pustaki, kochanki i chodzące ozdoby

Branża filmowa nie ma litości dla modelek...

tekst Oliver Lunn
|
15 Czerwiec 2016, 2:00pm

Nowy film Nicolasa Windinga Refna, „Neon Demon", który już niedługo wejdzie do naszych kin (22 lipca) to psychologiczny thriller, którego akcja rozgrywa się w bezwzględnym świecie mody. Dokładniej fabuła opowiada o wampirach, wysysających krew z pięknych kobiet, aby zachować młodość, ale to także historia o naszej kulturze z obsesją na punkcie piękna. Pokazuje zazdrość wśród modelek i żerowanie na niewinnych dziewczynach, które dopiero wkraczają na wybieg. Przedstawia świat mody jako miejsce, w którym nie ma moralności, a pod przykrywką piękna czai się zło i brzydota. W kinematografii to nic nowego.

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Modelkom w filmach nigdy nie było łatwo. Reżyserzy zbyt dobrze się bawią, tworząc postaci pustaków, kochanek i chodzących manekinów, które istnieją tylko jako wypełniacz. Nie twierdzę, że w świecie mody nie ma takich narcystycznych panien, ale w filmach modelki rzadko przedstawia się jako kogoś więcej. Przecież wiemy, że nie wszystkie są jak Derek Zoolander. Niektóre jeżdżą na deskorolce, inne grają w filmach albo tańczą breakdance. Dlaczego nie ma ich w filmach? Dlaczego twórcy boją się modelek z osobowością?

Już w latach 50. istniał stereotyp głupiej modelki. W komedii romantycznej „Zabawna buzia" z Audrey Hepburn fotograf ma problem ze znalezieniem modelki, która jednocześnie byłaby piękna i mądra. „Kobieta może być zarówno piękna, jak i inteligentna", mówi redaktorka magazynu, luźno oparta na Dianie Vreeland. Na dowód tego w kadr wchodzi pracownica księgarni, grana przez Hepburn, która nie aspiruje do kariery modelki. Oczywiście, dopóki wspomniany fotograf (Fred Astaire) nie oferuje jej darmowej wycieczki do Paryża. Wtedy jej podejście do branży zmienia się i dołącza do grona pustaków.

Dekadę później sprawy miały się podobnie, a może nawet gorzej. Modelki z kultowego filmu „Powiększenie" Antonioniego z 1966 roku są jedynie zabawkami fotografa (w którego wcielił się David Hemmings, a jego postać oparto na legendarnym Davidzie Baileyu). W pewnej scenie dwie pragnące sławy modelki pojawiają się na progu fotografa bez zapowiedzi. Klękają przed nim i błagają, żeby zrobił im zdjęcie. Mężczyzna w końcu zaprasza je do środka, rozbiera i wciąga w trójkącik na podłodze. Gdy ma już dość, po prostu wyrzuca je za drzwi, ze spojrzeniem mówiącym: „Dobra dziewczynki, teraz muszę się wziąć do pracy". Film w zasadzie pokazuje fotografa jako gwiazdę rocka, a modelki jako jego groupie.

„Pret-a-Porter" Roberta Altmana — satyra nakręcona w czasie paryskiego tygodnia mody, w której pojawiają się m.in. Carla Bruni, Naomi Campbell i Claudia Schiffer — miało szansę rzucić na branżę inne światło. Może jakieś oświecające sceny, dotyczące zaburzeń odżywiania albo narkotyków zażywanych, żeby utrzymać wagę? Nic z tych rzeczy. Jedyne dialogi między modelkami dotyczą plotek: kto spał z kim? Potem oczywiście widzimy, jak przepychają się łokciami po zejściu z wybiegu. Najradykalniejsza jest scena z armią nagich dziewczyn przechadzających się po wybiegu, zostawiająca widzów ze szczękami na podłodze. Większości widowni imponuje kolejny wielki trend, tylko jedna osoba jest rozwścieczona jego niedorzecznością. Niestety satyra Altmana przypomina niezdarny, nietrafiony cios outsidera, próbującego powiedzieć żart środowiskowy.

