powiększenie jest wciąż największym filmem modowym

Przyglądamy się z bliska arcydziełu Antonioniego z 1966 r.

tekst Glenn O'Brien
|
21 Styczeń 2015, 10:35am

Photography courtesy of Warner Brothers

Miałem 18 albo 19 lat, gdy do kin weszło „Powiększenie", i powiedzieć, że zmieniło moje życie, to jakby nic nie powiedzieć. Miało swoją premierę dokładnie w tym samym czasie co pierwsze albumy Rolling Stonesów i The Velvet Underground. Tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty szósty. To był rok „Blonde on Blonde" Dylana i jego piosenki o tym, jak „nie czułby się tak do bani, gdyby wszyscy byli zjarani". Tacy więc byliśmy. Byliśmy hipsterami, hipisami dopiero później. Byliśmy napaleni, nakręceni, nasze głowy eksplodowały. A to dopiero początek…

Michelangelo Antonioni reżyserował filmy od 1950 roku. Jego pierwszym międzynarodowym - choć wciąż niszowym - hitem była „Przygoda" z 1960., po której kolejno tworzył takie klasyki gatunku jak „Noc", „Zaćmienie" i „Czerwona pustynia". Te, i inne jego dzieła, widziałem już jednak trochę później. Poznałem go dzięki pierwszemu anglojęzycznemu filmowi, który nakręcił. „Powiększeniu", wyprodukowanemu przez Carla Pontiego.

Ze znajomymi poszliśmy go obejrzeć, bo występowali w nich The Yardbirds, a my kochaliśmy ich może nawet bardziej niż Stonesów. Pod tym względem, „Powiększenie" jest legendą, bo pokazuje zespół w krótkim okresie, gdy występowali w nim jednocześnie Jeff Beck i Jimmy Page. Dobrze znaliśmy kawałek, który grają podczas sceny w klubie nocnym - „Stroll On" - bo był w sumie podkręconą, przyspieszoną wersją funkowo-bluesowego „Smokestack Lightning" Howlin' Wolfa. Ale miał też w sobie coś innego: zawodził feedbackiem - sprzężeniem zwrotnym, piskiem wywołanym przez bliskość gitary i głośników. Czymś, czego prawie nie znaliśmy do tej pory. Jeśli już, to może tylko z „I Feel Fine" Beatlesów z 1965 r.

Wylansowany główny bohater, fotograf Thomas (w jego roli David Hemmings), trafia do londyńskiego, wymalowanego w opartowe wzory klubu dla bitników. Tam - poza modelką, która tańczy z czarnym chłopakiem - tłum wstawionej ospałej „swingującej" młodzieży patrzy jak The Yardbirds dają czadu. W połowie piosenki Jeff Beck ma jednak problem ze wzmacniaczem, i - wkurzony żując gumę - rozwala o niego swoją gitarę. Rzuca jej gryf publiczności i wywołuje prawdziwą bójkę. Fragment instrumentu zdobywa Thomas, ucieka na zewnątrz i wyrzuca go dalej. Na ulicę.

Okej, to już historia: feedback i rozwalanie gitar w '66. Wcześniej - jak mi się wydaje - robili też tak może Hendrix albo The Who, ale było to tylko początkiem nowego szału, na który wszyscy czekaliśmy. Poza tym, resztę soundtracku „Powiększenia" zrobił (wtedy 26-letni) Herbie Hancock!

Postać fotografa Thomasa była wyraźnie wzorowana na Davidzie Bailey'u, naczelnym fotografie Swingującego Londynu. David powiedział mi kiedyś, że Antonioni próbował namówić go do zagrania w tym filmie , ale Hemmings w jego roli nieźle daje radę. Sprawia, że fotografia mody wydaje się zawodem, który można wykonywać gdy się dorośnie. Ten gość nie jest po prostu modowym lalusiem. Na początku filmu wychodzi z więzienia, gdzie pod przykrywką robił zdjęcia, i wraca do domu swoim Bentleyem kabrio.

Następnie, w najbardziej zmysłowej scenie sesji zdjęciowej w historii (czysty umysłowy seks) fotografuje Veruschkę. Robi zdjęcia gromadzie niesamowicie wyglądających popartowych dziewczyn, włącznie ze słynną Peggy Moffitt. Zdarza mu się też trójkącik z dwoma modelkami - 20-letnią Jane Birkin i 21-letnią Gillian Hills - które rozbierają się i bawią w zapasy wśród fal podartego papierowego tła.

I dokładnie wtedy fotograf mody stał się jednym z najbardziej pożądanych zawodów świata. Tuż obok gwiazdy rocka.

„Powiększenie" wysoko postawiło poprzeczkę w wielu innych dziedzinach kina. Pamiętam tę imprezową scenę, podczas której Hemmings wpada na Veruschkę i mówi: „Powinnaś być w Paryżu", a ta upalona, z jointem w dłoni, twierdzi, że przecież „w Paryżu jest". To był dopiero drugi kolorowy film Antonioniego, ale jego paleta barw już wtedy była wyjątkowa. Trawa podczas kręcenia kluczowych scen w parku nie była wystarczająco zielona - polecił więc ją pomalować. Wszystko tam było symbolem, wskazówką, kluczem. Nawet jeśli wydawało się być tylko sexy.

Fabuła, której nie będę dalej zdradzał, obraca się wokół pewnej tajemnicy, jaką fotograf poznaje w środku cichego, wręcz nierzeczywistego parku. W filmie czasami łapiemy też ułamek czegoś, co wydaje się neonowym szyldem w kształcie pistoletu… Nie powiem wam, ile godzin dyskutowałem o znaczeniu tego znaku, ani ile razy widziałem film, ale szukając w nim prawdziwej stylówki wkręciliśmy się w całą tę egzystencjonalną intrygę. Może wciąż nie wiedzieliśmy czego szukamy, ale czasami mieliśmy to przed oczami.

Zwiastun filmu z 1966 r. głosił: „Czasami rzeczywistość jest najwymyślniejszą fantazją ze wszystkich. Kamera Antonioniego nigdy nie chwyta miłości bez znaczenia ani zbrodni bez sprawcy. Blask i szaleństwo dzisiejszego Londynu: jesteście świadkami tego, jak piękno i dziwactwo nabiera nowych kształtów i wzbudza nowe fascynacje".

Boże, jakbym chciał, żeby coś takiego wydarzyło się znowu…

Kredyty


Tekst: Glenn O'Brien
Zdjęcia dzięki uprzejmości Warner Brothers

Tagged:
Film
Blow Up
opinie
powiększenie
antonioni
verushka