made in bangladesh

Wiesz co się kryje za twoją metką? Spektakl w Nowym Teatrze stawia niewygodne pytania.

tekst i-D Team
|
05 Lipiec 2016, 3:35pm

W kwietniu 2013 roku, w następstwie katastrofy w starej fabryce Rana Plaza w Dhace, zachodni świat nagle otworzył oczy na wykorzystanie taniej siły roboczej. To był moment, kiedy entuzjaści mody zaczęli deklarować bojkot marek eksploatujących złą sytuację ekonomiczną Hindusów, Banglijczyków czy Pakistańczyków. Świat zaczął odwracać się w stronę lokalnej mody, wyprodukowanej etycznie i ekologicznie.

Jednak już na długo przed tragicznymi wydarzeniami w Bangladeszu, niemiecka reżyserka teatralna i choreografka Helena Waldmann uznała, że historia tysięcy pracowników fabryk musi zostać opowiedziana. Odwiedziwszy Dhakę w 2010 roku, a warunki, jakie tam zastała przetłumaczyła na język, który zna najlepiej, czyli taniec. 17 lipca jej spektakl na jeden wieczór odwiedzi Warszawę.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Waldmann jest niemiecką reżyserką, dla której prowokacja to chleb powszedni. Okrzyknięta globtrotterką tańca reżyserka czerpie inspiracje ze swoich podróży po Europie, Indiach, Iranie, Afganistanie, Egipcie, Palestynie, Kenii, RPA, Korei i Wietnamie, zajmując się komentarzem kwestii politycznych czy obyczajowych. W „Return to Sender" krytykowała na przykład europejską politykę migracyjną, z kolei w „BurkaBondage" zestawiła muzułmańskie nakrycie twarzy z seksualnym fetyszem.

W ciągu 77 minut przedstawienia pracownik fabryki w Bangladeszu zarobi 28 eurocentów, a niemiecki przemysł modowy 1,4 miliona euro. W „Made In Bangladesh" Waldman próbuje przekazać ten dysonans: na scenie występuje 10 tancerek i dwóch tancerzy, to proporcja zatrudnienia dokładnie taka jak w fabryce. Aktorzy wykonują klasyczny indyjski taniec kathak, którego rytmiczne uderzenia skojarzyły się reżyserce z pracą maszyn w szwalni.

Czy zaprzestanie kupowania ubrań, które wyszły spod ich rąk to właściwa metoda walki z wyzyskiem? Renata Prokurat z Goethe-Institut, koordynatorka projektu, tłumaczy, że to skomplikowane. „Szwaczki są szczęśliwe, że nie wyklucza się ich ze społeczeństwa", a po chwili dodaje „Waldmann widziała też złe fabryki, gdzie pracowali śmiertelnie zmęczeni ludzie, chorzy, poniżani, bici, bezsilni. Dla nich krytyka jest tematem tabu. To oni proszą, żeby nie bojkotować ich produktów".

Reżyserka idzie dalej. Wyraźnie rysuje analogię między pracownikami z Trzeciego Świata, a artystami branży kreatywnej z Europy. Prokurat tłumaczy, że Waldmann „odkrywa zbieżności pomiędzy niewolniczą pracą w fabrykach tekstylnych a pracą na zachodzie w dziedzinie sztuki, a zwłaszcza w tańcu".

Czy Waldmann i jej baglijscy tancerze instruują nas, jak poradzić sobie z istniejącym problemem? Odpowiedź okazuje się bardziej złożona, niż się wydaje. Jak mówi sama reżyserka, „pojechałam do Bangladeszu, aby znaleźć winnego, ale winnego nie ma." Prokurat dodaje: „Nie trzeba zawsze mówić dlaczego, czasami wystarczy patrzeć". Jednak dla tych, których pytania nie znajdą odpowiedzi w sztuce, po spektaklu odbędzie się rozmowa z Heleną Waldmann, którą poprowadzi aktor, Piotr Gruszczyński.

Problem wyzysku taniej siły roboczej krajów Trzeciego Świata istnieje nie od dziś i będzie trwał, dopóki zarówno europejscy zleceniodawcy, jak i lokalni pracodawcy nie wywrócą swojego nastawienia do góry nogami. Dlatego zachęcamy do wysłuchania mocnego, artystycznego głosu w dyskusji nad wyzyskiem, poświęceniem i nieuczciwością przemysłu modowego.

Spektakl „Made in Bangladesz" będzie wystawiony gościnnie w Nowym Teatrze 17 lipca o 19:00. Bilety 20-50zł. Jest to jedyna okazja w Polsce, żeby zobaczyć sztukę poprzednio wystawianą w Niemczech, Indiach i Bangladeszu.

Spektakl pokazywany jest przez Goethe-Institut w Nowym Teatrze w ramach polsko-niemieckiego roku jubileuszowego ŚWIĘTUJEMY! zorganizowanego przez Goethe-Institut i Ambasadę Niemiec z okazji 25-lecia Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. 

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Arek Zagata

Tagged:
sztuka
Bangladesz
театр