Ciemna strona modelingu, którą pominięto w „Pret-a-Porter", pojawiła się w filmie „Gia" z 1998 roku. Ale nawet i tu wkradły się utarte banały. Angelina Jolie wciela się w nim w jedną z pierwszych supermodelek, Gię Marię Carangi. Jest punkową dziewczyną z Filadelfii, która zostaje dostrzeżona przez agencję z Nowego Jorku. Jedną z rad, jakie Gia słyszy na wstępie, jest: „W tym zawodzie nie musisz nic mówić... To, co wydobywa się z twoich ust, jest kompletnie bez znaczenia". Wkrótce Gia sypia z makijażystką, wciąga kokainę, a jej życie się rozpada. To znana, oklepana historia: branża i jej brak umiaru pochłaniają ją. Ten film przynajmniej pokazuje modelkę z mózgiem, ale posługuje się tymi samymi metaforami na temat branży — inne bohaterki są puste i całymi dniami paplają tylko o rozmiarach.

Ogólnie przesłanie „Gii" jest równie banalne, jak moment oświecenia Dereka Zoolandera: „W życiu liczy się coś więcej, niż tylko świetny wygląd". Nie jest to też dalekie od puenty Terrence'a Malicka w „Kinght of Cups", który pokazuje, że „sława nie jest tym, czym się wydaje". W tym filmie, który jest wystawnym portretem nikczemnej, ciemnej strony elity Los Angeles, modelki znów są tylko zabawkami. Zabawkami reżysera i lowelasa, granego przez Christiana Bale'a.

W jednej z najbardziej bezczelnych scen, Bale tańczy w hotelowym apartamencie z dwiema skąpo odzianymi modelkami, które polewają go szampanem i turlają się z nim po łóżku, jak dziewczyny z „Powiększenia". Nie mają nic do powiedzenia, a ich jedynym zadaniem jest oplatanie ciała głównego bohatera. Pozostają praktycznie pasywnymi ludzikami, które mają podkreślić kryzys egzystencjonalny protagonisty. W innej scenie jest podobnie: główny bohater wpatruje się w modelkę (Freidę Pinto) na wystawnej domówce. Jedyne słowa, jakie od niej słyszymy, to „Jak masz na imię?". Kamera Malicka pożera dziewczynę. To przypomina nam, że to ten sam reżyser, który kazał Oldze Kurylenko machać rękami przez 113 minut w „Wątpliwościach". Jak widać naprawdę lubi modelki.

„Knight of Cups" pokazuje, że nawet twórcy kina niezależnego nie są zainteresowani obalaniem stereotypów dotyczących modelek. Oni też pokazują je jako pustaki, kochanki i zwykłe ozdobniki. W ich postaciach nie znajdziemy żadnych niuansów. W Hollywood modelki są postrzegane jako płaskie, puste postacie. Nie zrozumcie mnie źle, satyra jest świetna i potrzebna, ale trzeba też pokazać, że modelki nie zawsze są próżnymi, chodzącymi rzeźbami, które potrafią tylko przechadzać się w linii prostej po wybiegu. Coraz więcej modelek próbuje swoich sił w aktorstwie jak chociażby Abbey Lee, Cara Delevingne i Lily Cole. Miejmy nadzieję, że wkrótce zobaczymy bardziej realistyczny obraz tego świata.

@OliverLunn

Przeczytaj też:

Kredyty


Tekst Oliver Lunn
Zdjęcie dzięki uprzejmości Warner Brothers
Tłumaczenie Patrycja Śmiechowska

Tagged:
Neon Demon
Zoolander
Kino
stereotyp
Gia
pret-a-porter
Terrence Malick
modelki
modelka
powiększenie
zabawna buzia