stanowiąca akompaniament pod wspomnianą wyżej scenerię. Tak, tak, zgadzam się - było to ekscytujące, ale o 5 rano w klubie na Alexanderplatz, jeśli nie byłeś na dragach, to wszystko było jednak dziwnie otrzeźwiające.

Następnie wszystko toczyło się w najlepsze aż do roku 95/96, kiedy to na horyzoncie pojawiły się pieniądze. A dokładnie: bardzo dużo pieniędzy. Jeśli chodzi o Frankfurt, Kolonię, Hamburg i Monachium, nie była to żadna niespodzianka, bo kasa była obecna na obrazku od samego początku, jednak Berlin do tego obrazka nie należał - zawsze był zbyt dziwny, antysystemowy i biedny na to wszystko. 

Jurgen Laarman przeniósł się z Frankfurtu do Berlina w 1992 roku i w zaledwie kilka lat zmienił swój czarnobiały fanzine pt. Frontpage w błyszczącą maszynę marketingową ukierunkowaną na kulturę techno, za pomocą pieniędzy pochodzących z branży reklamowej. W redakcji Frontpage, na rogu budynku na Tauenzien Strasse rodziły się istne strategie opanowania świata - ekipa zajęła się promowaniem eventów i niszczeniem konkurencji, przy czym próbowano zarobić na tym możliwie jak najwięcej pieniędzy. Prawdziwą uwagę ściągnęli na siebie przy okazji zaangażowania się w Love Parade, które w 1994 roku przyciągnęło ponad 100 tys. osób. 

Prawdziwy bałagan, który zresztą od tamtej pory był częścią nowego wizerunku Niemiec, doskonale widać było z perspektywy redakcji Frontpage. Moda była dziwną mieszanką tzw. stylu klubowego z połowy lat 90.: tzw. buffalo boots [specyficzne buty na koturnie, nosiły je też Spice Girls, przyp. tłum.], topy w słoneczniki, różowe kowbojskie kapelusze, spodnie przypominające worki na śmieci, ogromne karabiny na wodę oraz przekłute sutki, widoczne pod siatkowymi topami. 

Szaleństwo, seks i dużo kasy szybko wymieszały się w klubowym mikserze berlińskiego undergroundu, co następnie poprowadziło do dosyć groteskowych wojen terytorialnych w stylu gangów Nowego Jorku - w wydaniu przyprószonym MDMA i techno. Jednocześnie techno było na najlepszej drodze do mainstreamowego sukcesu: Marusha już go zresztą osiągnęła dzięki swojej dance'owej wersji kawałka Somewhere Over the Rainbow. 

Z kolei wytwórnia WestBama - Low Spirit wypuściła składankę największych hitów, a główne wytwórnie na zachodzie Niemiec zaczęły zdawać sobie sprawę, że na techno nadal można zarobić. To niestety poskutkowało lawiną gówna, z którego duża część przylgnęła na dobre.

W kwietniu 1997 roku ostatnie biura Technomedia na Motz Strasse czuły na sobie nieprzyjemne następstwa. Firma stała na krawędzi bankructwa i finalnie okazała się kolejną, kompletnie spłukaną, średnią agencją eventową. Love Parade wprawdzie nadal się rozwijało, jednak odczuwalny był brak całej tej ekscytacji z przeszłości. Techno rozbiło się na nieskończoną liczbę podgatunków, które byli i są w stanie rozróżnić jedynie ci najbardziej wtajemniczeni. 

Podczas gdy techno zaczęło tracić swoje wpływy, Berlin zaczął czerpać z międzynarodowej kopalni młodych artystów. Pierwsza fala dużych galerii z Kolonii, Londynu i Nowego Jorku zaczęła zalewać stolicę Niemiec. Czynsz w dzielnicach takich jak Neukölln, Wedding czy Friedrichshain nadal był dużo niższy niż średnia na zachodzie Niemiec, a dziś plasuje się poniżej średniej europejskich stolic. Żadne inne niemieckie miasto nie ośmieliło się odebrać Berlinowi tytułu centrum muzyki tanecznej.

Pod koniec lat 90. nadeszły ekscesy słynnego klubu Bar 25, a następnie niekończące się imprezy w ketaminowej świątyni - Berghain. W wielu dużych miastach Europy istnieje niewątpliwie cały wachlarz stylów, których nie widzieliśmy nigdy wcześniej, jednak z drugiej strony, wszystko to straciło na autentyczności. Nie ma już swoistego, plemiennego charakteru i niebezpieczeństwa wiszącego w powietrzu. Kiedyś w Nowym Jorku był eurotrash, a dziś z kolei Weserstraße w Neukölln nocą opanowują karykatury hipsterów z Brooklynu. Berlin ma się dobrze, pytanie brzmi tylko: na jak długo.

Czytaj też: Rave i moda: jak to się zaczęło.

Kredyty


Tekst: Ralf Niemczyk
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia: Tilman Brembs / Zeitmaschine.org