ludzie–syreny, futrzaki i my little pony na konwentach fanów

Fotograf, Arthur Drooker rozmawia z i-D o serii zdjęć dokumentujących tzw. bronies, czyli dorosłych fanów My Little Pony.

tekst i-D Staff
|
11 Sierpień 2015, 12:50pm

photography arthur drooker

„Jeśli będziecie mieć jeszcze jakieś pytania, to najlepiej będzie wysłać maila, bo będę na Bronycon [największy zjazd dorosłych fanów my Little Pony - ang. bronies]", mówi fotograf Arthur Drooker pod koniec wywiadu. Od 2013 roku, Drooker, który mieszka na stałe w San Francisco, już od jakiegoś czasu dokumentuje coroczne zjazdy najbardziej gorliwych subkultur. Jego projekt Conventional Wisdom przedstawia zdjęcia zebrane w ciągu dwóch lat podróżowania po krajowych konwentach: Merfest w Północnej Karolinie, Fetish Con na Florydzie i Anthrocon [zjazd futrzaków] w Pensylwanii. „Przekaz, jaki się kryje za nimi wszystkimi, to poziom akceptacji. To inspirujące", mówi Drooker.

W jaki sposób wyznaczasz granicę między dokumentowaniem konwentów a byciem ich częścią?
Były takie momenty, że przez jakąś krótką chwilę łapałem się na tym, że się wkręcam, bo uważam to za fascynujące. Muszę sobie wtedy przypominać, że jestem tam, aby obserwować. Z drugiej strony, funkcjonuję trochę jak dziennikarz - nie tylko robię zdjęcia, ale gadam też z ludźmi. Z niektórymi się zakumplowałem.

Na ilu różnych konwentach byłeś do tej pory?
Koło dwunastu, ale w albumie pojawi się ich dziesięć.

Czy coś się kroi dalej?
W tym momencie, jak rozmawiamy, to zbliżam się do mety. W tym roku odwiedzam konwenty ponownie, żeby zrobić parę nowych zdjęć i zebrać dodatkowe info. Jutro jadę do Baltimore na jeszcze jeden Bronycon. Potem, w kolejny weekend ostatni raz lecę do Petersburga na Fetish Con. Kończę grubym uderzeniem, bo to prawdopodobnie najdzikszy zjazd.

A które z nich cię najbardziej fascynują?
Chyba futrzany konwent - Anthrocon. To świetny przykład fanostwa czy subkultury, która pozornie wydaje się głupkowata. W sensie „kim są ci ludzie, przebierający się za maskotki i komiksowych bohaterów?" Ale gdy już ich poznasz, to się robi naprawdę interesująco. Futrzaki noszą kudłate stroje, które reprezentują ich futrzane osobowości [ang. fursonas], czyli ich prawdziwe „ja", które przejawiają lub do którego dążą. Wielu futrzaków to bardzo nieśmiali, dosyć wycofani ludzie, z kolei ich „futrzana osobowość" to zwierzę kochające dobrą zabawę i ludzi. W ten sposób mogą modelować własne zachowanie, gdy już zdejmą stroje, a przyjaźnie zawarte wcześniej nadal trwają.

Spotkałem tam taką młodą kobietę, która byciu fanką zawdzięcza swoje życie. To było dla niej odkrycie. Istnieje zespół psychologów, którzy prowadzą długotrwałe badania nad futrzakami. Rozmawiałem z jednym z nich, która powiedziała mi, że to niestety to jest norma, bo wiele z tych osób czuje się wyalienowana, odrzucona. Następnie odkrywa miejsce w postaci subkultury, w którym nie czuje się samotna i już dalej toczy się samo.

Jaki jest związek między internetem a konwentami? Na pewno dzięki niemu, subkultury fanów mogą się ze sobą łączyć, ale czy jednocześnie nie niweluje to potrzeby spotkania w realu?
Dokładnie to samo pytanie zadałem organizatorowi jednego ze zlotów. Powiedział, że owszem, ludzie uwielbiają się łączyć online i że internet na pewno pomaga szerzyć słowo i utrzymuje tę społeczność w dużej aktywności, jednak jakkolwiek dobry nie byłby internet, to i tak w porównaniu do przebywania razem w jednym pomieszczeniu, taka interakcja jest trochę pusta.

