czy „dziewczyny” to naprawdę dobry serial?

Rozpoczyna się ostatni sezon „Dziewczyn”, więc czas na krótkie podsumowanie.

|
lut 13 2017, 4:45pm

Rozpoczyna się właśnie emisja szóstego i jednocześnie ostatniego sezonu „Dziewczyn", dlatego nadszedł czas na rozważenie dziedzictwa tego serialu. W przeciwieństwie do „Seksu w wielkim mieście", z którym często jest porównywany, ten program nie wkroczył do mainstreamu w podobnym stopniu. Wszyscy znamy kogoś, kto nigdy nie obejrzał odcinka brooklyńskiej komedii Leny Dunham i kto nie czuje się, jakby coś go omijało. Hannah, Jessa, Marnie i Shoshanna raczej nie powrócą w jakichś kiepskich kinowych spin-offach. Dlatego dziedzictwo serialu sprowadza się do tego, co teraz o nim myślimy. My — widzowie, którzy pozostali wierni i przeżyli wzloty i upadki, a nawet amerykański akcent Chrisa O'Dowda.

Siła oddziaływania „Dziewczyn" była widoczna już w pewnym kluczowym momencie z pierwszego odcinka. Po trudnym lunchu, na którym Hannie (Lena Dunham) nie udaje się przekonać rodziców na dalsze finansowanie jej nowojorskiego życia, kobieta traci przytomność w hotelu. Rano budzi się już bez rodziców i widzi dwie dwudziestodolarówki na stoliku — jedną dla niej, jedną dla pokojówki. Hannah zabiera oba banknoty. Wiem, że to karygodne, ale również strasznie bliskie memu sercu. Jestem pewna (a przynajmniej tak mi się wydaje), że nie zabrałabym tych pieniędzy, ale jednocześnie taka myśl na pewno przeszłaby mi przez głowę. Może nawet zastanowiłabym się nad tym dłużej. Dunham uchwyciła uprzywilejowanie milenialsów w prostym dylemacie: „wypada czy nie?".

Ta scena jest także ważna, bo podkreśla jedną z najciekawszych cech „Dziewczyn" — twórców nie interesuje, czy postacie są sympatyczne i da się je lubić. Serial często (i słusznie) chwali się za pokazywanie kobiet o różnych sylwetkach, które przeważnie ignoruje się w filmach i telewizji. Tu zostają przedstawione jako seksowne, pożądane, warte uwagi. „Dziewczynom" należy się też uznanie za udowodnienie, że główne bohaterki wcale nie muszą być „miłe". Chociaż żadna z nich nie jest typową suką z telenoweli jak Joan Collins w „Dynastii", wszystkie bywają samolubne, przebiegłe i powierzchowne. „Jesteśmy od siebie tak oderwane", w trzecim sezonie mówi Marnie (Allison Williams), która planuje wyjazd do domku na plaży. „Myślałam, że to będzie dobra okazja, by dobrze się razem bawić i udowodnić wszystkim na Instagramie, że wciąż możemy miło spędzać czas we wspólnym gronie". Nawet bohaterka z najlepszymi intencjami, Shoshanna (Zosia Mamet), jest jak stara przyjaciółka, której już nie lubicie tak bardzo jak kiedyś. W jednym z odcinków przyznaje, że wcale nie kocha swojej babci. W jakim innym serialu usłyszelibyście coś takiego?

Jesteśmy też na Facebooku, polub nasz fanpage i-D Polska

Kobiety w „Dziewczynach" zostały wyzwolone z więzów i już nie muszą być milusie, a to tylko jeden ze sposobów, w jakie serial pokazał swoje feministyczne pazurki. W ciągu pięciu lat Dunham i pozostali autorzy brali na warsztat takie tematy jak aborcja, seksizm w życiu codziennym i presja zawarcia małżeństwa. Podchodzili do nich w świeży i nieosądzający sposób. W czwartym sezonie Mimi-Rose (Gillian Jacobs) zdradza, że przerwała ciążę, co jest bardzo odważnym wyzwaniem jak na amerykański program telewizyjny — nawet nadawany na tak progresywnym kanale jak HBO. „Nie mogę iść na jogging, bo wczoraj miałam aborcję", mówi ze spokojem do postaci Adama Drivera. Gdy ten wpada w szał i pyta o płeć dziecka, ona odpowiada opanowana: „To był kłębek komórek. Mniejszy od maleńkiej perełki. Nie miał penisa ani waginy".

Oczywiście mimo tych wszystkich zalet nie można jednak przeoczyć płytkości feminizmu „Dziewczyn". Dzieło Dunham od samego początku krytykowano za skupianie się wyłącznie na życiu czterech białych, uprzywilejowanych kobiet z klasy średniej. Jak na serial osadzony w Nowym Jorku brakuje mu zróżnicowania kulturowego. W najlepszym wypadku sprawia to zawód, w najgorszym — jest nieodpowiedzialne. Próbowano to naprawić w drugim sezonie, gdy Donald Glover (znany także jako Childish Gambino) pojawił się w obsadzie jako obiekt westchnień Hanny. Niestety pozostał zaledwie na dwa odcinki, w trakcie których Hannah oskarżyła go o „fetyszyzowanie" jej, białej kobiety. W efekcie wszystko wydawało się trochę wymuszone i nieprzemyślane. Od tamtej pory Dunham nieraz przepraszała za przytłaczającą „białość" obsady. „Tak bardzo skupiłam się na zaprezentowaniu świata dziwaczek, pulchnych dziewczyn i pokręconych pół-Żydówek, że zapomniałam o całym świecie kobiet, które również się pomija", przyznała w wywiadzie z The Hollywood Reporter z 2015 roku.

Mimo skruchy Dunham „Dziewczyny" nigdy nie wyszły z tego martwego punktu. Zaledwie w zeszłym tygodniu supermodelka i filantropka Iman zwróciła na to uwagę, gdy zastąpiła chorą Dunham w trakcie nowojorskiej gali amfAR. „Nie jestem Leną Dunham, chociaż wiem, że ciężko nas odróżnić", powiedziała żartobliwie widowni. „Wystąpiłam w 'Dziewczynach', ale pewnie mnie nie zauważyliście, bo grałam białą dziewczynę".

Mimo wszystko nie można zapominać, że ostatni sezon „Dziewczyn" ma ogromny potencjał i może jeszcze zmienić wszystko, co o nim sądzimy. Zanim całą dobrą robotę zniszczyły kiepskie spin-offy „Seks w wielkim mieście" w ostatnim sezonie nabrał głębi, gdy Samantha walczyła z rakiem piersi, a Miranda opiekowała się zniedołężniałą matką swojego partnera. Cokolwiek dobrego lub złego przytrafi się Hannie, Jessie, Marnie i Shoshannie w ciągu następnych 10 odcinków, „Dziewczyny" z pewnością będą istotnym serialem dla naszego pokolenia. I to właśnie dlatego, że jednocześnie trafiały w samo sedno i były nieco problematyczne. Wszyscy zaczynamy doceniać różne stopnie uprzywilejowania, które nas dotyczą (lub też nie) i dociera do nas, że nie ważne za jak uświadomionych się uważamy — zawsze możemy być jeszcze bardziej świadomi. Czasem oglądanie serialu przypominało przeglądanie się w lustrze, trzymanym przez Lenę Dunham.

Kredyty


Tekst: Nick Levine