tworzę dla siebie

Blood Orange o dorastaniu, presji i tworzeniu najnowszego albumu, „Freetown Sound”.

tekst Lynette Nylander; tłumaczenie Patrycja Śmiechowska
|
27 Październik 2016, 3:40pm

Dev ma na sobie pelerynę Ermenegildo Zegna Couture. T-shirt vintage Helmut Lang z archiwum Davida Casavanta. Czapka jest własnością Deva. 

Trzeci album Devonté Hynesa, znanego jako Blood Orange, czyli „Freetown Sound", jest finezyjny. Słychać to nie tylko w 17 starannie zaaranżowanych kompozycjach, ale także w dźwiękach z otoczenia, które łączą piosenki. Nagrania powstały w najróżniejszych miejscach i sytuacjach: od samotnych popołudni w Washington Square Park, przez nocne przejażdżki na desce w centrum, po pełne zadumy spacery po Nowym Jorku. Uważny słuchacz między utworami może wychwycić dodatkowe informacje.

„Cieszę się, że tak mówisz", Dev stwierdził w trakcie naszej rozmowy w cichej księgarni w Soho. „Podszedłem do 'Freetown Sound' jak do oldschoolowej, hip-hopowej płyty. Szukałem fragmentów piosenek i tekstów do sampli, sposobu na połączenie wszystkiego w całość. Chodzi o inspiracje dotyczące tych dźwięków. Różne rzeczy docierają do naszych uszu i mogą dla nas coś znaczyć, mimo że są wyrwane z zupełnie innego kontekstu — szczególnie w przypadku gwarnych miast. Chciałem wywołać poczucie, jakby ta muzyka pochodziła z innego miejsca i miała podwójne znaczenie".

30-letni Hynes coś o tym wie: ma doświadczenie w przenoszeniu z miejsca na miejsce. Urodził się w Houston w stanie Teksas, wychował się na przedmieściach Londynu, a 10 lat temu zamieszkał w Nowym Jorku. Nie miał w planach kariery muzycznej. Dev był zapalonym piłkarzem i mógł spróbować przejść na zawodowstwo, jednak jego wstręt do ludzi z tego środowiska sprawił, że porzucił ten pomysł. Zawsze interesował się muzyką — wpychał się na lekcje pianina swojej siostry, nauczył się gry na wiolonczeli, perkusji i gitarze basowej w szkolnych zespołach. „Lubiłem muzykę, potrafiłem grać i zależało mi na niej, ale nie byłem dzieciakiem, który dorastał, grając na gitarze w pokoju", mówi. Jego talent był jednak wyraźnie widoczny i po krótkim eksperymencie w dance-punkowym zespole Test Icicles w latach 00. i wydaniu płyty jako Lightspeed Champion w 2008 roku, Dev zaistniał jako Blood Orange. W 2011 roku wypuścił krążek „Coastal Grooves", w 2013 „Cupid Deluxe", a w czerwcu tego roku „Freetown Sound" — najbardziej imponujące dzieło do tej pory.

Szorty Nike. Czapka i zegarek są własnością Deva.

Album zawdzięcza swoją nazwę stolicy Sierra Leone, z którego pochodzi jego ojciec. Płyta jest kakofonią melodii — w ciągu 58 minut zabiera słuchaczy w niezwykłą podróż. Przechodzi od wyobrażania sobie doświadczeń jego ojca urodzonego w latach 30. w Afryce Zachodniej, po konflikty na tle rasowym („Hands Up"), porusza także kwestię płci („Desireé" z monologiem Venus Xtravaganzy z „Paris is Burning"), tożsamości oraz reprezentacji („By Ourselves") oraz przeprowadzki na inny kontynent („Augustine"). Dev skorzystał z pomocy materiałów uznanego pisarza Ta-Nehisi Coatesa, poetki Ashlee Haze oraz filmowca Marlona Riggsa, którzy wypowiadali się na temat współczesnych problemów czarnej społeczności, ale „Freetown Sound" nie jest bezpośrednią odpowiedzią na obecny stan rzeczy w Ameryce. „Nie napisałem jej jako manifestu politycznego. To zabawne, bo gdy zacząłem udzielać wywiadów związanych z płytą, od razu pytano mnie: 'Czy to album wspierający ruch Black Lives Matter?', a ja myślałem: 'Co?'. Jeśli chodzi np. o album 'To Pimp a Butterfly' Kendricka Lamara, przesłanie jest jasne. Oczywiście mówię na albumie bardzo osobiste rzeczy, ale to ciekawe, że ludzie mogą tworzyć, co chcą i nadal być utożsamiani z tą ideą. Pewnie wpłynął na to również moment premiery...".

