wielki powrót peaches

Królowa electroclashu po sześciu latach powraca z nową płytą, prowokując ze zdwojoną siłą.

tekst Colin Crummy
|
09 Październik 2015, 3:42pm

Kiedy akrobatka Empress Stah dobierała soundtrack do swojego najnowszego występu, zadzwoniła tylko i wyłącznie do jednej osoby. „Powiedziała, że spektakl będzie zawierał akrobatkę i laserowy korek analny", wspomina ta właśnie osoba, czyli urodzona w Kanadzie buntowniczka Peaches. „A ja odpowiedziałam na to: tak, tak i jeszcze raz - tak".

Bo niby do kogo mogłaby zadzwonić? Tylko do Peaches, rockmenki, która już od 15 lat otwarcie mówi i śpiewa o seksie, a także na wszystkich frontach łamie stereotypy płci. W 2000 roku, na wszystkich imprezach rozbrzmiewał jej progresywny i ociekający seksem electroclashowy kawałek The Teaches of Peaches. Dała nam też Fuck the Pain Away, czyli hymn wszystkich alternatywnych dzieciaków.

I to właśnie jest Peaches, 46-letnia Merrill Beth Nisker. Ona nie jest niczyją kopią. Jej styl, pewność siebie i podszyte seksem prowokacje biją po oczach (i uszach) tak samo, jak kiedyś. Postawiła się ortodoksji płciowej w każdy możliwy sposób - z dumą zapuściła włosy pod pachami i w okolicach intymnych do swojego teledysku Set It Off, rzuciła wyzwanie nacechowanym płciowo przekleństwom, (swój kawałek nazywając FatherFucker), a także szowinizmowi w hip-hopie, w piosence Stick it to the Pimp. Mainstream nie radzi sobie z Peaches, ale jej wpływy obecne są wszędzie na polu kobiecego, wyzwolonego popu.

Jeżeli chcesz czegoś surowego i bez ogródek, nie musisz szukać daleko. Wystarczy sięgnąć po nowy i pierwszy od sześciu lat album Peaches ­pt. Rub. Jest polityka tożsamościowa, jest podważanie stereotypów płci i jest tłusty beat. W razie potrzeby jest także, bo przecież jesteście ciekawi, soundtrack do akcji z laserowym korkiem analnym.

Twoja twórczość od zawsze podważała status quo tożsamości płciowej. Czy czujesz się dziwnie z tym, że po 15 latach nadal musisz o tym śpiewać?
Ten album jest uroczysty i odznacza się postgenderową postawą. Wcześniej śpiewałam o udręce, dziś śpiewam „dobijamy na miejsce". Jest co świętować.

Niektóre z najbardziej znanych ikon i ambasadorek kwestii gender jak Laverne Cox czy Ellen Page wspomniały, że gdy nie mogły mówić o czymś głośno, kierowały się do ciebie.
Tak, to prawda. Mam wrażenie, że ludzie, którzy dorastali równolegle ze mną, są obecnie zauważani. Co ode mnie wynieśli? Mam nadzieję, że inną perspektywę. Od zawsze mówiłam, jak bardzo chciałabym, aby mainstream zbliżył się do mojego sposobu myślenia i to się poniekąd właśnie dzieje.

Co było twoim celem, gdy zaczynałaś?
Chciałam tej perspektywy, której brakowało wówczas w muzyce. Zarówno rock'n'roll, jak i hip-hop odznaczały się mocno mizoginistyczną postawą. Ja chciałam dać na to odpowiedź. Gdy nuciłam niektóre piosenki, myślałam sobie: „to nie jest część mojego świata". Chciałam piosenek, których słowa będę mogła śpiewać albo takich, które będą dezorientować ludzi w taki sposób, że będą zadawać sobie pytanie „co jest, dlaczego ja to śpiewam?"

Uważasz, że w pop kulturze są piosenki, dla których musisz oferować alternatywę?
Zawsze staram się unikać słowa „alternatywa", bo jeśli coś jest alternatywne, to nie do końca tak ważne, jak powinno. To tak, jak nazwali Nirvanę „alternatywą"... Zawsze mnie to bawiło - najwięksi wyjadacze muzy, a nazywa się ich „alternatywą".