Ludzie na różnych zlotach mówili mi, że konwenty stanowią dla nich najważniejszy moment w roku. Gdy tam jesteś, to naprawdę, jeżeli nie czujesz wibracji generowanych przez tych wszystkich ludzi, to chyba nie jesteś człowiekiem. W momencie, gdy konwent się kończy, to czujesz coś na kształt psychicznego i fizycznego smutku. Jest na to nawet termin: pokonwentowy zjazd. 

Zwłaszcza w przypadku czegoś jak Anthrocon, gdzie przybiera się całkiem inną osobowość. Wyobrażam sobie, że wracanie do codzienności jest traumatyczne.
Dokładnie tak. Futrzaki i ludzie-syreny, gdy przebywają we własnym gronie, nie muszą się z niczego tłumaczyć, z kolei wielu z nich doświadcza różnych reakcji ze strony rodziny. Są tym „szalonym kuzynem", czy kimś w tym stylu, jednak gdy są wśród siebie, to czują się kompletnie normalni, nie mają poczucia winy.

Uważasz, że pośród tych naprawdę wyrazistych społeczności, istnieje jakiś przewodni typ osobowości?
Każdy konwent organizowany jest na podstawie bardzo silnej pasji lub wręcz obsesji, którym należy w jakiś sposób dać upust. Oni czują wtedy wielką wolność, co jest, muszę przyznać, naprawdę inspirujące. Bez względu na to, czym się pasjonują i kim są, to spełniają swoją potrzebę przynależności.

A czy spotkałeś się z jakimikolwiek aspektami subkulturowymi, które ciężko było zaakceptować?
Pierwszy raz, gdy poszedłem na te konwenty, pierwsze pięć minut sam zadawałem sobie pytanie „ludzie, serio?", jednak mija jakieś 10-15 minut i myślisz sobie „o, widziałem to". Bronycon był najtrudniejszy pod tym względem, że naprawdę musiałem włożyć dużo wysiłku, aby dostrzec, o co w tym wszystkim chodzi. Widok tych wszystkich dorosłych chłopaków, wyrażających swe głębokie zainteresowanie My Little Pony... Ja dorastałem w zupełnie innym pokoleniu, w którym inaczej definiowało się „męskość". Zdaję sobie z tego sprawę i akceptuję to. Jeden z wykładów, na który poszedłem podczas pierwszego Bronycon w 2013 roku, zatytułowany był „So I Raised a Brony" [wychowałem broniego], który skierowany był do rodziców Bronies. To było fascynujące. Pamiętam, jak jedna matka powiedziała, że z powodu prześladowań wolałaby, aby jej syn był gejem, niż członkiem wspomnianej subkultury, bo bycie gejem jest bardziej akceptowalne. I właśnie o to chodzi w Bronycon i Anthrocon, niesamowity jest poziom akceptacji.

Czy są tam ludzie, którzy nie chcą być fotografowani?
Tak, ale bardzo rzadko. Podczas fetyszowego konwentu kilka osób poprosiło mnie bardzo dyskretnie, abym raczej unikał robienia im zdjęć. Ja na pewno nie chcę nikogo obnażać czy ośmieszać. Większość z uczestników to jednak wspaniali ekshibicjoniści. W niektórych przypadkach jest tak, a zwłaszcza z futrzakami i clownami, że oni tak bardzo lubią być fotografowani, że gdy tylko podnoszę aparat, oni automatycznie przybierają pozę. To nie jest to, czego szukam, od razu myślę sobie: „wróć do tego, co robiłeś przed chwilą!"

conventionalwisdom.com

Zobacz też: Ostatnie segregowane rasowo bale maturalne w Georgii.

Kredyty


Tekst: Alice Newell-Hanson
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcia: Arthur Drooker