​baasch: milion czujnych oczu

Rozmawiamy z Baaschem o walce z blokadą twórczą, pracy nad teledyskami oraz jego nowej płycie „Grizzly Bear With a Million Eyes”.

tekst Dorota Groyecka
|
07 Lipiec 2017, 6:30am

Skąd przyszedł do ciebie niedźwiedź grizzly?
Piszę dość abstrakcyjnie. Lubię, kiedy ludzie mogą różnie interpretować teksty. Ten tytuł porusza wyobraźnię, więc mam nadzieję, że nawet jak ktoś mnie nie zna, to zatrzyma się przy nim i zastanowi, co za nim stoi. Na pewno nie jest to tytuł praktyczny, ale tym się nie przejmuję.

Kiedy spojrzałem na cały materiał, wyszło że jest sporo o tym, co się dzieje w ludziach, z czym muszą się zmagać, zarówno na poziomie jednostki, jak i społecznym. Wydaje mi się, że w ludzi wstępują demony, niektórzy sobie z nimi radzą, inni nie. I utwór „Grizzly" właśnie o tym mówi: „porządek jest zakłócony", „poobserwujmy razem koniec naszego świata".

Mroczna wizja, współgrająca np. z „Opowieściami podręcznej". Co ciebie najbardziej martwi, kiedy obserwujesz społeczeństwo?
Na przykład to, że nie wszyscy wymagają od siebie wystarczająco dużo uwagi i czujności. Nie próbują sami wypracować opinii na różne tematy. A do tego nie obserwują siebie w tym wszystkim, patrzą na społeczeństwo, zapominając o tym, że są jego częścią. Ten tytułowy „milion oczu" mówi właśnie o zachowaniu czujności.

Porozmawiajmy teraz o połączeniu muzyki z obrazem. Do wcześniejszego materiału przygotowaliście świetne klipy z Liubov Gorobiuk, teraz wypuściłeś teledyski do „Kind of Coma" i „Fall". Mają zupełnie inny klimat, ten drugi kojarzy mi się z Davidem Lynchem albo Wimem Wendersem.
Ten klip stworzył Bartek Michalec z Zuo Corp. Zainspirował się Hitchcockiem, a dokładnie - filmem Vertigo. Klimat noir nas obu kręci i to chyba przyciągnęło nas do siebie.

W jakim stopniu uczestniczysz w przygotowywaniu wideo?
Staram się aktywnie brać w tym udział, cały czas konsultuję różne rzeczy, ale mam też szczęście współpracować z bardzo kreatywnymi ludźmi, którzy często mnie zaskakują, przynoszą bardzo dobrze opracowany materiał. Bartek bardzo głęboko wszedł w temat, wysłuchał mojej płyty z kilkanaście, kilkadziesiąt razy.

Lubię pracować z ludźmi, którzy wgryzają się w muzykę, zastanawiają się, o czym ona jest. Tak było z Liubov czy Florianem Malakiem, który zrobił teledysk do „Kind of Coma". Ten klip zrealizowałem dzięki wsparciu T-Mobile Electronic Beats. To fajna ekipa, która ma możliwość pomagania młodym artystom i robi to naprawdę dobrze. Czuć, że się tym interesują, że weszli głęboko w świat muzyki. Grywałem również na ich scenach - w zeszłym roku m.in. na Nowych Horyzontach i Co Jest Grane.

Część artystów wychodzi na scenę w kostiumach, zakłada maski. Ty za każdym razem wybierasz prosty czarny t-shirt, bluzę.
Rzeczywiście od jakiegoś czasu przylgnął do mnie czarny kolor, prywatnie też tak się noszę. Zauważyłem, że ludzie zaczęli przychodzić na koncerty ubrani cali na czarno, co jest miłym gestem. Budujemy team. Ale niewykluczone, że kiedyś zacznę ubierać się na czerwono. Nie zastanawiam się nad tym zbytnio. Natomiast uważam, że bardzo ważny jest tzw. stage design - scenografia, koncepcja świetlna. Aktualnie współpracuję z ekipą Piloci Studio.

Biometr dziś niekorzystny, więc ponarzekajmy trochę. Zamiast o inspiracje i inne miłe rzeczy, zapytam o ciemniejszą stronę drogi artysty - o blokadę twórczą.
Baasch: Wydaje mi się, że momenty zwątpienia są uniwersalne dla wszystkich, którzy robią coś twórczo. To nie jest wcale zły znak, bo oznacza, że nie jesteśmy bezkrytyczni, że czegoś od siebie wymagamy. Ale czasami można się zapędzić i wpaść w pułapkę porównań, wygórowanych oczekiwań. Wtedy człowiek może się zablokować.