Produkcja płyty zaczęła się dwa lata temu od kawałka „E.V. P.", na którym słychać takie artystki, jak Bea1991 (bliska przyjaciółka Deva) oraz Debbie Harry. „Pracowałem nad tą piosenką w związku z pokazem Eckhaus Latta i wciąż w niej grzebałem, aż do ostatecznego ukończenia albumu. Wciąż znajdywałem rzeczy, które musiałem zmienić. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem", wyjaśnia. „Nigdy nie wchodzę to studia z myślą: 'Muszę nagrać album'. Po prostu piszę od czasu do czasu i staram się stworzyć odpowiedni nastrój". Marzycielskie dzieło „Hadron Collider" zostało napisane wspólnie z Nelly Furtado, która pojawia się na nim gościnnie. „By Ourselves" i „Hands Up" to kolejne kawałki, które stworzył na początku produkcji. Przy ich komponowaniu zapisywał teksty na kartce, zamiast freestylować, jak ma to w swoim zwyczaju. To była jego odpowiedź na presję, jaką czuł z zewnątrz. „Po raz pierwszy ludzie mówili: 'O, nagrywasz płytę' i teraz myślę, że to właśnie mnie uderzyło. Procesowi twórczemu towarzyszył pewien paradoks: z jednej strony piosenki były bardzo osobiste, ale z drugiej wiedziałem, że inni mają wobec mnie pewne oczekiwania".

Kurtka i spodnie Gucci. Czapka, zegarek i naszyjnik należą do Deva. Buty vintage z Uncle Sam's NYC. 

Wrodzony w szkołę Marvina Gaye, Niny Simone, Milesa Davisa i Johna Coltrane'a Dev często jest szufladkowany jako członek bohemy. „Wiem, że to wąska definicja", śmieje się, jednak przyznaje, że słuchanie swoich idoli z namaszczeniem i dorastanie poza Stanami Zjednoczonymi, wytworzyły w nim ciekawość i zachwyt państwem, które teraz nazywa domem. Bierze się to z młodości spędzonej w innym kraju. „James Baldwin chyba mówił, że trzeba oddalić się od jakiegoś miejsca, żeby naprawdę je zobaczyć. Wiem, że byłbym inną osobą, gdybym wychował się tutaj. Nie mogę sobie nawet tego wyobrazić".

„Freetown Sound" zdecydowanie jest sumą różnych wydarzeń z życia Deva z ostatnich dwóch lat. Część treści zaplanował, część wynikła z niezamierzonych i improwizowanych działań. Czerpał z osobistych doświadczeń, ale efekt podarował słuchaczom, którzy mogą interpretować całość na swój sposób. „Wiem, że teraz zajmuję się muzyką zawodowo, ale nadal podchodzę do tworzenia jej tak samo, jak wtedy, gdy miałem 14 lat. Nie czytam recenzji. Sama myśl, że ktoś robi muzykę dla poklasku, jest dla mnie niedorzeczna. Gdy ludzie mówią, że lubią moje piosenki, naprawdę się dziwię i jestem zaciekawiony. Tworzę i gram w głównej mierze dla siebie, nawet w trakcie koncertów, które nie są dla mnie najnaturalniejszym środowiskiem... Muszę się nad tym skupić o wiele bardziej niż większość artystów. Pewnie dlatego nie byłem na trasie od pięciu lat".

Kilka dni później Dev zachwycił widownię, która siedziała cicho w trakcie zorganizowanego naprędce, kameralnego koncertu w Manhattan Inn na Greenpoint. Bez względu na to, czy faktycznie unika występów, czy nie, jasne jest, że oczarował wszystkich.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Płaszcz i spodnie Givenchy by Riccardo Tisci. T-shirt vintage Helmut Lang z archiwum Davida Casavanta. Czapka, zegarek i naszyjnik należą do Deva.

Spodnie i płaszcz Givenchy by Riccardo Tisci. Czapka, zegarek i naszyjnik należą do Deva. Pasek Hermès. Buty vintage z Uncle Sam's.

Płaszcz i spodnie Givenchy by Riccardo Tisci. Czapka, zegarek i naszyjnik należą do Deva. Pasek Hermès. Buty vintage z Uncle Sam's.

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst: Lynette Nylander

Zdjęcia: Jalan i Jibril 
Stylizacja: Carlos Nazario
Tłumaczenie: P. Śmiechowska

Tagged:
Dev hynes
Blood Orange
wywiad
Wywiady
Μόδα
Devonté Hynes
carlos nazario
jalan and jabril
muzyka wywiady
jalan i jabril