projekt wspólokator

Co-Living, czyli londyńska propozycja na rozwiązanie kryzysu mieszkaniowego

tekst Tom Harrad; tłumaczenie Stasia Wąs
|
paź 2 2017, 7:17pm

Wraz z mailem potwierdzającym umówione spotkanie, wysłano mi zdjęcie uśmiechniętego przewodnika. Rozpoznaję go na drugim końcu lobby, gdy rozmawia z kimś innym. Siedzę w głębokim, aksamitnym fotelu, delikatnie świecące, żarówki różnych rozmiarów wiszą nade mną na suficie. Widzę nieskazitelnie czyste, wielkie pianino, ale z ukrytych głośników leci ustawiona playlista. Pewnie po to, żebyśmy nie mogli zagrać. Mężczyzna siedzący za recepcją wygląda na znudzonego. Wisi nad nim ogromny napis: „Co-Living Old Oak — Witaj w domu!".Facet, z którym mam się dzisiaj spotkać, podchodzi do mnie i wyciąga rękę. „Więc, czemu jesteś zainteresowany Co-Living?", pyta. Prawda jest taka, że nie jestem ani trochę tym zainteresowany, ale za to bardzo chcę powęszyć w pierwszym bloku zbudowanym przez modny start up inwestorów budowlanych The Collective. Oświadczają oni, że ich monolityczny budynek w Willesden Junction będzie pierwszą w Londynie współlokatorską społecznością.

Jest to ich propozycja na rozwiązanie londyńskiego kryzysu mieszkalnego. Ponad 500 pokoi, spa, kino, bar, restauracja, siłownia, pokój gier i taras na dachu. Dom dla ludzi z każdej grupy wiekowej, którzy mają dosyć wilgoci, ciasnych pomieszczeń i podejrzanych właścicieli mieszkań. Nowy styl życia: zakwaterowanie, pranie, podatki, wifi za jedną zapłatę w postaci 4880 zł miesięcznie, co jak na Londyn nie jest wygórowaną ceną. Utopia dla młodych, wynajmujących zawodowców. Połączenie studenckiego akademika z luksusowym Shoreditch House.

Podążam przez lobby za osobą, która mnie oprowadza, mijamy wejście do The Common — dostępnego na miejscu baru — i zmierzamy do wind. Mój przewodnik mieszka tutaj. Opłacanie czynszu zastępuje oprowadzaniem potencjalnych lokatorów. Mówi, że nawet to lubi. Ludzie są mili. „Dużo z nich pracuje w marketingu cyfrowym", mówi. "O, fajnie", odpowiadam.

Wchodzimy do długiego, oślepiającego światłem pokoju z panelową podłogą w szachownicę i tapetą w Space Invaders. Bardziej przypomina mi to szpitalną poczekalnię, niż pokój do gier. W rogu widzę gigantyczną, mierzącą ponad metr grę Connect 4 (w której trzeba ustawić cztery żetony w rzędzie), a na innej ścianie ogromny, płaski telewizor. „Jak widzisz, jest już nieźle zużyty", mój przewodnik uśmiecha się, wskazując na wielkie rozdarcie na stole bilardowym. Pokój wieje pustkami.

Następnie oglądam jednoosobowy pokój z łazienką. To wygląda jak mój dawny akademik, no może trochę czystszy i większy. Łóżko przy oknie ma dziwnej wielkości materac — jest zdecydowanie za mały na dwie osoby, ale za duży dla jednej osoby i jej poczucia samotności. Kolejny płaski ekran stoi u podnóża łóżka.

Pokój jest nowoczesny, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym. Przy drzwiach znajdują się kuchenka gazowa i umywalka. Jestem poinformowany, że nie każdy pokój je ma i niektórzy lokatorzy muszą przygotowywać swoje posiłki we wspólnych kuchniach, które znajdują się na każdym piętrze. Grupka kolesi właśnie je na kolację zestaw fajity Old El Paso, spoglądając na nas z zakłopotaniem. Opuszczamy więc kuchnię. Kolejny pokój komunalny w mieszkaniu to dziwnie ukształtowane pomieszczenie, zdominowane przez szeroki, plastikowy bar. Po jednej stronie dwie dziewczyny siedzą na ławce i jedzą makaron, przy okazji ignorując cicho puszczany na kolejnym ekranie film „Avengers: Czas Ultrona". Nie ma tam miejsca na siedzenie z kimś twarzą w twarz.

