dlaczego wciąż kochamy britney spears?

Britney szykuje 9. album, a my zastanawiamy się, czemu zawdzięcza swój urok.

|
27 Lipiec 2016, 2:10pm

Po tym, jak Kim Kardashian opublikowała na Snapchacie rozmowę Kanyego Westa z Taylor Swift, wielu z nas zmieniło zdanie o piosenkarce, dominującej gwieździe popu tego pokolenia. Pewna strona opublikowała nawet brutalny artykuł, zatytułowany: „Kiedy po raz pierwszy zdaliście sobie sprawę, że Taylor Swift was okłamuje?". Tak się złożyło, że największa gwiazda popu poprzedniego pokolenia — Britney Spears — wydała swój nowy singiel „Make Me", właśnie gdy wybuchła afera z Taylor. Oczywiście Taylor i Britney różnią się pod wieloma względami, zarówno jako gwiazdy popu, jak i ludzie, ale nasz stosunek do tej drugiej jest o wiele mniej skomplikowany. Nikt nie musi analizować swojej opinii na jej temat. Niektórym jest obojętna, inni ją lekceważą, ale większość z nas uwielbia Brit od małego. Wciąż mamy nadzieję, że każdy nowy singiel będzie kolejnym hitem w stylu „Toxic" albo „I'm a Slave 4 U".

Nasza łatwiejsza relacja z Britney Spears częściowo wywodzi się z prostszych czasów, w których wspięła się na szczyt. Gdy jej debiutancki singiel „...Baby One More Time" zawładnął listami przebojów w 1998 roku, Twitter, Instagram i Facebook nie były jeszcze nawet pomysłami w głowach Zuckerberga i spółki. Jasne, mogliśmy wyszukiwać zdjęcia Britney w sieci, ale wtedy surfowaliśmy po niej tylko godzinkę lub dwie dziennie przez modemy telefoniczne. Koncepcja nieustannie krążących w sieci najnowszych doniesień i plotek o naszych ulubionych celebrytach, jeszcze nie powstała. Gdy świat obiegła obsesja na punkcie Britney Spears, mieliśmy do niej ograniczony dostęp. Była twarzą z MTV, a jej wyczerpujący grafik nie zawierał budowania marki na Snapchacie.

Jej ekipa pewnie nie raz nas okłamywała przez te wszystkie lata (szczególnie po załamaniu nerwowym z 2007 roku), ale sama Britney? Nigdy!

Oczywiście później sama Britney wkroczyła do gry — ma ponad 46 mln obserwujących na Twitterze i 11 mln na Instagramie — ale to nigdy nie było integralną częścią jej wizerunku i uroku. Nie oczekiwaliśmy, że będzie wygłaszać mądre i wnikliwe tezy w mediach społecznościowych. Wystarcza nam, gdy wrzuca na Instagram najprostsze memy („Życie byłoby łatwiejsze, gdybyśmy nosili więcej baletowych spódniczek") i przypadkowe grafiki, które jej się spodobały (jak okładka płyty polskiego, rockowego zespołu Chemia), bo to właśnie za tę prostotę i szczerość kochamy Britney. Jej ekipa pewnie nie raz nas okłamywała przez te wszystkie lata (szczególnie po załamaniu nerwowym z 2007 roku), ale sama Britney? Nigdy!

Przykro było patrzeć na jej załamanie nerwowe, ale teraz, prawie dekadę później Britney wygląda i czuje się świetnie, a mroczny okres stał się częścią jej legendy. Możecie rano wypić kawę z kubka z napisem: „Jeśli Britney Spears przetrwała 2007 rok, to ty dasz radę przetrwać ten dzień". Przed kryzysem uważaliśmy Brit za słodką nastolatkę z Luizjany, która stała się największą gwiazdą świata dzięki ambicji, ciężkiej pracy i wrodzonemu talentowi do dawania niesamowitych występów. Ludzie mogli twierdzić, że jest tylko pionkiem, ale nam wydawała się o wiele mniej cyniczna i zakłamana, niż inne gwiazdy, dlatego wiele rzeczy uchodziło jej na sucho — jak np. sugestywny taniec z wężem na rozdaniu nagród VMA w 2001 roku. Po 2007 roku zyskała coś więcej: tę wyjątkową sympatię i szacunek, jakim darzymy ludzi, którzy przezwyciężyli trudności losu i kryzysy. Wtedy wypuściła też jeden ze swoich lepszych i bardziej wizjonerskich albumów — „Blackout", a to tylko dodaje czaru.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Ta zbiorowa sympatia sprawia nie tylko, że chcemy patrzeć, jak wymiata na scenie. Pozwala nam także przymykać oko na jej błędy. Gdy w 2012 roku dołączyła do jury amerykańskiej edycji X Factora, na pewno sporo na tym zarobiła, ale poza tym zapewniła nam jedynie wątpliwą przyjemność oglądania jej — lekko przerażonej Britney, zmuszonej do udawania emocji przed kamerami. Zaliczyła też parę dziwnych gaf, np. jak wtedy, gdy nazwała swoich homoseksualnych fanów „tak jakby dziewczynami" w wywiadzie z Pride Source z 2013 roku. Innym gwiazdom oberwałoby się za ten komentarz, ale Britney to uszło na sucho. Rozumiemy, że po prostu źle się wysłowiła, nie chciała nikogo zranić i nie była zrobiła tego celowo.

Britney nigdy nie była do końca „cool", ale fajni ludzie zdecydowanie ją lubią. Sky Ferreira i Tinashe są wielkimi fankami, Lady Gaga nazwała ją „najbardziej prowokacyjną wykonawczynią naszych czasów", a Charli XCX podziękowała Brit w książeczce albumu „Sucker" za inspirację. Spears nie ma głosu Christiny Aguilery, ani smykałki do pisania tekstów jak Justin Timberlake, ale ma na koncie niesamowite hity, których oboje mogą jej pozazdrościć. Britney zasługuje też na uznanie za zmianę naszej opinii o stałym angażu w Las Vegas. Wcześniej Vegas było miejscem dla weteranów dorabiających do emerytury, a teraz to mądry ruch dla każdego artysty z wystarczającą ilością hitów i fanów: J Lo i Mariah Carey już poszły w jej ślady. Popularny show Brit, Piece of Me, odbywa się w Planet Hollywood Resort & Casino od grudnia 2013 roku.

Na swój specyficzny sposób podróż Britney czasami odbija nasze własne doświadczenia. W „Oops! ... I Did It Again" zaśpiewała nam: „Wcale nie jestem taka niewinna", w momencie, gdy wielu z nas odkrywało, że my też je jesteśmy niewiniątkami. Dekadę później udało się jej podnieść po dołku, którego nie życzymy nawet najgorszym wrogom. Wrzuca na Insta radosne zdjęcia w duchu body positive, bo cieszy się, że wróciła do formy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. W tym tygodniu ogłosiła, że „już wkrótce" ukaże się jej nowy album, ale po 18 latach śpiewania, tańczenia i bycia Britney ma prawo do chwili dla siebie. Gdy w końcu weźmie sobie zasłużone wolne, będziemy cierpliwie czekać na kolejny singiel, w nadziei, że będzie hitem na poziomie „Toxic" i „I'm a Slave 4 U".

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Nick Levine
Tłumaczenie: Patrycja Śmiechowska