Reklama

kostiumografka „disaster artist" o pracy na planie

James Franco nakręcił szalony film o produkcji dzieła tak złego, że aż kultowego — „The Room". Przeczytajcie rozmowę z kostiumografką, która odtworzyła garderobę Tommy'ego Wiseau i całej obsady.

|
lut 9 2018, 10:01am

Po pierwszym seansie filmu „The Room" kostiumografka Brenda Abbandandolo pomyślała: „To jakaś pomyłka". James Franco skontaktował się z nią w sprawie swojego nowego filmu, opartego na produkcji legendarnie złego dzieła Tommy'ego Wiseau. „Wtedy James reżyserował filmy o Faulknerze i poezji", wspomina Brenda.

Reklama

Brenda pracuje z Jamesem od lat, więc jest przyzwyczajona do jego osobliwych pomysłów. Ale „Disaster Artist" — film oparty na książce o powstawaniu najgorszego filmu w historii — nie jest tak szalony, jak się wydaje. Nie jest satyrą, a raczej wyrazem uznania dla ukochanego gniota Tommy'ego Wiseau i obsady pomyleńców, którzy ożywili jego wizję. „To byli ludzie, którym generalnie w życiu się nie powiodło", mówi Brenda. „Tommy nie zatrudnił profesjonalnych aktorów, odnoszących sukcesy, ale ludzi skłonnych zagrać w tym filmie, co w żadnym stopniu im nie uwłacza. To historia o wyrzutkach, którzy potrzebowali tego filmu".

Tak jak w przypadku fabuły i zdjęć, wszystko w kostiumach z „The Room" jest lekko niedopasowane w dziwnie satysfakcjonujący sposób. Krzykliwe stylizacje są dziś popularniejsze niż sami aktorzy. Fani pojawiają się na nocnych projekcjach w czerwonej sukience Lisy albo wzbogaconych w paski stylówkach „na Tommy'ego". Produkcja „The Room" kosztowała podobno 6 mln dolarów i wątpimy, że spora część tej kwoty poszła na garderobę. Brenda próbowała nawet zdobyć oryginalne ubrania. Wkrótce jednak dowiedziała się od Grega Sestero (który w oryginale gra Marka, a w filmie Franco pojawia się na chwilkę na ekranie), że raczej nie ma co na to liczyć. Większość kostiumów z „The Room" stanowiły ubrania należące do aktorów, dlatego w „Disaster Artist" znalazły się repliki — od kultowej sukienki po rybacki kapelusik, w którym Tommy reżyserował.

Sam Tommy również pojawia się na ekranie w nowej produkcji. Jak wspaniały ekscentryk ocenił pracę Brendy? „Powiedział, że w niektórych przypadkach dobrze sobie poradziłam, ale przeważnie nosi więcej pasków".

Jak podeszłaś do odtworzenia kultowych stylizacji Tommy'ego Wiseau?
Greg Sestero był dla mnie świetnym źródłem informacji. Tommy, jakiego znamy, z krawatem i kamizelką, to jego wcielenie po „The Room". Miałam dostęp do zdjęć i filmów sprzed produkcji oraz z czasu jej trwania, które dał nam Greg. Chciałam rozpracować oś czasu jego stylu, który ewoluował z czasem. James wyraźnie zaznaczył, że chciał być wierny jego stylistyce. Pozwoliliśmy sobie jednak na większą swobodę pokazując, jak Tommy i Greg się poznali. Staraliśmy się oddać hołd temu, kim wtedy był Tommy. Świetnie się bawiłam. Ma szalony, eklektyczny, zabójczy styl. Mogliśmy sobie pozwolić na wiele, więc skorzystałam z okazji.

Czy wiedziałaś, że Tommy jest też projektantem?
Tak, oczywiście.

Reklama

Czy wykorzystałaś w filmie jego autentyczne projekty?
Nie użyliśmy niczego od Tommy'ego. Chcieliśmy zdobyć niektóre kostiumy z „The Room", ale nie udało mi się skontaktować z tamtym kostiumografem. Nie byliśmy pewni, co Tommy mógł nam ofiarować. Musieliśmy ruszyć z produkcją bez zastanawiania się nad tym i stworzyć je samodzielnie. Wiedziałam jednak o jego marce. Na pewien dziwny sposób miałam wręcz za dużo informacji na jego temat.