Oglądam również kino, gdzie lokatorzy organizują sobie noce filmowe i luksusowo wyglądające spa, złożone z sauny i stołów do masażu. Biblioteka udekorowana jest tapetą ze sztucznymi półkami na książki. Pytam mojego przewodnika, czy kiedykolwiek korzysta z tych pomieszczeń. „Nie za bardzo", odpowiada „Czasami oglądamy mecze w kinie". Według niego najlepszą rzeczą we współlokatorstwie są właśnie inni mieszkańcy. „Spotkałem tu tylu wspaniałych ludzi, z rozmaitymi zawodami, w różnym wieku. Każdy jest tutaj, ponieważ chce poznać kogoś nowego".

To właśnie to sprzedaje The Collective — poczucie przynależności. Ich facebookowa reklama mówi: „Stań się częścią czegoś nowego". Takie projekty, jak współlokatorstwo są charakterystyczne dla miasta, które zawodzi młodych ludzi. Miasta bez kontroli nad czynszem, czy łatwego dostępu do mieszkań socjalnych. Miasta zamykanych klubów, alternatywnych lokali i bibliotek. Wreszcie miasta, w którym ludzie czują się wyeliminowani, odizolowani i bez jasnego celu. Współlokatostwo rzekomo oferuje na to antidotum: przyjemny, osłonięty świat, nachalnie wypełniony nowymi przyjaciółmi i elektronicznymi odwracaczami uwagi, ciepły i tętniący różnymi aktywnościami, wszystko odsunięte od brudu ulicy. Brzmi znajomo? Nie tak dawno temu tak właśnie brzmiały obietnice państwa opiekuńczego, które przysięgło je rodzinom uciekającym z podupadłych slumsów w centrum miasta do wysokich do nieba miast.

Tylko że od tych rodzin nie oczekiwano, że zapłacą prywatnemu przedsiębiorstwu ponad tysiąc funtów miesięcznie za pokój na przemysłowym osiedlu, w trzeciej strefie metra. Nie chodzi o to, że współlokatorstwo jest za drogie, albo że jego wnętrze jest tandetne i naciągane. Po prostu ich marketingowa gadka rabuje język postępowy, alternatywne sposoby życia, tylko po to, żeby promować ekskluzywne bloki mieszkalne.

„Kolektyw", „spółdzielnia", „współlokatorstwo", „wspólny" — te słowa mają prawdziwe znaczenie. Sugerują własność, odpowiedzialność, kooperację i wolność. Są obciążone historycznymi konotacjami — od wymuszonych ziem zagrodowych do kontrkulturowych ruchów. Ten projekt nie jest „spółdzielczy", nie stanowi „kolektywu". Miejsca tam nie są „wspólne", ani nawet trochę społeczne. Jeżeli twój czynsz obejmuje również codwutygodniowy serwis sprzątający po tobie, to nie żyjesz we współlokatorstwie. Takie zagospodarowanie proponuje zabawne, kreatywne doświadczenie, ale tak jak zestaw fajity Old El Paso, jest sztuczne i bez smaku.

Taki sam etos zastosowano w pracy. Pracownicy widzą w biurach wielkie poduszki do leżenia, stoły do ping ponga, ale są zbyt zajęci, żeby z nich skorzystać. Takie rozwiązanie proklamuje nowe miejsca pracy jako tygiel wrącej współpracy i kreatywnego wymieniania idei, kiedy tak naprawdę są po prostu zalane pracownikami na frilansie, pocącymi się nad laptopami. Te miejsca próbują pozbyć się bariery między życiem prywatnym i pracą. Wmawiają nam, że nie ma między tymi dwiema rzeczami różnicy. Dlatego gdy wracamy do domu nadal pracujemy, wieczorami i w weekendy odpowiadamy na maile od szefów, ponieważ ktoś musi załatwić nagły wypadek w dziale marketingu cyfrowego.