Kiedy tobie przytrafiła się taka blokada?
Kiedyś przez kilka lat w ogóle nie robiłem muzyki. To nastąpiło po tym, jak rozpadły się moje pierwsze zespoły, spalił się dysk i straciłem rok pracy. Wyjechałem za granicę, nie wiedząc nawet po co i zająłem się innymi rzeczami. Dopiero wtedy zrozumiałem, że kiedy muzyki nie ma, nie jest fajnie. Że jej potrzebuję. I ten powrót był trudny, musiałem się wszystkiego nauczyć od nowa, bo to, co zrobiłem wcześniej zupełnie mi się nie podobało. Chciałem wszystko wykasować, w ogóle nie czułem, że to moje. Teraz wiem, że to był po prostu kolejny ważny etap rozwoju.

A co zrobiłeś, żeby przełamać blokadę?
Zacząłem działać. Ale bez oczekiwań, konkretnych planów. Działałem sam, w domu, na luzie i tak powstał pierwszy materiał pod nazwą Baasch. To, co nagrałem, spodobało mi się i okazało się, że podoba się też innym. Trzeba dać się ponieść muzie i nie liczyć na to, że to, co się stworzy będzie od razu „najlepsze".

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Po bardzo dobrze przyjętym debiucie nie czułeś, że oczekiwania wzrosły? Pojawiła się presja?
Łatwiej być debiutantem, bo ludzie mają wobec ciebie pewną dozę sympatii, są ciebie po prostu ciekawi. Potem zaczynają już czegoś oczekiwać. Wiem, że wiele osób czuje presję przy drugiej płycie. U mnie było inaczej, może dlatego, że pomiędzy longplayami sporo się działo: EP-ka, remiksy, muzyka do filmu [„Płynące wieżowce" - red.]. „Grizzly..." to była po prostu kolejna rzecz, nie traktowałem jej jako sprawdzian.

Robiłeś małe kroki.
Dokładnie. I nie zastanawiałem się za bardzo, jaki będzie odbiór, raczej bałem się, że to ja nie będę z tej płyty zadowolony. Walczyłem z czasem, miałem deadline, którego nie chciałem przekroczyć, ale nie chciałem z drugiej strony, żeby płyta była poniżej moich umiejętności.

Narzuciłeś sobie jakiś rytm pracy?
Godziłem to z innymi obowiązkami, ale jak tylko miałem chwilę, siadałem do muzyki. Wydaje mi się, że gdybym miał więcej czasu na samo tworzenie, zajęłoby mi to paradoksalnie więcej czasu.

Znałem już swój warsztat, etapy produkcji, wiedziałem, ile jeszcze przede mną. Łatwiej zaplanować pracę przy kolejnych płytach. Przy pracy nad poprzednim albumem, każdy kawałek na chwilę lądował w koszu. Po jakimś czasie je stamtąd wyciągałem i okazywało się, że są już gotowe. Przy „Grizzly..." już mój wewnętrzny krytyk tak nie działał, byłem bardziej wyluzowany.

Masz za sobą bardzo różne ciekawe kooperacje, ostatnio z Piotrem Bejnarem. A jakbyś mógł wybierać z wszystkich artystów na świecie, z kim chciałbyś współpracować?
Fajnie byłoby coś zrobić z angielskim zespołem Weval - bardzo mi się podoba, jak produkują muzykę. Ale ludzi, którzy jarają mnie muzycznie, jest strasznie dużo. Coś ciekawego może się przydarzyć również ze współpracy z osobami z zupełnie innych bajek.

Nie będę ci mówić, że chciałbym coś zrobić z Björk - bo oczywiście, że bym chciał.

Może napisz do niej.
Jak ją zobaczyłem kiedyś na lotnisku, z wrażenia upuściłem butelkę wina (śmiech). Niech to na razie pozostanie w sferze marzeń.

T-Mobile Electronic Beats jest wszędzie tam, gdzie dobre emocje łączą ludzi. To projekt, który odkrywa i promuje ciekawe, wartościowe wydarzenia w świecie kultury i mediów. Electronic Beats jest blisko muzyki, technologii i sztuki, bo właśnie tam kryją się inspiracje warte wspólnego przeżywania.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Dorota Groyecka
Zdjęcia: Karol Grygoruk

Tagged:
baasch
sztuka
Kultura
t-mobile electronic beats
muzyka wywiady
dorota groyecka