Tomasz Tyndyk

to nie był czas kolorowych bazarów

Przed premierą „Zjednoczonych stanów miłości” Tomek Wasilewski opowiada nam o powrocie do początku lat 90., które wcale nie były takie fajne, jak się wydaje naszemu pokoleniu.

tekst Mateusz Góra
|
25 Lipiec 2016, 3:45pm

Tomasz Tyndyk

Tomek Wasilewski mówi sam o sobie, że jest z pokolenia, które nie chce tworzyć manifestów. Zamiast tego robi filmy emocjonalne, w których zawsze sprytnie przemyca jednak kontekst społeczny. Staje po stronie zagubionych i mniejszości. Wyreżyserował pierwszy film o miłości dwóch chłopaków w polskim kinie, „Płynące wieżowce", a teraz do kina trafiły „Zjednoczone Stany Miłości", za które w Berlinie zgarnął Srebrnego Niedźwiedzia w kategorii najlepszy scenariusz. To opowieść o kilku kobietach zaraz po przełomowym roku 1989, które szukają swojej drogi, tak jak sam Tomek.  

W „Zjednocznych Stanach Miłości" pokazujesz rok 1990. Polska nie wydaje się kolorowa, nie ma bazarów z zachodnimi gadżetami, ludzie mają blade, zmęczone twarze. Współczesne pokolenie 20 latków nie tak kojarzy tę dekadę.
Tak zapamiętałem początek lat 90. Dopiero co system komunistyczny się zawalił, więc nadal czuć było jeszcze jego ciężar. Ludzie nagle nie stali się zupełnie inni, chociaż pojawiło się dla nich więcej możliwości. Dopiero później nadszedł czas kolorowych bazarów i tego, co dzisiaj kojarzymy z tamtą dekadą. Postanowiłem, że szarość i niepewność tego okresu powinna mieć jakieś odzwierciedlenie w warstwie wizualnej filmu, stąd blade twarze i zgaszone kolory.

Pokolenie urodzone zaraz po przełomie nie pamięta już na przykład takich prowizoryczych wypożyczalni wideo, jak ta w twoim filmie…
Wszystkie elementy tamtego okresu starałem się przenieść do filmu w jak najbardziej dokładny sposób. Pamiętam z dzieciństwa taką właśnie wypożyczalnię. Przegrywało się na kasetę czasem po kilka filmów, a cała sztuka polegała na tym, żeby znaleźć kastę, na której znajdowały się same interesujące filmy. To był też czas popularności Whitney Houston, co też znajduje swój wyraz w filmie, choćby we fryzurach bohaterek. W bloku obok mieszkała sąsiadka z taką trwałą.

Czyli z sentymentem wracasz do lat 90.?
Z sentymentem nie, bo wtedy gloryfikowałbym tamte czasy. Chodzi mi bardziej o odkrycie prawdy o tamtym okresie, o wniknięcie głębiej w rzeczywistość i sytuację ludzi, niż to było możliwe, kiedy byłem dzieckiem. Pokazuję to, czego nie byłem wtedy świadomy, bo jeszcze nie rozumiałem znaczenia pewnych rzeczy.

To był okres, kiedy wszyscy na coś czekali, takie napięcie czuć też w „Zjednoczonych Stanach Miłości".
Chciałem pokazać bohaterki, które stoją przed pewnymi wyborami. Jako dziecko nie dostrzegałem, jak wiele dzieje się za zamkniętymi drzwiami mieszkań. Ludzie nie pokazywali swoich problemów publicznie, przecież musieli je przeżywać. Zawsze interesowali mnie bohaterowie złamani, stojący przed trudnymi wyborami. Wydaje mi się, że dlatego interesują mnie też ludzie starsi, następny film chciałbym zrobić o kobiecie po 60-tce. Z czasem w życiu masz coraz mniej możliwości, coraz trudniej coś zmienić, dlatego podjęcie ryzyka przez kogoś starszego jest dla mnie tak ciekawe.

Karty w twoich filmach rozdają zazwyczaj kobiety. Czujesz, że bliżej ci do ich perspektywy, kiedy piszesz scenariusze?
Być może kobiety są głębsze emocjonalnie, bardziej skomplikowane, no i uwielbiam pracować z aktorkami. Myślę jednak, że moi bohaterowie nie mogą być sprowadzeni wyłącznie do płci. Chodzi mi o pokazanie interesującego człowieka, z którym może emocjonalnie utożsamić się widz. Tworzę kino emocjonalne, nie zależy mi na społecznych deklaracjach.

Stajesz jednak po stronie tych, którzy są w mniejszości. „Płynące wieżowce" opowiadały historię miłości dwóch chłopaków, co wcześniej się w polskim kinie nie zdarzyło.
Na początku miała to być historia relacji matki z córką, która zakochuje się w dziewczynie. Stwierdziłem jednak, że ciekawiej będzie, jeśli będzie chodziło o dwóch chłopaków. Szybko pojawiła się opinia, że to „pierwszy polski film gejowski" i że odcinam się od tego stwierdzenia. Tak wcale nie było. Uważam, że to bardziej uniwersalny film, który opowiada historię trójkąta, ale pewnie, miał też swoje znaczenie społeczne. Ten kontekst nie jest jednak kluczowy, najważniejsze są emocje bohaterów, ich wybory, miłość homo nie różni sie przecież od miłości hetero.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

W takim razie powiedz coś o własnych wyborach. Kiedy postanowiłeś, że zostaniesz reżyserem?
Myślę, że od zawsze chciałem to osiągnąć. Starałem się tak kierować swoim życiem, żeby jak najszybciej mi się to udało. Nie wyobrażam sobie robienia niczego innego, chociaż pewnie mógłbym. Poświęciłem się kinu całkowicie, uzależniłem się do niego. Dużo też poświęciłem pracy, jestem tak skupiony na swoich kolejnych projektach, że trudno ze mną czasami wtedy wytrzymać.

A na ile to, jakie filmy tworzysz, wynika z twoich doświadczeń?
Moje filmy pod względem emocjonalnym są bardzo osobiste i wydaje mi się, że się w nich odsłaniam. To ryzykowne i też dlatego za każdym razem jestem bardzo ciekawy reakcji widzów. Obdarzam bohaterów swoją wrażliwością i emocjami, ale równocześnie pozwalam się prowadzić ich historii. Zastanawiam się, w jaki sposób mogliby postąpić w danej sytuacji, jakich wyborów mogliby dokonać.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Mateusz Góra
Zdjęcia: Tomasz Tyndyk

Tagged:
rozmowa
lata 90.
zjednoczone stany miłości
mateusz góra
tomasz tyndyk