Ludzi ciągnie do tych nieautentycznych, komercyjnych przestrzeni ponieważ te prawdziwe w dzisiejszym Londynie już praktycznie nie istnieją. Kryminalizacja opuszczonych domów w 2012 roku efektywnie zakończyła możliwość zakładania współlokatorskich projektów w mieście bez poważnych finansowych inwestycji. Lokatorzy mieszkający w budynkach pod opieką tzw. lokatora stróża są narażeni na eksmisję, jeżeli zostają przyłapani na prowadzeniu życia towarzyskiego we własnych domach, nie mówiąc już o wykorzystywaniu tych miejsc do szerszego zaangażowania społeczności.

Ten fenomen nie ogranicza się do Londynu. W USA podobne inicjatywy skierowane do przedstawicieli branży IT przyczyniają się do kulturowego wybielania San Francisco, a tańsze wersje, takie jak PodShare w Los Angeles pozwalają ludziom wynająć pryczę we wspólnym internacie na czas nieokreślony, za 40 dolarów za noc. W Wielkiej Brytanii Co-Living Old Oak jest po prostu pierwszym projektem, którego budowa została ukończona. Nie tylko twórcy The Collective przygotowują już kolejne nieruchomości — firma inwestycyjna Moda Living szykuje podobne projekty w Manchesterze, Leeds, Glasgow, Londynie, Birmingham, Liverpoolu i Edynburgu. Przyszli mieszkańcy bloków Moda Living będą mogli cieszyć się „pionierskimi współpracami z markami lifestyle'owymi, tworzącymi uznane sprzęty domowe oraz dostarczającymi media". W praktyce oznacza to chyba, że prywatne firmy będą wkraczać do cudzych mieszkań i zalewać ich salony swoimi produktami. Jak na nasze dzielnice wpłyną te skupione na wnętrzu budynki? Pewnie luksusowe, odosobnione społeczności nie pomogą zjednoczyć zróżnicowanych dzielnic. Po co iść na obskurną ulicę handlową, skoro w lobby twojego budynku znajduje się kawiarnia i ekskluzywny supermarket?

W tym roku prawdziwy kolektyw Autonomous Nation of Anarchist Libertarians (ANAL) został siłą wyrzucony ze skłotu w posiadłości w centrum Londynu, wartej ponad 70 mln zł. Należy do rosyjskiego oligarchy, Andrieja Gonczarenko i od 2014 roku stoi pusta. Grupa częściowo wykorzystywała budynek w charakterze schroniska dla bezdomnych. Liczba bezdomnych w Anglii podwoiła się w ciągu ostatnich pięciu lat, a w ciągu dziesięciu wzrosła o 188%. Wygląda na to, że podobnie jest z cenami mieszkań. Rosną, ale pensje pozostają bez zmian. Tylko dwie wypłaty dzielą nas od wylądowania na ulicy, a żeby w ogóle móc rozważać zakup mieszkania potrzeba o wiele więcej środków.

Pod koniec oprowadzania żegnam się z przewodnikiem i wychodzę na zewnątrz, gdzie wita mnie mżysty wieczór na Willesden. Przechodzę przez kanał i idę na stację metra. Droga jest ciemna i wygląda żałośnie, ledwie oświetlone domy natomiast sprawiają wrażenie starych i niekochanych. Mokry chodnik odbija pomarańczowo-szare niebo. Lśniący za mną budynek Co-Living chce, żebym zapomniał, jakie miasta są brudne, chaotyczne, różnorodne, wspaniałe i niebezpieczne. Zamiast tego oferuje ugładzoną, rozpieszczoną atrapę Londynu, chce zmienić nasze życia i domy w wydmuszki, przez które przepływa kapitał.

Podczas kulminacyjnego momentu w filmie „High Rise" do głównego bohatera dociera, że wieżowiec, który nazywa domem, jest „środowiskiem zbudowanym nie dla człowieka, lecz dla jego nieobecności". Tak samo jest z Co-Living. Te budynki nie są przeznaczone dla ludzi, tylko dla ich pieniędzy.

Artykuł pierwotnie ukazał się w brytyjskim wydaniu i-D.

Credits


Text Tom Harrad