Czy Tommy miał wiele do powiedzenia w kwestii kostiumów? Na YouTube można zobaczyć, jak prowadzi konkursy na najlepsze przebranie z „The Room", więc z pewnością wie, jak ważne są one dla fanów.
Był na planie na potrzeby sceny z Jamesem, więc musiałam przebrać go za kogoś innego. Miał sporo pomysłów w tej kwestii, ale nie miał nic do powiedzenia jeśli chodzi o to, w co ubierałam Jamesa jako Tommy'ego. Rozmawiałam z nim o kostiumach w trakcie jego przymiarek. Zapytałam go o różne stylizacje i to, jak na nie wpadł. Był bardzo niejednoznaczny i zdawkowy jakby to był sekret, na temat którego nie może wyjawić za wiele.

W jednej ze scen asystentka kostiumografa gorączkowo stara się ubrać Tommy'ego, co jej nie wychodzi. Czy naprawdę tak było na planie?
To zabawne. Oczywiście nikt na mnie nie krzyczał, James by tego nie zrobił. Ale wszystko było nieźle pokręcone, działo się szybko i w szale. Najpierw kręciliśmy sceny z „The Room", a gdy zrozumieliśmy, że zbliżamy się do nowych scen, chcieliśmy nagrać ich jeszcze więcej. Dodawaliśmy kostiumy, których wcześniej nie planowałam. Ciągle robiliśmy nowe ubrania i dokładaliśmy nowe sceny. Czasami miałam wrażenie, że naprawdę odtwarzamy gorączkę „The Room".

W filmie widać wiele stylizacji charakterystycznych dla wczesnych lat 2000, szczególnie w postaci kamizelek i rybackich kapelusików. Jaskrawe jeansy świetnie pasują do tamtej ery. Czy postrzegałaś „The Room" jako produkt tamtych czasów, czy raczej coś ponadczasowego?
Musieliśmy oddać ducha czasów. Greg dał mi wiele zdjęć i sześć godzin nagrań zza kulis produkcji. Dlatego wiem, co Tommy miał na sobie, gdy reżyserował. Wiem, co cała obsada miała na sobie, nawet jeśli znajdowała się poza kadrem. Staraliśmy się jak najwierniej odtworzyć stylizacje. Look z białą podkoszulką i rybackim kapelusikiem jest prawdziwy, tak Tommy wyglądał za kamerą. Wszystko było zgodne z epoką, na tym też zależało aktorom. Ari [Graynor, wcielająca się w Lisę] chciała oddać hołd czerwonej sukience, więc założyła ją na przesłuchanie i siedziała w niej na planie. Mieliśmy ekstrawaganckie trampki i zwariowane dodatki. Im bardziej szaleliśmy, tym bardziej wszyscy się wkręcali. Te detale pomogły ukształtować naszych bohaterów.

Wspaniale. To zabawne, że „Disaster Artist" ukazuje się w momencie, w którym te stylizacje znów wróciły do łask.
Tak, wszystko wraca. Może Tommy jest po prostu geniuszem, wstrzelił się w ducha czasów. Bardzo go szanuję za to, że jest tak oryginalną postacią. „Disaster Artist" to świetna historia o trzymaniu się swojego i szukaniu własnej drogi. Jest super.

Reklama

Opowiedz mi o czerwonej sukience Lisy, którą tak kochają fani.
Wiedziałam, że nie uda nam się zdobyć oryginału. Tak jak mówiłam, próbowałam się kontaktować z kostiumografem „The Room", ale po rozmowie z Gregiem wywnioskowałam, że spora część garderoby pochodziła z szaf aktorów. Nie spodziewałam się, że damy radę dojść do tego, jakiej była marki i ją odnaleźć. Wiele strojów Ari stworzyliśmy od zera, bo były bardzo charakterystyczne.

W „Disaster Artist" nie brakuje przemyślanych smaczków w postaci epizodów znanych aktorów. Jak podeszłaś do tych scen?
Wszyscy wcielali się w prawdziwych ludzi. Sharon Stone grała Iris Burton i bardzo interesował ją rozwój postaci. Dobrze się dogadywałyśmy. Z Melanie Griffith było tak samo. Wszyscy są bardzo interesującymi ludźmi, czasem pasują do bardzo określonych ról. Zastanawiałam się: „Czy ta legendarna aktorka pozwoli mi przenieść się do świata tej postaci?". Wszyscy świetnie się sprawdzili. Bob Odenkirk również.

A co z Angelyne, królową bilbordów LA? Ona pewnie nosiła w filmie własne stylizacje?
Tak, faktycznie. Chcieliśmy, żeby była sobą i nikt nie mógł jej lepiej wystylizować. Tego chcieliśmy i to dostaliśmy. Świetnie się z nią bawiliśmy. Jej scena jest hołdem złożonym Los Angeles.

more from i-D