Reklama

czy ​artyści powinni brać narkotyki?

Badamy tajniki sztuki oraz jej relacje ze środkami odurzającymi

tekst i-D Staff
|
08 Styczeń 2016, 12:50pm

Zdjęcie @basquiatart

Związek twórczości artystycznej z narkotykami od zawsze był przedmiotem wielu kontrowersji. Czy ich stosowanie to forma oszustwa? Czy sprawiają, że sztuka nie jest czysta? Z drugiej strony, gdzie powinna przebiegać granica ingerencji sądów moralnych? Pomyślcie o tym — czy Jim Morrison przedostałby się na „drugą stronę" bez wspomagaczy?

Głos w debacie zabrał niedawno Bryan Lewis Saunders. W ramach wystawy +Humans kilka z jego najbardziej kontrowersyjnych autoportretów będzie można obejrzeć do końca kwietnia w barcelońskiej galerii CCCB.
Są to prace, które do powstania wymagały od twórcy ciągłego życia na krawędzi. Saunders w ciągu roku zażył ogromną ilość narkotyków, a każdy ze wspomnianych autoportretów powstał pod wpływem innej substancji (cóż, czy też pomyśleliście o Witkacym?).
Artysta pozwolił swojemu umysłowi w pełni odpłynąć, po czym starał się narysować swoją podobiznę na kartce papieru. Robił tak aż do momentu, w którym był w stanie rozpoznać swoją twarz. Efekt eksperymentu jest równie oszałamiający, jak i fascynujący.

Zdjęcie @sergiwolf

Saunders brał praktycznie wszystko: marihuanę, kokainę, środki przeciwdepresyjne, Xanax, syrop na kaszel, ale też nieprzewidywalne dopalacze. Każda ze wspomnianych substancji miała na niego zupełnie inny wpływ. Jak sam stwierdził, „chciałem sprawdzić, w jaki sposób różne narkotyki zmieniały sposób odbioru rzeczywistości". W efekcie możemy zobaczyć prace nasycone trwogą i zgrozą, ale też takie, z których bije spokój oraz błogostan.

Saunders — rzecz jasna — nie jest pionierem w eksperymentach tego rodzaju. W dziejach ludzkości wielu artystów, muzyków, malarzy czy też pisarzy przyznawało się do zażywania narkotyków w czasie tworzenia swoich najbardziej uznanych dzieł. Andy Warhol i jego The Factory czy przedstawiciele generacji Beat są tego najlepszymi przykładami — wszyscy korzystali z substancji psychoaktywnych w poszukiwaniu czegoś, co wniosłoby świeżość do swoich prac.
Rozszerzenie świadomości, wyostrzenie zmysłów, wypaczenie rzeczywistości — te czynniki umożliwiły wspomnianym twórcom doświadczenie dużo głębszych uczuć niż na trzeźwo, co z kolei doprowadziło do powstania sztuki świeżej, oryginalnej, niepowtarzalnej. Czy historia sztuki byłaby inna, gdyby jej znaczna część nie była wynikiem brania narkotyków?

W tym momencie warto wspomnieć o negatywnych konsekwencjach odmiennych stanów świadomości. Wystarczy przypomnieć przykłady artystów, których nałóg doprowadził do grobu. Amy Winehouse, Jimi Hendrix, Truman Capote, William Burroughs, Jean-Michael Basquiat — lista jest naprawdę pokaźna.

Powinniśmy więc zadać sobie bardzo ważne pytanie. Dlaczego wspomniani artyści uważali, że tworzona przez nich sztuka wymagała wspomagaczy? Ze względu na strach przed brakiem inspiracji? Obawę przed porażką? Być może. Środki psychoaktywne na pewno pomagają w osiągnięciu spokoju ducha, ale też nie są one najbardziej ugruntowanym punktem zaczepienia.


Zdjęcie @fcontumelias

Może to kwestia transcendentalna, o charakterze eksperymentalnym. Już w starożytności szamani praktykowali rytuały polegające na zażywaniu ziół, aby w ten sposób przybliżyć się do świata mistycznego. Do krainy nieosiągalnej w żaden inny sposób. Uniwersum pozbawionego realizmu, które jest marzeniem każdego artysty.

Damien Hirst, zafascynowany śmiercią artysta milioner, przyznał się do zażywania toksyn w czasie tworzenia swoich prac. Jego zdaniem „narkotyki to substancje blisko związane z cienką barierą dzielącą życie od śmierci, a zażywając je można przeciwstawić się końcowi".


„Lost Love",  Damien Hirst (2000) vía @valeria_scagnelli

Picasso eksperymentował z opium, morfiną i haszyszem. Widać to bardzo dobrze na przykładzie jego wyjątkowej wizji rzeczywistości. Hiszpan w swoich pracach pokazuje esencję codzienności, ale robi to w sposób oryginalny, unikalny. Można by pomyśleć, że to zabieg przemyślany, który ma na celu pokazać wpływ narkotyków na ludzki umysł. Artyście więc udaje się schwytać esencję tego, co pokazuje mu dana substancja, a widz zobaczyć ją z poziomu trzeźwego umysłu.

Inni twórcy, tacy jak Van Gogh, Beethoven czy Munch mieli bardzo rozbudowaną wyobraźnię. Oni jednak nie stosowali narkotyków, a ich kreatywność była silnie związana z chorobą psychiczną. Z badań przygotowanych przez deCODE, islandzką firmę zajmującą się badaniami nad genetyką, wynika, że zależność między twórczością a np. schizofrenią, depresją czy epilepsją nie jest mitem. Założyciel deCODE twierdzi nawet, że „kreatywność wymaga nietypowego sposobu myślenia, jednak gdy ktoś jest wyjątkowy, często przylepiamy mu łatkę dziwnego, szalonego czy nawet opętanego".


„Gwieździsta noc", Vincent Van Gogh (1889) vía Wikipedia.

Wypadałoby więc sprawdzić, co odróżnia choroby psychiczne od stanów umysłu wywołanych narkotykami. Przykładem może być schizofrenia, która jest w gruncie rzeczy stanem świadomości burzącym granice rzeczywistości, coś typowego dla ekstazy. Nie powinno więc dziwić, że w XX w. przeprowadzano badania nad leczniczym wykorzystaniem MDMA, a Bryan Saunders postanowił wystawić na próbę granice swojej percepcji.

„Krzyk",  Edvard Munch (1893) vía Wikipedia.

Jego prace nie posiadają jedynie walorów artystycznych, ale są także dowodem wpływu niektórych narkotyków na ludzki umysł. Saunders oczywiście przeprowadził eksperyment z czystej ciekawości i wyłącznie z myślą o swoim projekcie. Zapytany o wnioski odpowiedział „Co widzę patrząc na swoje autoportrety? Narkotyki sprawiają, że wyglądasz brzydko".

Kredyty


Tekst: Aida Belmonte
Tłumaczenie: Maciej Figiel

Tagged:
narkotyki
sztuka