jeden dzień bez nas

Po fali rasistowskich i ksenofobicznych ataków, obcokrajowcy mieszkający w Wielkiej Brytanii postanowili zbojkotować Brexit.

tekst Felix Petty
|
13 Październik 2016, 12:53pm

Przez chwilę po wyniku brytyjskiego referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej wydawało się, że Brytyjczykom uda się uniknąć mrocznej rzeczywistości związanej z faktycznym Brexitem. Sądzili, że może nie utknął na zimnej, mokrej, smutnej wyspie, otoczeni rasistami, narodowcami, antysemitami i tym podobnymi, cierpiąc z powodu ekonomicznego krachu. Łudzili się, że 48% procent głosujących za pozostaniem w UE nie będzie musiało jedynie tęsknić za wyidealizowaną wizją wspólnoty z przeszłości. To były jednak tylko marzenia ściętej głowy, co stało się jasne po wieściach płynących ze zjazdu Partii Konserwatywnej. Okazało się, że Wielka Brytania dąży w kierunku tzw. twardego Brexitu, który można podsumować w jeden sposób: „wykopać wszystkich i nie mieć z nimi nic wspólnego".

Kolejne miesiące dawały jedynie blady cień nadziei. Brytyjczycy zmagali się z politycznym chaosem (w trakcie którego zarówno Partia Konserwatywna, jak i Partia Pracy gorączkowo próbowały wybrać nowych liderów) oraz ekonomicznymi zawirowaniami — kurs funta spadał szybciej niż spadochroniarz z wadliwym sprzętem, chociaż z tym samym poczuciem nadchodzącej, nieuchronnej zagłady. Wydawało się, że UK być może nigdy nie zdecyduje się na ostateczne opuszczenie Unii. Teraz premier Theresa May mówi, że artykuł 50 traktatu UE zostanie uruchomiony do końca marca przyszłego roku. To dobre wieści dla wspierającego niegdyś partię nazistowską magazynu The Daily Mail, który w niedawnym nagłówku potępił „bremoaners", czyli bre-zrzędy i nazwał wszystkich przeciwników Brexitu „niepatriotycznymi" malkontentami.

Jeszcze bardziej przygnębiającą wisienką na torcie już i tak dołującego, brexitowego tortu, jest obrzydliwy wzrost przestępstw motywowanych nienawiścią rasową i narodowością. W trakcie referendum zwolennicy opuszczenia UE używali faszystowskiej retoryki (odzyskajmy kontrolę, sprawmy, że nasz kraj znów będzie wspaniały, dajmy pracę rodakom, pora na kulturowy rewanż, czystość i siła), a jego wynik otworzył puszkę Pandory, z którego wylała się fala niepohamowanego faszyzmu. Po ogłoszeniu wyniku referendum, w najgorszym momencie przestępstwa motywowane rasizmem i ksenofobią występowały 57% częściej niż wcześniej. Statystyki już nieco się obniżyły, ale nieustannie słychać doniesienia o kolejnych szokujących wydarzeniach i przemocy.

Zaczęło się tuż po ogłoszeniu wyników: Polskie centrum w Hammersmith zostało „upiększone" obraźliwym graffiti, a przed mieszkaniami i szkołami znajdywano zalaminowane karteczki z napisem „Leave the EU, No more Polish Vermin" (Opuśćmy UE, koniec z polskimi szkodnikami) oraz „wrócić do domu polskiego szumowiny" (sic!). Później student został dźgnięty w szyję potłuczoną butelką za to, że mówił po polsku w Telford, a inny Polak zginął w Harlow. Rasistowski atak nie ominął nawet ciężarnej kobiety z Bletchley, która w wyniku zajścia straciła dziecko. Te zdarzenia to tylko wierzchołek góry lodowej. Raport Europejskiej Komisji przeciw Rasizmowi i Nietolerancji (ECRI) jako winowajców wskazał Davida Camerona i Nigela Farage — według komisji to oni pozwolili na taki upadek społeczeństwa. Ich ksenofobiczna, dzieląca ludzi i siejąca strach retoryka stworzyła fundamenty tej beznadziejnej sytuacji.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Policyjne statystyki potwierdzają powiązanie pomiędzy dyskursem a przemocą. Po referendum gwałtownie wzrosły islamofobiczne, ksenofobiczne i antysemickie ataki. „To nie przypadek, że rasistowska przemoc szerzy się w Wielkiej Brytanii, w tym samym czasie, w którym obserwujemy zatrważające przykłady nietolerancji i mowy nienawiści w gazetach, internecie, a nawet wśród polityków", powiedział przewodniczący ECRI, Christian Ahlund. Policyjne statystyki nie pokazują jednak prawdziwej skali problemu — szacuje się, że jedynie ¼ takich przestępstw jest zgłoszona lub odnotowana.

Raport komisji obok polityków wskazał także tabloid The Sun, za sposób relacjonowania wydarzeń i pisania reportaży. Szczególnie zwrócili uwagę na Katie Hopkins, która w gazecie odnosiła się do migrantów jako „karaluchów". Gdybyśmy wymieniali kolejne przykłady ksenofobii i rasizmu z tabloidów, ten tekst mógłby trwać bez końca.

W zeszłym tygodniu na zjeździe Partii Konserwatywnej, minister spraw wewnętrznych Amber Rudd podsycała toksyczną atmosferę, przysięgając, że położy kres odbieraniu pracy Brytyjczykom przez migrantów. Po takich słowach możemy tylko zastanawiać się: ile to jeszcze potrwa? Jak daleko to zajdzie?

Teraz pora odeprzeć te zarzuty. Pisarz, dziennikarz i komentator bieżących wydarzeń, Matt Carr, organizuje akcję One Day Without Us (Jeden dzień bez nas), aby pokazać pozytywny wpływ pracowników z innych krajów oraz uświadomić Brytyjczykom, jak ważną część siły roboczej ich kraju, stanowią obcokrajowcy. Nie często widujemy w mediach takie podejście.

One Day Without Us jest opisywane raczej jako bojkot, nie strajk. „Rozumiemy, że ze względu na prawne ograniczenia strajków, wielu pracowników nie będzie w stanie wziąć formalnego udziału w wydarzeniu. Mogą jednak nas wesprzeć, biorąc jeden dzień urlopu w pracy", Carr powiedział w rozmowie z Guardian. Szacuje się, że koło 3,2 mln ludzi mieszkających i pracujących w Wielkiej Brytanii pochodzi z innego kraju UE, a 7 milionów urodziło się poza jej granicami.

Bojkot ma odbyć się tego samego dnia, co światowy dzień sprawiedliwości społecznej ONZ — 20 lutego 2017 roku. Warto zaznaczyć, że migracja ma tak naprawdę pozytywny wpływ na brytyjską gospodarkę. „Od czasu referendum w sprawie Brexitu doświadczyliśmy wysokiego poziomu rasizmu i ksenofobii, które są coraz bardziej usprawiedliwiane [politycznie]", powiedział Matt. „Chcemy dać migrantom szansę na wyrażenie swojego zdania".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Felix Petty
Zdjęcie: Miguel Discart

Tagged:
protest
eu
Brexit
referendum
UE
Imigranci
emigranci
Unia Europejska
migranci