Czemu Fuck the Pain był aż takim hiciorem?
Jest to hymn o stawaniu się sobą i zdaniu sobie sprawy z własnej wolności. To przełomowa piosenka.

Zawsze byłaś mocno wizualną artystką, poza tym do każdego kawałka z nowej płyty zrobiłaś teledysk. Czego możemy się spodziewać?
Teledysk do Rub to moja największa duma i chwała. Żadna z nas nigdy wcześniej nie była na planie złożonym z samych kobiet (dokładnie czterdziestu). Pojawiły się artystki perfomance'u i gwiazdy porno społeczności queer. A.L. Steiner [z kolektywu Chicks on Speed], która pracowała przy lesbijskim queer porno i była także profesorką na University of Southern California, pomogła go reżyserować. Dick in the Air zrobiłam razem z Margaret Cho. Znalazłyśmy śmieszne, dosyć komiksowe nagie stroje i od razu pomyślałyśmy: gdybyśmy miały fiuty przez jeden dzień, to co byśmy robiły? Więc oczywiście robiłyśmy sobie nawzajem laskę, Margaret sikała na ulicy... Włożyłyśmy kondomy i wyruchałyśmy arbuza. No i oczywiście jogging po okolicy...

Czy zawsze ważne było dla ciebie poczucie humoru na temat seksu, seksualności i płci?
To jest bardzo ważne. Byłam wielką fanką Lydii Lunch [legenda nurtu no wave], Bikini Kill i Babes in Toyland. Ja chciałam dodać trochę humoru. Czasem bardziej utożsamiam się z komikami i performerami niż z muzykami. Humor pomaga efektywnie przekazać wiadomość, niczego nie blokuje.

Nie uważasz, że dyskusja na temat gender często przybiera zbyt akademicki wymiar i przez to ludzie niezbyt się w nią angażują?
Myślę, że powinieneś bardziej posłuchać Tiny Fey, Amy Poehler, Amy Schumer i Wandy Sykes. Obecnie to właśnie komiczki kopią dupsko i oferują bardzo dobrą, feministyczną perspektywę.

Wielu artystów wymienia cię jako inspirację, ale kto jest inspiracją dla ciebie?
Jest wielu młodych artystów, którzy robią świetną robotę, jak chociażby filipińska artystka, Eisa Jocson. Jej ciotka zabierała ją na męskie striptizy, gdzie tancerzy nazywano „macho dancers", a ona odtwarza ich taniec jako kobieta. Lubię też Megumi Igarashi, która zrobiła waginalny kajak w Japonii.

Uważasz, że twoje występy, tak bardzo nacechowane seksualnie, z wiekiem stają się skuteczniejsze?
Staram się wykrzesać z siebie tyle energii, ile tylko mogę. Jak Iggy Pop, który moim zdaniem daje z siebie wszystko. Ale z drugiej strony jestem wyluzowana, nie uważam, że muszę coś udowadniać, kiedy gram, co nie oznacza, że nie daję z siebie wszystkiego. Nie osiadam na laurach.

Co jest w tobie najbardziej charakterystycznego dla LA?
Parę dni temu odbyłam rozmowę bardzo w stylu LA. Gadaliśmy o bardzo zdrowej restauracji. Bardzo się tym jaram. Nie mam psa, więc tym nie mogę się jarać, nie mam też już samochodu, więc nie mogę podniecać się korkami. W Berlinie zawsze gada się o tym, jak późno wróciło się w nocy z imprezy. Zawsze powtarzam, że chciałabym żyć w LA za dnia i w Berlinie nocą.

Co jest w tobie najnudniejsze?
Bardzo długo sikam, aż się czasami wstydzę i to się robi nudne.

@peaches

Kredyty


Tekst: Colin Crummy
Tłumaczenie: Zuza Bień
Zdjęcie: Daria Marchik

Tagged:
Gender
Peaches
rub
muzyka
feminizm